niedziela, 22 marca 2015

58. urodziny Jacka... bez Jacka...

     Dziś kończyłby 58 lat... Byłby tort, byłyby spotkania z przyjaciółmi, byłyby życzenia serdeczne i szczere - wszystkiego co najlepsze...
To wszystko byłoby, ale nie będzie... Od 11 lat już tego nie ma...
Jest pamięć. Są kwiaty na grobie na Powązkach Wojskowych.
Brakuje tylko, by jubilat był wśród nas, bo co do tego, że jest z nami nikt nie ma wątpliwości...

Wszystkiego najlepszego Mistrzu! Jacku...
Gdziekolwiek teraz jesteś i cokolwiek robisz...

Do zobaczenia! (mam nadzieję, że już niedługo...)


INNI PISZĄ: Opinia komisji teologicznej w sprawie tzw. "spowiedzi furtkowej".

Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II
Wydział Teologii


Opinia komisji teologicznej w sprawie tzw. spowiedzi furtkowej.

       1. W ostatnim czasie jesteśmy świadkami pojawienia się nowej formy sprawowania sakramentu pokuty w postaci tzw. spowiedzi furtkowej. Jej geneza nie jest do końca jasna. Zwykle wskazuje się na założony w 2006 r. Krąg Miłosierdzia Kapłanów, skupiający księży żyjących charyzmatem Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie koło Sochaczewa. Jak dotąd nie ma też jasno sprecyzowanej definicji „spowiedzi furtkowej”. Już sama nazwa jest niejasna i tajemnicza. Niektórzy mówią tu o spowiedzi generalnej połączonej z modlitwą o uwolnienie. Takie określenie jest jednak mylące i może wprowadzać w błąd. Jak wynika z dostarczonych komisji materiałów, istota tej spowiedzi polega na zamykaniu „furtek” (stąd nazwa „furtkowa”), które grzech (osobisty lub „pokoleniowy”) otwarł przed szatanem, dając mu w ten sposób pewną władzę nad człowiekiem. Cechą charakterystyczną „spowiedzi furtkowej” jest wysoce rozbudowany, aczkolwiek ograniczony do pierwszego przykazania Dekalogu (stąd nie jest to spowiedź generalna) rachunek sumienia oraz modlitwa o uwolnienie, czasem przybierająca formę uroczystego egzorcyzmu. Tego rodzaju praktyka domaga się pogłębionej refleksji oraz oceny teologicznej i pastoralnej.

         2. Różne opisy „spowiedzi furtkowej” sugerują, że mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju synkretyzmem, polegającym na łączeniu sakramentu pokuty z elementami psychoterapii i egzorcyzmu. Te trzy elementy należy wyraźnie od siebie oddzielić, gdyż stanowią one trzy różne płaszczyzny niesienia pomocy człowiekowi. Ich przekraczanie jest w większości przypadków przekraczaniem granic własnych kompetencji, co może prowadzić do poważnej szkody psychicznej i duchowej penitenta. W tym aspekcie „spowiedź furtkowa” jawi się jako prawdziwe zagrożenie duchowe. Trzeba ponadto zauważyć, że przyzwolenie na wprowadzenie nowej formy sakramentu pokuty, i to bez zgody kompetentnych władz kościelnych (!), może uruchomić lawinę kolejnych pomysłów na „ulepszanie” tego sakramentu. Przykładem tego może być praktykowana już spowiedź połączoną z uzdrawianiem obrazu ojca. Taka sytuacja grozi chaosem, a ostatecznie rozbiciem jednego Sakramentu Pokuty i Pojednania. W pogoni za nadzwyczajnością wierni mogą nie chcieć „zwykłej” spowiedzi jako w ich przekonaniu bezwartościowej. Grozi to pojawieniem się księży-specjalistów, namaszczonych lub samozwańczych „guru”, dysponujących monopolem na sprawowanie takiej czy innej formy sakramentu pokuty.

         3. Istotną kwestią w praktykowaniu tzw. spowiedzi furtkowej jest badanie poprzez bardzo obszerny zestaw pytań, aż na trzech poziomach (penitent, rodzina, przodkowie), czy w przeszłości popełnione grzechy nie są nadal otwartymi „furtkami” dla złego dycha, które należy zamknąć. W takim rozumowaniu sugeruje się, że potomstwo ponosi konsekwencje za grzechy przodków, co byłoby nawiązaniem do przekonania Starego Testamentu o odpowiedzialności zbiorowej. Potwierdza go powiedzenie w formie przysłowia: „Ojcowie jedli zielone winogrona, a zęby ścierpły synom” (Jr 31,29; Ez 18,2). Cytujący go prorocy Jeremiasz i Ezechiel jednomyślnie twierdzą, że zasada odpowiedzialności zbiorowej jest jednak błędna i nie należy się nią posługiwać (Jr 31,30; Ez 18,3-4). Nikt nie ponosi odpowiedzialności za winy przodków. Wprawdzie historia ludzi, całego narodu, jest historią grzechu, ale o śmierci czy życiu duchowym rozstrzyga postawa każdego człowieka w danej sytuacji (por. Pwt 24,16). W duchu odpowiedzialności indywidualnej każdy osobiście odpowiada za swoje postępowanie przed Bogiem. W całej pełni potwierdza to Nowy Testament, w którym nie spotykamy się z jakimś przypadkiem odwoływania się do grzesznej przeszłości przodków, aby w ten sposób uzasadnić aktualną obecność demonicznych związań.

         4. Poważnym nadużyciem jest wprowadzanie w ryt sakramentu pokuty modlitwy o uwolnienie, której tekst przyjmuje czasem formę uroczystego egzorcyzmu. Dodatkowa modlitwa o uwolnienie podważa skuteczność wcześniej udzielonego sakramentalnego rozgrzeszenia. Należy pamiętać, że sama spowiedź jest już egzorcyzmem, a uwolnienie od winy jest owocem doświadczenia absolutnego usprawiedliwienia, jakie otrzymuje się w rozgrzeszeniu. To samo dotyczy innych elementów „spowiedzi furtkowej”, których nie przewidują Obrzędy pokuty. Trzeba stanowczo podkreślić, że sakramenty są dobrem Kościoła i żaden kapłan nie ma prawa samowolnego wprowadzania nowych elementów do rytu sakramentalnego ustalonego przez kompetentną władzę kościelną. Wszelkie innowacje w tym zakresie, czynione bez wiedzy i zgody odpowiednich instancji, są nadużyciem.

         5. Groźne jest również szukanie nowych spowiedników, by zlokalizować „furtkę” i ją zamknąć ostatecznie. Wiąże się z tym wielokrotne powtarzanie tej samej spowiedzi aż do skutku. Tego rodzaju praktyka może doprowadzić do skrupułów oraz osłabienia wiary w nieograniczoną moc Bożego miłosierdzia. Ponadto zakłada ona, że jakiś grzech niewyznany bez winy penitenta (np. wskutek zapomnienia) pozostaje nieodpuszczony i nadal może stanowić „furtkę” dla złego ducha. Jest to niezgodne z nauką Kościoła, wedle której do ważności spowiedzi wymagana jest zawsze i koniecznie zupełność formalna wyznania grzechów, niekoniecznie zaś materialna.

         6. Nieuzasadnione jest także przekonanie, że tylko określone wykroczenia otwierają „furtkę” dla złego ducha. W konsekwencji rachunek sumienia w „spowiedzi furtkowej” ogranicza się do jednego (zwykle pierwszego) przykazania, co poważnie narusza integralność tego sakramentu. Do tego dochodzi spowiadanie się z cudzych grzechów (tzw. grzechów pokoleniowych). Kościół nie zna takiej praktyki. Wręcz przeciwnie, zgodnie z nauczaniem kościelnym wszystkie przykazania Dekalogu stanowią integralną całość, w związku z czym przekroczenie jednego z nich jest także naruszeniem pozostałych (por. Jk 2,10-11; KKK 2069). Katechizm Kościoła Katolickiego idąc za Soborem Trydenckim stwierdza wyraźnie, że podczas spowiedzi winno się wyznać wszystkie grzechy śmiertelne, „chociaż byłyby najbardziej skryte i popełnione przeciw dwu ostatnim przykazaniom Dekalogu, ponieważ niekiedy ciężej one ranią duszę i są bardziej niebezpieczne niż te popełnione jawnie” (KKK 1456).

         7. Zastrzeżenia budzi również sposób, w jaki przy okazji „spowiedzi furtkowej” przeprowadzany jest rachunek sumienia. Spowiednik nie może zapominać, że podstawą sakramentu pokuty jest wolność penitenta i świadomość jego sumienia. Przygotowując się do spowiedzi, penitent sam powinien dokonać aktu samooceny, a następnie wyrazić żal za swoje grzechy i postanowienie poprawy. Spowiednik nie może więc zastępować go w szukaniu prawdy o własnym życiu. Robienie z penitentem monstrualnie rozbudowanego rachunku sumienia, i to wyłącznie pod kątem grzechów, które miałyby otworzyć „furtki” dla szatana, jest koncentrowaniem się na nim jako głównym sprawcy zła, a nie na pełnej prawdzie o człowieku. Sama spowiedź to nie pora na robienie rachunku sumienia z penitentem. Dodatkowe pytania mają służyć między innymi uściśleniu materii grzechu, wyjaśnieniu kwestii wątpliwych, niejasno czy zdawkowo sformułowanych. Nie należy więc w trakcie spowiedzi czynić notatek (np. dotyczących grzechów, nazw demonów itp.), zagrażających naruszeniem tajemnicy spowiedzi.

          8. Miejscem uwrażliwiania wiernych na różnego rodzaju zagrożenia duchowe jest szeroko rozumiane nauczanie kościelne. Dobrym miejscem ku temu jest wspólnotowe słuchanie słowa Bożego w obrzędzie pojednania wielu penitentów z indywidualną spowiedzią czy też nabożeństwa pokutne w ramach dalszego przygotowania wiernych do sakramentu pojednania. Przed indywidualną spowiedzią, w homilii lub kierowanym przez celebransa rachunku sumienia, jest stosowny moment, by uwrażliwiać wiernych na niebezpieczeństwa różnych zniewoleń. Wierni świadomi owych zagrożeń, pouczeni jak przygotowywać się do spowiedzi i w jaki sposób wyznawać grzechy, będą się dobrze i owocnie spowiadać.

         9. W przypadku spraw trudnych i patologicznych ich rozwiązanie nie jest możliwe w konfesjonale. Istnieją też problemy życiowe, które nadają się na dłuższą rozmowę poza konfesjonałem, czy może wymagałyby kierownictwa duchowego. W samej spowiedzi zamiast tracić czas na szukanie szatańskich „furtek” należy otwierać wiernych na słowo Boże, na zaufanie w moc Bożej łaski, na przemianę w myśleniu, by żyć Ewangelią w realiach swego życia i powołania. W takiej perspektywie „spowiedź furtkowa” jawi się nawet jako szatańska prowokacja. Sakrament pokuty zamiast stać się miejscem spotkania człowieka z miłosierną miłością Boga, która uzdrawia i leczy, staje się napawającą lękiem konfrontacją z siłami zła. Dlatego zamiast zamykać „furtki” przed szatanem, należy jeszcze bardziej otwierać penitenta na Chrystusa, a w Nim na nowość życia chrześcijańskiego, by trwało w nim „nasienie Boże” (słowo Boże, łaska, Duch Święty), bo tylko taki człowiek nie może grzeszyć (por. 1 J 3,9).

          10. „Spowiedź furtkowa” budzi również szereg zastrzeżeń o charakterze dogmatycznym i religiologicznym. Z punktu widzenia duszpasterskiego warto zapytać, na czym polega jej „sukces”? Dlaczego wierni chcą się w ten sposób spowiadać? Wydaje się, iż głównym motywem jest tutaj doświadczenie zniewolenia jakimś konkretnym złem. Człowiek ma poczucie, że nie panuje nad swoim życiem; wydaje mu się, że jakaś mroczna siła trzyma go na uwięzi i ściąga w dół. W takiej perspektywie „spowiedź furtkowa” jawi się jako konkretna oferta wyzwolenia. Trzeba jednak zauważyć, iż źródła zniewolenia człowieka mogą być bardzo różne. Niekoniecznie mają one charakter demoniczny, o czym zdają się zapominać zwolennicy „spowiedzi furtkowej”. Zgodnie ze świadectwem biblijnym, pierwszym i podstawowym źródłem zniewolenia jest grzech (hamartía). Nie jest on tylko aktem nieposłuszeństwa względem Boga, ale także mocą, która bierze człowieka w niewolę i nim zawłada: „każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu” (J 8,34; por Ga 4,3). Tej zniewalającej mocy grzechu nie należy identyfikować z mocą złego ducha. Biblia ukazuje wprawdzie związek między nim a grzechem, jednak nie ma on charakteru koniecznościowego (jeśli w rycie chrzcielnym jest mowa o szatanie, „który jest głównym sprawcą grzechu”, to sformułowanie to odnosi się do faktycznego porządku zbawienia). Człowiek mógł był zgrzeszyć także bez pomocy szatana. Właściwe źródło grzechu nie leży więc poza człowiekiem, ale w nim samym. Jest nim wolność – jedyna „furtka”, przez którą zło ma do niego przystęp: „[…] grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować” (Rdz 4,7). Błędne jest zatem nazywanie grzechu „furtką”, przez która szatan niepostrzeżenie wkrada się w życie człowieka i staje się jego cichym reżyserem. Wizja taka może stać się niebezpieczną strategią spychania winy na innych, a nawet postrzegania siebie w kategoriach ofiary: „Wąż mnie zwiódł i zjadłam” (Rdz 3,23). W konsekwencji demonizowanie rzeczywistości może prowadzić do wymawiania się od odpowiedzialności za zło, u którego początku stoją nasze osobiste decyzje i czyny. W Sakramencie Pokuty i Pojednania człowiek otrzymuje szansę stanięcia w prawdzie i doświadczenia wyzwalającej mocy Bożego miłosierdzia. Wciąż jednak pozostaje w nim „zarzewie grzechu” (fomes peccati), które Sobór Trydencki nazywa także „pożądliwością” (concupiscentia). Określenia te wskazują na pewną skłonność ludzkiej woli do zła. Jest ona skutkiem grzechu pierworodnego i pozostaje także w człowieku usprawiedliwionym przez Chrystusa – a więc po chrzcie świętym. Do tego dochodzą różne skłonności naturalne, których źródła tkwią w konkretnych uwarunkowaniach biologicznych, społecznych i kulturowych. Swoją rolę mogą odgrywać także różnego rodzaju zranienia w sferze psychicznej i duchowej, sięgające nieraz głębokich pokładów ludzkiej osobowości. W takiej perspektywie staje się jasne, że sakramentu pokuty nie można traktować w sposób magiczny. Uzdrowienie/wyzwolenie, które rzeczywiście się w nim dokonuje, jest procesem, gdyż ma ono zawsze na uwadze ludzką wolność i respektuje całą złożoną strukturę ludzkiej osoby. Niestety, przy okazji „spowiedzi furtkowej” element ten niemal wcale nie dochodzi do głosu. W konsekwencji zachodzi niebezpieczeństwo składania penitentowi nierealnych obietnic, których niespełnienie spotęguje w nim tylko poczucie rozczarowania i frustracji. W życiu duchowym nie ma automatyzmu. Nie można w jednym momencie przekreślić dwudziestu lat życia w nałogu lub zmagania się z jakimś bolesnym problemem i zacząć wszystko od nowa. Nie taka jest biblijna wizja człowieka i zbawienia. Łaska Boża nie jest jakimś „dobrym fatum”, które niejako za plecami człowieka wszystko prowadzi ku dobremu. Gratia supponit naturam.
Bóg nie łamie natury, ale respektuje prawa, które sam jej nadał.

        11. W ostatnim czasie spotykamy się z przesadnym podkreślaniem roli szatana w życiu jednostek i całych społeczności. Mówi się nawet o „złu pokoleniowym”, którego destruktywna moc może przetrwać nawet wody chrztu świętego. Nietrudno dostrzec w tym pewne tendencje dualistyczne, które nie znajdują żadnego uzasadnienia w chrześcijańskiej wizji Boga, świata i człowieka. Kościół od samego początku głosił, że całe stworzenie jest dobre, gdyż ma swoje źródło w Bogu, który jest dobrem absolutnym (por. Rdz 1,18; Mdr 1,14; Dz 11,5-10). Nie ma zatem jakiejś złej energii (duchowej lub materialnej), która przenikałaby rzeczywistość, i którą można by wykorzystać w dobrym bądź złym celu (np. przy pomocy magicznych zaklęć, radiestezji itd.). Także szatan jest ontologicznie dobry, a zło, które czyni, wynika z wolności jego decyzji. Zło jest brakiem należnego dobra (privatio boni), w związku z czym nie może być ani bytem substancjalnym, ani żadnym pozytywnym stanem rzeczy (wszystko co jest, jest dobre: ens et bonum convertuntur). W przeciwnym razie należałoby przyjąć istnienie dwóch pryncypiów, będących źródłem dobra i zła, co jednak pozostaje w głębokiej sprzeczności z chrześcijańską nauką o stworzeniu. Jeśli mówi się czasem o „złu metafizycznym” (Leibniz), to akcentuje się jedynie egzystencjalną i istotową ograniczoność bytu na tle bytu absolutnego. Teologia chrześcijańska nie wyklucza wprawdzie działań szatańskich i demonicznych, jednak ich nie eksponuje. Chrześcijanin żyje świadomością, że Chrystus pokonał moce szatańskie, i że to Jego zwycięstwo ma charakter ostateczny i nieodwołalny (por. J 12,31; Ef 1,20-22; Kol 2,15; Ap 12,9). Szatan w żadnym wypadku nie jest równym przeciwnikiem Boga. Nie przysługuje mu też żadna władza nad człowiekiem. Dzięki zwycięstwu Chrystusa na krzyżu człowiek odzyskał utraconą wolność i może stać się uczestnikiem królestwa Bożego. To wyzwolenie człowieka jest wyzwoleniem „od”, a jednocześnie wyzwoleniem „ku”; wyzwoleniem, umożliwiającym podejmowanie czynów prowadzących do zbawczego zjednoczenia z Bogiem i ukazujących w świecie Chrystusowe zwycięstwo na krzyżu. W kontekście „spowiedzi furtkowej” oznacza to: samo zamykanie „furtek” nie wystarczy; o wiele bardziej trzeba otwierać człowieka na Boga i Jego zbawcze słowo (por. Mt 12,43-45; Łk 11,24-26).

         12. Charakterystyczne dla zwolenników „spowiedzi furtkowej” demonizowanie rzeczywistości wiąże się ze zdecydowanie negatywną oceną religii niechrześcijańskich, zwłaszcza religii Wschodu. Należy stanowczo stwierdzić, iż nie jest to stanowisko Kościoła katolickiego. Sobór Watykański II stwierdza wyraźnie: „Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi” (DRN 2).

        13. Mając na uwadze wszystkie poczynione uwagi, postuluje się, by władza kościelna oficjalnie zakazała praktyki tzw. spowiedzi furtkowej. Jej potrzebę dobrze spełnia wypróbowana i przyjęta w Kościele praktyka spowiedzi generalnej, którą dla uniknięcia nieporozumień należy nazywać „generalną”, a nie „furtkową” czy jakąkolwiek inną. Warto również zachęcać wiernych do korzystania z kierownictwa duchowego oraz różnego rodzaju rekolekcji. Tam, gdzie zachodzi uzasadniona konieczność, należy zachęcać do skorzystania z pomocy psychoterapeuty lub diecezjalnego egzorcysty.

Lublin, 28.01.2015 r.

[http://www.diecezja.rzeszow.pl/?q=node%2F11810]

* * * 

       Temat znany mi dość dobrze - w sensie zarówno "spowiedź furtkowa" jak wspólnota z Rybna.
I tak jak do samej wspólnoty i do idei tzw. Kręgu Miłosierdzia jestem całkiem spoko - modlitwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a jeśli ktoś wierzy w jej skuteczność, to proszę uprzejmie (byleby nie zapominać, że same słowa (także modlitwa) nie poparte czynami są martwe).
Natomiast jeśli chodzi o "spowiedź furtkową" to dochodzimy tu do pewnego kuriozum. "Furtek" wymienia się tyle, że w zasadzie czego by się człowiek nie dotknął tam czyha na niego szatan w całej swej krasie...
I o ile zrozumiałe jest dla mnie wymienianie wśród "furtek" praktyk okultystycznych, wzywania demonów o tyle pojąć nie mogę dlaczego wymienia się tu choćby "Harry'ego Pottera", książkę o sile i wartości przyjaźni; walki wschodu, które wielu ludziom pomogły nabrać pewności siebie, nauczyły samodyscypliny i kontroli nad własnym ciałem; czy medytację, która pomaga się wyciszyć i osiągnąć równowagę tak fizyczną jak i emocjonalną (mnie samej medytacja pomaga przy stanach depresyjnych i napadach lękowych i być może tylko dlatego jeszcze nie wylądowałam w psychiatryku albo na cmentarzu)...

     Ludzie często szukają nowych dróg - tak było, jest i będzie. Stąd pojawiające się co jakiś czas mody - na zdrowe jedzenie, na zioła, na jogę, medytację, uprawianie konkretnych sportów, ruchy charyzmatyczne itd. itp. Podobnie jest i ze "spowiedzią furtkową", szczególnie, że mówi się o niej w taki sposób, że wielu ludzi dostaje klapek na oczy i trybiki w mózgu przestawiają im się na myślenie w stylu: "o Boże, jestem potwornym grzesznikiem, na pewno mnie opętały złe duchy, ale pozamykam furtki to będę święty" - Tak, sarkazm i uproszczenie, ale tak mniej więcej działa ten mechanizm.

     Jest stanowisko Episkopatu w tej sprawie:
Decyzja nr 2/368/2015 Konferencji Episkopatu Polski
 z dnia 12 marca 2015 r. w sprawie tzw. spowiedzi furtkowej
Konferencja Episkopatu Polski podczas 368. Zebrania Plenarnego, które odbyło się w Warszawie w dniach 11-12 marca 2015 r., po zapoznaniu się z opinią komisji teologicznej w sprawie tzw. spowiedzi furtkowej, na podstawie art. 9 Statutu KEP podjęła decyzję o zakazie stosowania tej praktyki. Właściwą formą jest wypróbowana i przyjęta w Kościele praktyka spowiedzi generalnej, sprawowana zgodnie z obowiązującymi przepisami, dotyczącymi sakramentu pokuty i pojednania.
Decyzja wchodzi w życie z dniem podjęcia.
abp Stanisław Gądecki
przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski
bp Artur Miziński
sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski

http://www.pch24.pl/niebezpieczna-spowiedz-furtkowa---jest-zakaz-episkopatu,34706,i.html

http://www.przewodniczacy.info/#!Episkopat-przeciwny-spowiedzi-furtkowej/chng/550d4c670cf292acc4decda5


Taka rada na przyszłość... wyłącz fanatyzm, włącz myślenie, a przede wszystkim poznaj zasady religii jaką wyznajesz!

piątek, 13 marca 2015

Z Półki Książkoluba... cz. 9

       Czas na kolejny cykl, a co sobie będę żałować :)
Tym razem pora na spotkanie z Aniołami wszelkiej maści, czyli cykl "Anielskie Zastępy" autorstwa Mai Lidii Kossakowskiej!


     Oto przenosimy się w świat bez Boga - dosłownie! Biały Tron jest pusty! Nie ma jednak pewności, czy Nietzsche miał rację i Bóg umarł, czy jednak żyje, ale postanowił zabrać ze sobą swoich ulubieńców i zniknąć, pozostawiając Skrzydlatych samym sobie w obliczu problemów, które zdają się ich przerastać...

 Zaczynamy od "OBROŃCÓW KRÓLESTWA".
     To zbiór opowiadań, w którym mamy tu do czynienia z przewrotną, wielopłaszczyznową wizją zastępów niebieskich, powstałą ze swobodnego połączenia elementów dziedzictwa antyku, mitologi judeochrześcijańskiej, pradawnych wierzeń i magii z elementami kultury popularnej - na każdej z tych płaszczyzn autorka czuje się znakomicie, to też efekt końcowy wygląda naprawdę dobrze.
Opowiadania ukazują wspaniały, bogaty świat aniołów i demonów, toczących skomplikowaną walkę o władzę. Bohaterowie zaś pomimo swego nadnaturalnego pochodzenia są nadspodziewanie ludzcy ze swymi rozterkami, pragnieniami i uczuciami.
Mamy tu więc aniołów grzeszących pycha, uzależnionych i handlujących nielegalnymi używkami takimi jak trawa z Fatimy czy woda z Lourdes, chodzących do burdeli.
Mamy poczciwego anioła stróża, któremu przydzielono do pomocy i jako zastępcę okaleczonego weterana wojny z armią piekła, a który to stróż niespecjalnie przepada za swoim podopiecznym.
Po stronie Głębi mamy przeżywającego kłopoty rodzinne Asmodeusza, którego z powodu  jego urody i zamiłowania do luksusów nazywa się Zgniłym Chłopcem, czy Lucyfera, Władcę Otchłani, przez nieżyczliwych pogardliwie nazywanego Lampką, brutalnie tłumiącego bunt zwolenników dawnych władców Otchłani.

       Książka doczekała się reedycji w postaci zbioru pod tytułem "ŻARNA NIEBIOS" uzupełnionego o dwa opowiadania: "Żarna Niebios" i "Gringo".
Tak Kochani, te żarna bezlitośnie przemielą Wasze wyobrażenie o Aniołach i Demonach, które zdają się nie być stworzone na podobieństwo Boga, a raczej na obraz i podobieństwo ludzi, których nie darzą w prawdzie zbytnią miłością, ale traktują jako dość pożyteczne narzędzia.
Choć w sumie... wyszliśmy spod ręki tego samego Boga, więc może takie podobieństwa Aniołów i Demonów do ludzi wcale nie powinny aż tak bardzo dziwić?

Spis opowiadań w zbiorze:
  • Światło w tunelu,
  • Dopuszczalne straty,
  • Sól na pastwiskach niebieskich,
  • Zobaczyć czerwień,
  • Kosz na śmierci,
  • Smuga krwi,
  • Żarna niebios,
  • Wieża zapałek,
  • Gringo,
  • Beznogi tancerz.


     Historie znane ze zbiorów opowiadań oraz część ich bohaterów spotykamy również w kolejnych książkach z cyklu "Anielskie Zastępy".

   "SIEWCA WIATRU" to bodaj chyba najbardziej znana w polskiej fantastyce powieść o aniołach.
Akcja rozpoczyna się jeszcze w czasach tworzenia świata, kiedy dopiero powstają podwaliny dla gwiazd i planet, kiedy ziemia, ulubiona planeta Stwórcy jest jeszcze w fazie projektu. Do nadzorowania "prac budowlanych" sprawujący władzę w imieniu Boga Wielki Archont Jaldabaot wysyła Szarańczę - doborową armię Królestwa, dowodzoną przez Kamaela. To właśnie Kamael, wraz z pierwszym szermierzem Królestwa, Daimonem Frey'em zauważają oznaki zbliżającego się ataku Cienia.
Zlekceważeni przez Jaldabaota i pozostawieni sami sobie toczą nierówną i z góry skazaną na klęskę walkę z potężnym najeźdźcą. Daimon widząc, że z każdą chwilą sytuacja staje się coraz bardziej beznadziejna porywa się na szaleńczy pomysł - wykrada z Królestwa święty przedmiot - Klucz do Wymiarów, przy pomocy którego chce zamknąć drogę oddziałom Cienia i uniemożliwić im opanowanie i zniszczenie dopiero co powstającego świata.
Szaleńczy plan okazuje się nader skuteczny - Armia Cienia zostaje powstrzymana i zepchnięta do czeluści, Królestwo i zręby nowego świata uratowane, a Daimon Frey za swoją postawę... skazany na śmierć...
Zabity podczas zorganizowanej przez Jaldabaota publicznej egzekucji Daimon, tuż po śmierci zostaje wskrzeszony przez samego Boga, nie jest już jednak tym samym Aniołem Krwi, staje się żywym trupem, siejącym postrach nie tylko dlatego, że niby żyje, ale jednak nie do końca, ale przede wszystkim dlatego, że teraz jest Abaddonem, Burzycielem Światów, Naczyniem Gniewu Pańskiego, Aniołek z Kluczem do Czeluści. To on, na wyraźny rozkaz Pana będzie niszczył to, co Panu zachce się zniszczyć, to on, gdy nadejdzie dzień ostatecznej konfrontacji stanie oko w oko z Siewcą Wiatru, z Cieniem, by ostatecznie go pokonać...

A potem...
A potem Bóg nagle znika, zabierając ze sobą swych świętych ulubieńców i pozostawiając Regenta Królestwa - Gabriela i innych Archaniołów z nie lada problemem...
Zniknięcie Pana sprawia, że Aniołowie zaczynają odczuwać braki Jego energii, więc zaczynają ćpać trawę z Fatimy, upijają się wodą z Lourdes i szukają różnych innych sposobów by tylko jakoś złagodzić to nieznośne uczucie "głodu" i niewypowiedzianej tęsknoty.
To jednak nie koniec problemów. Archaniołowie w porozumieniu z Lucyferem i kilkoma jego przybocznymi robią wszystko, by utrzymać zniknięcie Pana w tajemnicy, gdyż tylko tak mogą zachować względny porządek i ład, obecność Jasność jest gwarantem ich władzy i spokoju tak w Królestwie jak i w Głębi.
Jakby tego było mało...Jagnię - mityczne Stworzenie podeszło aż na granicę światów by wieszczyć i to wieszczyć rzeczy nie byle jakie. Oj jego wróżb aniołom aż pióra jeżą się na skrzydłach, a Regent Gabriel ma już naprawdę dość...
Świry! Nic tylko świry! Jagnię, Serafiel! I wszyscy wieszczą!
Daj spokój, Daimonie! To szaleńcy. Uwielbiają wieszczyć.
Same klęski, oczywiście. Widzą krew, zgliszcza, dym, sine trupy, gołe dupy i puste pudełka!
Mam dość. Jeszcze jeden wieszczący szaleniec i podam się do dymisji.
Do tego dochodzą jeszcze dworskie intrygi, zazdrość, zawiść, nienawiść, zakazana miłość, tragiczne wybory, zemsta... A Cień jest już coraz bliżej...
Jak się to wszystko skończy przekonacie się sięgając po książkę.

       To jednak nie koniec opowieści o kosach Królestwa, Głębi i ich mieszkańców. Dalszy ciąg historii znajdziecie w dwutomowej powieści "ZBIERACZ BURZ", której akcja rozgrywa się w czasie bliżej nieokreślonym, po bitwie z Antykreatorem. Anioł Zagłady postanawia zrobić sobie wakacje, ma już dość ciągłego niszczenia rodzących się kalekich wszechświatów, a na poważniejsze zadanie nie ma co liczyć, skoro Bóg odszedł i nie wiadomo czy wróci...
Szukając ucieczki przed smętną rzeczywistością Daimon zaszywa się gdzieś w Sferach Poza Czasem, gdzie bierze udział w nielegalnych walkach, a w walce wszak nie ma sobie równych.
Podczas jednej z takich potyczek, z nordyckim bogiem Lokim, Daimon doznaje objawienia, przemawia do niego Pan i wydaje mu rozkaz... Rozkaz, który sprawi, że całe życie Abaddona stanie na głowie...
Uznany przez przyjaciół za niebezpiecznego szaleńca jest tropiony i ścigany jak dzikie zwierzę.
Razjel i Gabriel chcą go leczyć, ale zazdrosny Michał próbuje po prostu zabić.
Schronienie znajduje na ziemi i zaprzyjaźnia się najpierw z Harielem - aniołem opiekunem bezdomnych kotów, a następnie z mieszkańcami Śmietniska - azylu dla wszelkiej maści wyrzutków i uciekinierów z Głębi...
A to wszystko przez to, że Bóg, który zniknął i przez tysiąclecia nie dawał znaku życia, nagle miał kaprys przemówić do swojego sługi i zażyczyć sobie, by ten, jako Burzyciel Światów, poszedł i zniszczył Ziemię...
Co z tego wyniknie? Przeczytajcie sami!

       Na początku, zwłaszcza jeśli zaczniecie czytanie od powieści, a nie od opowiadań możecie czuć się nieco przytłoczeni ogromem informacji jakie będą do Was docierać - imion, nazw, miejsc, funkcji, zdarzeń, ale to tylko chwilowe.
Czasem mogą przeszkadzać przekleństwa, które w niektórych momentach zdają się nie bardzo pasować do sytuacji, czasem opisy mogą wydawać się ciut przydługie i może nieco zawiłe, ale poza wszystkim zarówno powieści jak i opowiadania czyta się znakomicie! (Moja przygoda z Zastępami rozpoczęła się od Siewcy Wiatru i choć to książka dość pokaźna łyknęłam ją w dwa popołudnia!)
Autorka wykonała kawał dobrej roboty i nawet jeśli można mieć jakieś drobne zastrzeżenia co do całokształtu, to niewątpliwie należy jej się uznanie za to, jak wnikliwie przestudiowała materiały źródłowe. Mnóstwo tu odniesień do mitologii, kabały, apokryfów, do tradycji judeochrześcijańskiej i choć mogłoby się wydawać, że trudno będzie to połączyć w sensowną całość, pisarka pokazuje, że jest to jak najbardziej możliwe i może z tego powstać kawał naprawdę dobrze napisanej literatury!

     Jeszcze raz gorąco polecam!

czwartek, 12 marca 2015

Odszedł kolejny Mistrz...

Nie żyje Terry Pratchett...

Nie mam pojęcia co więcej napisać...
Jestem w szoku, naprawdę...

Nie zdążyłam Wam o Nim napisać, o Jego niesamowitych książkach, bo żeby napisać o dorobku Mistrza trzeba poświęcić dużo czasu, gdyż dorobek to zaiste imponujący...
Był klasykiem fantastyki. Chyba nie ma osoby, która, nawet nie specjalnie gustując w tym gatunku literackim, nie słyszałaby o "Świecie Dysku", którego akcja rozgrywa się w uniwersum mającym kształt dysku, podtrzymywanym przez cztery słonie stojące na wielkim żółwiu.
Oto komnata rozświetlona płomykami świec... Tu stoją życiometry - półki życiometrów: szerokie klepsydry, po jednej dla każdego żyjącego człowieka, przesypujące miałki piasek z przyszłości w przeszłość. Skumulowany szelest spadających ziarenek wzbudza szum głośny jak huk fal morza.
A oto gospodarz tej komnaty. Przechadza się wzdłuż ściany, wyraźnie zamyślony. Ma na imię Śmierć.
Ale nie jakiś tam Śmierć. To Śmierć, którego sfera działania jest... a właściwie wcale nie jest sferą, ale światem Dysku - płaskim, spoczywającym na grzbietach czterech gigantycznych słoni, które stoją na skorupie ogromnego gwiezdnego żółwia, Wielkiego A'Tuina. Z krawędzi tego świata wiecznie spływa w przestrzeń nieskończony wodospad.
Uczeni wyliczyli, że jest tylko jedna szansa na bilion, by zaistniało coś tak całkowicie absurdalnego.
Jednak magowie obliczyli, że szanse jedna na bilion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.
[...]
Nieruchomy wzrok migotliwych oczodołów obejmuje żółwia świata, sunącego przez głębie kosmosu, ze skorupą porysowaną kometami i poznaczoną uderzeniami meteorów. Śmierć wie, że pewnego dnia Wielki A'Tuin umrze. To dopiero będzie wyzwanie.
Pratchett był orędownikiem legalizacji eutanazji.
Mam zamiar umrzeć w fotelu we własnym ogrodzie, ze szklaneczką brandy, słuchając muzyki Thomasa Tallisa z iPoda.
Tak mówił w 2009 roku. Nie wiemy czy tak się stało. Na razie wiadomo tyle, że zmarł w domu, w otoczeniu najbliższych. Informację o śmierci pisarza podano na Jego profilu na fb, potwierdziło ją także Jego wydawnictwo.
Terry Pratchett miał 66 lat. Od 2007 roku zmagał się z rzadką postacią choroby Alzheimera.

[http://wyborcza.pl/1,75475,17561434,Terry_Pratchett_nie_zyje__Mistrz_fantasy_mial_66_lat.html]

środa, 11 marca 2015

Z Półki Książkoluba... cz. 8

     Oj jak dawno nie było o książkach!
Korzystając z faktu, że choroba wpakowała mnie do łóżka raczej na dość długo (choruję już tydzień i na szybką poprawę się niestety nie zanosi), mam czas, żeby trochę popisać. 

Tym razem jednak nie o pojedynczych książkach będzie, ale o książkowych cyklach, które uwielbiam i mogłabym czytać po wielekroć :)

   Na dobry początek Cykl Inkwizytorski Jacka Piekary.


     To chyba najbardziej bluźniercza i wstrząsająca wizja w historii polskiej fantastyki! 
Oto mamy świat, w którym Chrystus mało tego, że nie umarł na krzyżu, to jeszcze zszedł z niego, by objąć władzę nad światem. Odpłacając ludziom pięknym za nadobne wraz z apostołami wyrżnął w pień pół Jerozolimy, ogniem i mieczem zaprowadzając jedynie słuszny porządek, zakładając jedyny prawdziwy kościół, głoszący jedynie słuszną i prawdziwą wiarę, na straży której stoi wierny Sługa Boży, Mordimer Madderdin - licencjonowany Inkwizytor Jego Ekscelencji Biskupa Hez-Hezronu.

      Świat przedstawiony przez Piekarę to skąpane w mrokach średniowiecza krwawe, ponure i brudne miejsce, gdzie heretycy, wiedźmy, czarownicy i wszelkiego autoramentu inni czciciele diabła tylko czekają by zwieść i splugawić niewinne duszyczki pobożnych ludzi.
Tak mili moi, opisy średniowiecznych tortur, liczne opowiastki o krwawych mordach dokonywanych na plugawych heretykach, czy częste korzystanie przez Mordimera z płatnej miłości oferowanej przez tanie dziwki, wszystko to sprawia, że cały cykl zdaje się ociekać krwią i spermą. Dokładając do tego fakt, że Jacek Piekara jest pisarzem cechującym się znakomitym warsztatem i niebywałą lekkością pióra oraz to, że jego opowieści są niezwykle wciągające, gdyż ich podstawą są emocje targające ludźmi od wieków - chciwość, żądze, pogarda, miłość, nienawiść, które to emocje nadają opowiadanym historiom niesamowitą autentyczność. 
Wierzcie mi, jak Piekara napisze, że coś śmierdzi, to smród ten naprawdę zacznie się unosić nad kartami książki!

     Są osoby, zarzucające opowieściom o Inkwizytorze brak jakiejkolwiek głębi - ot, mordowanie, chędożenie i nic więcej, ale patrząc na cykl jako całość trudno się z takimi opiniami zgodzić, choć oczywiście każdy ma prawo mieć własne zdanie - o gustach wszak trudno dyskutować. Każda z opisywanych przygód Inkwizytora Madderdina jest historią o prawdziwych ludziach, a nie ma chyba nic bardziej głębokiego niż studium ludzkiej natury i właśnie takie studium natury człowieka funduje czytelnikom Cyklu Inkwizytorskiego Jacek Piekara.

Ze swojej strony naprawdę serdecznie polecam, choć nie wszystkim - ot, po prostu - trzeba lubić takie klimaty... :)

Do tej pory ukazały się następujące tomy opowieści o Inkwizytorze Madderdinie (książki według chronologii opisywanych wydarzeń) :
  • Płomień i krzyż - tom I;
  • Ja, Inkwizytor. Wierze do nieba;
  • Ja, Inkwizytor. Dotyk zła;
  • Ja, Inkwizytor. Bicz Boży;
  • Ja, Inkwizytor. Głód i pragnienie;
  • Sługa Boży;
  • Młot na czarownice;
  • Miecz Aniołów;
  • Łowcy dusz.
     Na 24. kwietnia 2015 roku planowana jest premiera kolejnego tomu cyklu: Ja, Inkwizytor. Kościany galeon.

niedziela, 8 marca 2015

Celebryty Splasz, co za straszny szajs...

    No wiem, marudna jestem, już mi to ktoś kiedyś powiedział, że zrzędzę jak stara kwoka, ale cholera no, ile można tolerować to, że nieustannie, na każdym kroku robi się ludziom wodę z mózgu, e tam wodę, gówno z mózgu się im robi, a potem wszyscy zdziwieni, że tylu idiotów wokoło...
    Siedzę ja sobie oto w to piękne niedzielne popołudnie, przełączam kanały w telewizorni, żeby coś do obiadu grało i widzę jak banda "celebrytów" próbuje uprawiać skoki do wody... Nie ogarniam... no naprawdę ciężko mi to ogarnąć... może mój rozumek za mały, ale naprawdę nie ogarniam.
Nie mam bladego, zielonego ani żadnego innego pojęcia jaka idea przyświecała twórcom tego "szoł" (szoł, szoł i przyszoł), ja żadnej idei nie dostrzegam, w sensie głębszej idei.
Wiem, że to nieetyczne życzyć komuś źle, ale tak patrzyłam na tych "celebrytów" i zastanawiałam się co by było jakby któryś wyrżnął głową o trampolinę i zrobił sobie kuku, a można sobie zrobić bardzo poważne kuku...
Idei nie odkryłam.
Walorów artystycznych też nie.
Sportowych... no zależy u kogo.
A no i jeszcze najśmieszniejsze - ten kto wygra ów program w nagrodę dostanie 100.000,00 zł i tu ciekawostka "z czego połowę przeznaczy na dowolny cel charytatywny" (czy jakoś tak), na litość Jasności, a czemu tylko połowę i kto o tym decyduje? Producent? Jak będzie chciał to przekaże całą kwotę, jak nie będzie chciał to nie przekaże ani złotówki - w końcu to już będę wtedy jego pieniądze, czyż nie?

Jedyny komentarz jaki mi się nasuwa to:


      Tak, ja też chciałabym, idąc ulicą, stojąc na przystanku, albo robiąc zakupy i widząc jednego z drugim autora takiego czy innego "szoł" móc pokazać palcem i powiedzieć: "O, to właśnie ten człowiek karmi ludzi gównem i przez niego mają oni gówno zamiast mózgu"!

sobota, 28 lutego 2015

INNI PISZĄ: Ks. Jan Kaczkowski - Jak umiera ciało?

     Dużo było ostatnio rozważań Ks. Jana i w ogóle tematu śmierci, dlatego dziś jeszcze artykuł autorstwa Ks. Kaczkowskiego o tym jak przebiega proces umierania...

Na dwa, trzy dni przed śmiercią skóra zaczyna inaczej odbijać światło, szczególnie w ciągu dnia. Z miękkiej, sprężystej staje się woskowa i sztywna. Zdecydowanie wyostrzają się rysy. Szczególnie nos, na jego środku pojawia się podłużne zagłębienie.

Przytomne osoby cały czas są ruchliwe, zachowują się jakby za kilkadziesiąt godzin nie mieli umrzeć - porządkują rzeczy, rozmawiają, jak gdyby nic się nie działo, jakby nie zauważali, że ich ciało powoli się zmienia.

Z pacjentami spotykam się przez kilka, czasami kilkanaście dni, odwiedzam ich kilka razy dziennie. Jednym z najtrudniejszych momentów jest chwila, gdy zauważam bruzdę na nosie. Wtedy wiem - to już czas. I często zastanawiam się, czy oni też to już wiedzą. Wydaje mi się, że nie. Mimo tego, że zdają sobie sprawę ze swojego stanu i intelektualnie pogodzili się ze swoim losem. Czym innym jest spodziewać się śmierci, nawet bliskiej aniżeli uświadomić sobie w poniedziałek rano, że umrę w środę, koło południa.

Na kilka godzin przed śmiercią aktywność ogranicza się już tylko do obrębu łóżka, poprawiania kołdry, sięgania po komórkę, układania poduszki, szukania wygodnej pozycji. Spojrzenie człowieka staje się nieobecne, czasami wzrok zawiesza się w niewiadomym, odległym punkcie. Oczy stają się szkliste. Umierający są w stanie normalnie rozmawiać, ale ich głos jest spowolniony, znika melodyczność - ton robi się jednostajny. Wtedy muszę być bardzo uważny i skupić się na tym, co mówią umierający.

W strumieniu słów przeplatają się zwykłe informacje (jaki to dzień tygodnia, kto był mnie odwiedzić, co jadłem) z ważnymi wyznaniami - pojawia się świadomość nadchodzącej śmierci, chorzy mówią o Bogu, o swoim lęku. Czasem opowiadają o odwiedzających ich bliskich zmarłych, którzy stają się dla nich realni na równi z żywymi. Jakby w momencie śmierci dwa światy: żywych i umarłych naturalnie się przenikały. W ciągu ostatnich kilku godzin życia człowiek staje się spokojny, poddaje się naturalnemu biegowi rzeczy.

Pierwsze zmieniają kolor paznokcie, a gdy dłonie i stopy sinieją, i stają się chłodne, oznacza to, że do końca zostało nie więcej niż dwie, trzy godziny. Wtedy umierający przeważnie traci świadomość, jeśli nie - to jest tylko w stanie odpowiadać przecząco lub twierdząco, czasem tylko ruchem głowy. Powieki opadają lub bywają półprzymknięte. Tylko pojedyncze osoby umierają z pełną świadomością - mówią ważne dla siebie rzeczy aż życie z nich uleci.

A gdy już nadejdą ostatnie chwile, oddech staje się coraz płytszy, człowiek przypomina rybę wyjętą z wody - łapie powietrze ustami. Mogą się zdarzyć nawet kilkunastosekundowe bezdechy. Mówi się, że wydaliśmy ostatnie tchnienie, ale to jest raczej wdech bez wydechu. Serce staje i przez cztery minuty obumiera mózg. Wtedy całe nasze ciało jeszcze przez kilkadziesiąt sekund jak gdyby ostatkiem sił próbowało złapać oddech. Potem nie dzieje się już nic. To koniec. Cisza i kompletny bezruch.

Trudno jest wtedy zrozumieć, że człowiek nic nie czuje, właściwie każdy obchodzi się z ciałem delikatnie, jakby żyło. A ono zaczyna bardzo szybko się zmieniać. Wprawdzie było woskowe, ale w ciągu pięciu minut po prostu zastyga. Staje się sino-szare i ewidentnie chłodne - temperatura organizmu dopasowuje się do temperatury otoczenia. Zgodnie z prawem ciążenia, krew, która nie jest już pompowana - opada, na plecach lub boku pojawiają ciemne wybroczyny - plamy opadowe. Jeszcze wtedy ciało jest nadal miękkie, za kilka godzin zesztywnieje. Potem trudno już zgiąć rękę lub rozprostować palce.

Jeśli ktoś nie może skonać, zapalam gromnicę, którą wkładam w dłoń umierającego i modlimy się litanią do patrona dobrej śmierci - św. Józefa lub do Wszystkich Świętych. Odmawiamy także Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Te modlitwy zazwyczaj pomagają odejść.

Nawet jeśli ktoś ma wątpliwości co do istnienia Pana Boga i rzeczywistości nadprzyrodzonej, to dla mnie proces umierania - a także to, że ktoś kilkanaście minut wcześniej był integralną osobą, która żałowała, kochała, modliła się, czyli ewidentnie była i żyła - nie kończy jej istnienia. Teraz, gdy przestało bić serce, miałoby go nie być? Tak po prostu? W odstępie kilkunastu minut? Dla mnie fakt ustania pracy organizmu nie jest dowodem na to, że człowiek przestał istnieć. Zawsze mówię pacjentom, że trzeba przeżyć własną śmierć - to jest zwycięstwo duszy nad ciałem.

[http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/z-bliska/cialo-jakich-malo/art,6,jak-umiera-cialo.html#]

czwartek, 26 lutego 2015

Gdy śmierć jest lepsza od życia...

   Godzinę temu natknęłam się na krótką wzmiankę o młodej, niespełna 14 letniej dziewczynie z Chile...

    Dziewczyna, chora na mukowiscydozę w poruszającym i bardzo emocjonalnym (nie ma się co dziwić) apelu, błaga o zgodę na eutanazję, która w Chile jest nielegalna, mówi, że jest już zmęczona chorobą, która z dnia na dzień wyniszcza jej organizm i niemiłosiernie ją osłabia, nie rokując przy tym na poprawę...
Valentina Maureira ma 14 lat i waży zaledwie 35 kilogramów. Choruje na mukowiscydozę - genetyczną chorobę powodującą m.in. przewlekłe stany zapalne organów wewnętrznych oraz gromadzenie się gęstego śluzu w układzie oddechowym. Choroba nieuleczalna, a chorzy mogą jedynie walczyć z objawami.
[...]
Przez powikłania związane z mukowiscydozą zmarł jej brat, a ona sama praktycznie nie opuszcza szpitala. – Miała już pięć operacji, które zadają jej dużo bólu i cierpienia. Obiecano jej poprawę, ale dla niej jest coraz gorzej – powiedział lokalnym mediom ojciec nastolatki. Dodaje, że nagranie było dla niego zaskoczeniem.
- Jestem zmęczona życiem z tą chorobą. Po 14 latach walki dzień po dniu ja i moja rodzina mamy dosyć. Jestem zmęczona walką - powiedziała Valentina w rozmowie z BBC Mundo.

Sprawa stała się niezwykle głośna w Chile i trafiła nawet na szczeble rządowe. Rzecznik rządu Alvaro Elizalde powiedział w czwartek, że sprawą zainteresował się minister zdrowia, który jest w kontakcie z rodziną Valentiny.

Prawdopodobnie jednak prośba nastolatki nie zostanie zrealizowana. Lekarze twierdzą, że stan dziewczyny nie zagraża jej życiu. Eutanazja jest w Chile nielegalna.

http://www.tvp.info/19035250/chora-na-mukowiscydoze-14latka-z-chile-blaga-o-smierc-prosi-o-zgode-na-eutanazje
     W takich sytuacjach zawsze zastanawiam się co byłoby dla takiego pacjenta lepsze...
       No tak, zaraz mi ktoś powie, że "nie zabijaj", "Bóg dał życie i tylko Bóg może je odebrać"... A już najbardziej rozbraja mnie tekst o potrzebie łączenia cierpienia z cierpieniem Chrystusa, no to mnie po prostu rzuca na kolana... Cytując znów Ks. Jana: "jeśli ktoś mi mówi z pozycji zdrowego kaznodziei: >złącz swe cierpienia z cierpieniem Chrystusa<, mam mu ochotę opowiedzieć historię o wężu, czyli: sss..."

    Wiem - z książki Ks. Jana i z własnych doświadczeń niestety również - jak się sprawy mają w przypadku pacjentów onkologicznych w terminalnym stadium choroby, ale co z innymi chorymi, którzy cierpią wcale nie mniej?
Gdzie przebiega granica między zasadami medycyny (zwłaszcza paliatywnej), a terapią uporczywą?
Gdzie jest granica między leczeniem, a torturami?

     Historia tej dziewczyny ścisnęła mnie za serce, ale jest coś, co mnie przeraziło: "Prawdopodobnie jednak prośba nastolatki nie zostanie zrealizowana. Lekarze twierdzą, że stan dziewczyny nie zagraża jej życiu."
Czyli co?
Wyleczyć się tego nie da, ale przecież jeszcze nie umierasz więc nie ma tematu?
A co z prawem do godnej śmierci?
I nie, nie koniecznie mam tu na myśli eutanazję, ale śpiączkę terapeutyczną, stosowaną w medycynie paliatywnej sedację, która pozwala na wyłączenie świadomości chorego, przez co nie odczuwa on tak dojmującego bólu...

Jak czytaliście książkę Ks. Jana to wiecie, jest w niej na ten temat całkiem sporo.
     "W medycynie paliatywnej istnieje zasada, że pacjent nie może umrzeć z czterech powodów: z głodu, z pragnienia, z bólu ani nie może się udusić. Ale nawet te powody w pewnych momentach przestają się liczyć i mamy do czynienia z konfliktem między zasadami medycyny paliatywnej a terapią uporczywą. Nawet jeśli określona procedura medyczna jest skuteczna w jakimś minimalnym stopniu, ale właśnie jest nieproporcjonalna, czyli pacjenta tak boli podanie jedzenia albo tak mu to szkodzi, że pozorny zysk służy bardziej nam niż naszemu ego - że działamy, że walczyliśmy do końca - niż pacjentowi.
[...]
Organizm dziecka często może wytrzymać więcej procedur medycznych niż organizm dorosłego człowieka. Pytanie jednak, czy musi i czy powinniśmy je narażać na dodatkowe cierpienie".
      Niestety, to wszystko nie jest takie proste jak się wydaje... Tak-tak, nie-nie... życie nie jest czarno-białe... składa się z odcieni szarości...

Mówi się że cierpienie uszlachetnia...
Może...
Ks. Józef Tischner miał nieco inne zdanie w tej kwestii...
Ale i tak na zawsze zapadną mi w pamięć słowa Piotra, męża Joanny "Chustki" Sałygi (szczerze polecam bloga i książkę) :
"Nie ma nic szlachetnego w cierpieniu, w tym, że człowiek wyje jak zwierzę. Asia umarła, cierpiąc. Nikt, kto nie widział umierającej w cierpieniu osoby, nie czuł bezsilności, nie zdaje sobie sprawy, jakie to straszne..."


szczegóły spotkania z Ks. Janem Kaczkowskim w Pile :)


     Kochani, spotkanie z Ks. Janem Kaczkowskim w Pile odbędzie się 28. kwietnia 2015 roku (wtorek) o godzinie 16:30 w INWEST-PARK Sp. z o.o., ul. Dąbrowskiego 8.
A wieczorem Msza Święta :)

niedziela, 22 lutego 2015

Spotkanie z Ks. Janem Kaczkowskim w Pile!


   Do południa było o bliskości, a teraz... zaproszenie!

Szanowni a Zacni, Ks. Jana Kaczkowskiego myślę, że nie trzeba przedstawiać nikomu zaglądającemu na tego bloga. Już trochę Go poznaliście - pisałam o Nim gdy wspominałam o książce "Szału nie ma, jest rak", były linki do rekolekcji wielkopostnych, teraz nadarza się okazja by spotkać się z Ks. Janem osobiście!!!

   Spotkanie otwarte z Ks. dr Janem Kaczkowskim odbędzie się 28. kwietnia (wtorek) w Pile!
Więcej szczegółów już niebawem na blogu i na stronie wydarzenia na fb

Wybieram się, oczywiście że się wybieram i Was Kochani też zapraszam serdecznie!!!

Ks. Jana słów kilka o bliskości.

    Znowu słów parę z "Szału nie ma, jest rak". 
Coś czuję, że jeszcze kilka takich wpisów się na blogu pojawi, bo mądrego to i posłuchać (poczytać) przyjemnie, prawda?

Tym razem refleksje Ks. Jana o potrzebie i znaczeniu bliskości w życiu człowieka. 
Warto sobie dobrze przemyśleć słowa Księdza...

[...] Nie doceniamy zwykłej bliskości, przytulania, głaskania - często patrzymy na tego rodzaju gesty podejrzliwie, także w Kościele. Dziś zbyt często wszystko kojarzy się nam seksualnie. Zupełnie niepotrzebnie. Przytulanie jest cudowne, jest słodkie. Mówiłem kiedyś kazanie o przytulaniu, czyli o tym, jak się przygotować na najtrudniejsze momenty w życiu.
Mówię absolutnie poważnie - przytulanie i tego rodzaju czułe gesty okazują się tu bardzo pomocne. Kłopot w tym, że my nie tylko ich nie doceniamy, ale często nie potrafimy ich okazywać. Bliskości nie można się nauczyć, nie ćwicząc jej. A niestety, ten rodzaj ćwiczeń wciąż jest bardzo trudny dla dużej części facetów. Ciągle jeszcze się zdarza, że właśnie ojcowie w relacjach z dziećmi, zwłaszcza synami, stosują zasadę, że mężczyzna to nie mazgaj, czyli nie płacze, i nie baba, żeby go brać na kolana i przytulać. Rzeczywiście, dwudziestolatka brać na kolana byłoby trudno, zwłaszcza jeśli przerósł nas o głowę, ale dlaczego go nie przytulić? Na Kaszubach wciąż pokutuje stara formuła wychowawcza: "Stille! Dopóki trzymasz nogi pod moim stołem, musisz mnie słuchać". Gówno prawda, dzieciak nic nie musi.
[...]
Mały człowiek nie jest niewolnikiem dużego człowieka. Nie jest też partnerem. Trzeba go jednak traktować po partnersku, czyli adekwatnie do jego wieku. Nieduża różnica, ale bardzo ważna. Duży człowiek powinien traktować małego człowieka po partnersku, czyli również wymagania dostosowywać do jego poziomu
.
I tutaj wróćmy do przytulania - jeżeli dziecko nie było przytulane, jeżeli się je lekceważyło, jeżeli na przykład do taty przychodzi pięcioletni synek z połamaną zabawką - co dla niego w tym momencie było największa życiową tragedią - i był zlekceważony, wyśmiewany za to, że płakał, za to, że sobie z czymś nie poradził, to nie ma się co dziwić, że nastolatek nie przyjdzie powiedzieć, że ma problem z kolegami, z narkotykami, z czymkolwiek.
Po prostu to trzeba wypracować - czuły dotyk, przytulanie, całowanie, wspólne przewalanie się po podłodze, rozmowy:  żartobliwe, głupkowate i poważne.
   Jedno z moich najcudowniejszych wspomnień z dzieciństwa to zapach mojego ojca i to, jak wyciągał nas, dzieciaki, za nogi z łóżka; że można było się po nim wspinać, siłować się z nim. Oczywiście, są różne modele wychowania, mój dom był akurat pod tym względem bardzo liberalny. Ale przecież w zupełnie tradycyjnym sposobie wychowania również jest miejsce na bliskość między rodzicami i dziećmi czy między rodzeństwem. W dorosłym życiu ta potrzeba bliskości w nas nie zanika i dotyczy to, oczywiście, również celibatariuszy. Choćbyśmy nie wiadomo co z nią robili, ona po prostu w nas jest. Nie możemy dać się wykastrować z naszej potrzeby bliskości - ona jest bardzo ważna i bardzo potrzebna.
   To pewnie zabrzmi dość odważnie, ale co tam. Mam przyjaciela, też księdza, z którym znamy się całe lata. On jest człowiekiem bardzo łagodnym i niesłychanie serdecznym, na powitanie czy pożegnanie nie wstydzimy się siebie nawzajem przytulić. Pamiętam też - to będzie jeszcze bardziej podejrzane, ale uważam, że nie ma co dawać się terroryzować politycznej poprawności - że podczas wyjazdu na weekendową wycieczkę z którymś z moich "synków" zdarzyło się, że w hotelowym pokoju dano nam małżeńskie łoże. Rozbawiła nas ta sytuacja. Poszliśmy spać i na dobranoc w tym łóżku mocno przytuliliśmy się na chwilę do siebie. Niesamowita sytuacja, to było tak ufne, jak kiedyś z moim ojcem. Nie było w tym ani krztyny seksualizmu, tylko pełne zaufani, prawdziwa bliskość.
[...]
   To straszne, że dziś tak łatwo na gesty czystej czułości niemal automatycznie nakłada się seksualną otoczkę. Niepotrzebnie zaczynamy patrzeć z podejrzliwością i lękiem na coś, co ze swojej natury - jako relacja przyjacielska czy rodzicielska - jest życiodajne i piękne. Przecież dotyk, przytulenie, pocałunek nie muszą być ani namiętne, ani tym bardziej perwersyjne. Mogą być po prostu tkliwe i czułe.

- Różne nadużycia natury seksualnej, również w Kościele, sprawiły, że w tej materii bywamy przewrażliwieni. Byłoby jednak okropne, gdybyśmy zrezygnowali z prawa do okazywania sobie tkliwości czy czułości.

- Jestem jak najbardziej za okazywaniem ich sobie, tym bardziej że w tym momencie moja rozmówczyni gładzi mnie bardzo miło po rączce (śmiech). Z radością ten Twój gest przyjmuję.
   Ciepłe gesty okazują się bardzo przydatne także w najbardziej tragicznych momentach życia, kiedy nie mamy słów, żeby kogoś pocieszyć, albo ta druga osoba nie może nas usłyszeć. Jak chociażby wyrazić bliskość mamie, która jest nieprzytomna? Można tylko gładzić ją po ręku, nic nie mówić, tylko tym gestem i myślami wyrażać jej czułą bliskość.
   Co tu wiele mówić, to wszystko najprawdziwsza prawda, dość smutna niestety...
W sensie nie że przytulanie jest smutne - o nie, cytując Ks. Jana: "Nie mówiłem Ci jeszcze - przytulanie jest słodkie i urocze!" - smutne jest to, że wielu, bardzo wielu ludzi niezwykle podejrzliwie patrzy na wszelkie przejawy miłości i czułości...

W codziennym życiu często zapomina się o bliskości, a potem... a potem jest już za późno i pozostaje tylko smutna refleksja nie w porę: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..."

 Jak ważna jest bliskość w chwilach trudnych przekonałam się na własnej skórze już nie raz.
Kiedy dowiedziałam się o chorobie mamy byli przy mnie Paula i Piotr - gdyby nie ich obecność nie wiem jak bym sobie poradziła z tym wszystkim - ze strachem, z tymi wszystkimi dziwnymi myślami, czarnymi scenariuszami, które kołatały się w mojej chorej głowie. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, ale gdyby się nie skończyło, nie wiem czy poradziłabym sobie bez nich, bez ich bliskości, czułości i serdecznej cichej obecności...

Półtora tygodnia temu mój Przyjaciel pochował Ojca... 
Nie mogłam być na pogrzebie, bo dowiedziałam się o wszystkim zbyt późno, ale w środę pojechałam Go odwiedzić... Czułam że muszę to zrobić, że muszę tam być choćby tylko na chwilę, choćby tylko dla jednego wypowiedzianego zdania, jednego spojrzenia, uśmiechu, jednego zapewnienia, że nawet w najgorszych chwilach nie zostawię Go samego.
Jałmużna Serca... właśnie o to chodziło... 
Moja obecność była dla Niego wielkim zaskoczeniem, ale ucieszył się... 
Ktoś wszedł w Jego świat i na chwilę chociaż starał się odciągnąć od złych myśli, starał się pomóc zapomnieć o smutku, pustce i stracie...Rana Jego serca będzie goić się jeszcze długo, jeszcze długo pewnie podróż do rodzinnego domu będzie wyzwaniem ponad siły, ale po raz kolejny zyskał pewność, że są ludzie, dla których jest ważny, którzy Go kochają i troszczą się o Niego, którzy w miarę swoich (nieraz niewielkich) możliwości będą przy Nim, będą Go wspierać nawet w tak trudnych chwilach...



   Pamiętajcie o bliskości i czułości, ćwiczcie ją i pielęgnujcie, zanim będzie za późno...

czwartek, 19 lutego 2015

Pomoc dla Mirka

    O tym, że chodziłam na pielgrzymki to już wiecie, ale dziś nie o pielgrzymkach będzie... 
Piszę do Was po prośbie...

   Nasz kolega z pielgrzymki (w zasadzie powinnam powiedzieć Brat) - Mirek Witemberg potrzebuje wsparcia.
Jeden z Jego synów jest poważnie chory, choruje od urodzenia, przeszedł już wiele operacji, a dla normalnego (względnie normalnego) funkcjonowania potrzebuje nieustannej rehabilitacji. 
Rehabilitacji, która jest niezwykle kosztowna, a co tu dużo mówić - w domu Mirka się nie przelewa...
Dlatego Mirek i my - Jego przyjaciele z pielgrzymki zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli z prośbą o pomoc finansową. Liczy się każda, nawet najdrobniejsza kwota. 

Wszystkie wpłaty można przekazywać na konto: 

PKO BP Oddział 1 w Kole
11 1020 2762 0000 1102 0018 8029
z dopiskiem - rehabilitacja. 

 

niedziela, 8 lutego 2015

Ks. Jana słów kilka o Kościele.

    O książce Ks. Jana Kaczkowskiego "Szału nie ma jest rak" pisałam Wam już dawno.
Nie wiem czy ktoś z Was po nią sięgnął, ale ja wracam do niej co jakiś czas, bo jak już mówiłam nie raz - mądrego to i przyjemnie posłuchać.
    Wydarzenia związane z osobą Ks. Lemańskiego, kościelni hierarchowie wszystkich szczebli rzucający klątwy i gromy we wszystkich, którzy ośmielają się mieć inne zdanie niż oni, czy choćby pewne wątpliwości, wyzywający od niewierzących każdego, kto ma czelność zadawać pytania o sens i treść, kościelno-prawicowa nagonka na Fundację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i samego Jurka Owsiaka - to wszystko budzi moją coraz głębszą i coraz bardziej gorzką refleksję nad tym, czym jest Kościół jako instytucja...

- Powiedziałeś przed chwilą: "Pewne rzeczy z wiekiem się zmieniają, ale fundamenty - Pan Bóg, Eucharystia, wiara w obecność Chrystusa w Ofierze nie przechodzą". Co u Ciebie się zmieniło?

- Jako dziewiętnastolatek wierzyłem w Kościół jak ideowy komunista w partię. To się zmieniło. Niestety, jestem zawiedziony Kościołem jako instytucją totalną, która ci mówi, co masz myśleć, gdzie masz mieszkać, która mówiąc o wolności i godności człowieka, często sama ją depcze. Nawet prawo kanoniczne nie jest w Kościele respektowane - mam na myśli prawo do obrony, do dobrego imienia, do wolności, także wolności sumienia. Dzieje się tak szczególnie wobec duchownych, a zwłaszcza wobec zakonnic.

- Ale przecież od początku wiedziałeś, że będziesz musiał być posłuszny swojemu biskupowi, proboszczowi...

- Wiedziałem - jestem i będę posłuszny. Przecież po to przyrzekałem swojemu biskupowi i jego następcom cześć i posłuszeństwo, a nie po to, żeby robić z gęby cholewę. Ale posłuszeństwo i cześć mają swoje granice. Są nimi Dekalog, prawo kanoniczne oraz prawo naturalne, które mówi: dobro czyń, a zła unikaj. Cześć nie może być bałwochwalstwem, a posłuszeństwo - zgodą na irracjonalne polecenia. Jeśli biskup mówi: sadźcie kwiatki do góry korzonkami, bo taka jest wola Boża, to chyba w tym przypadku nie muszę być posłuszny. Wydaje mi się, że model bezdyskusyjnego posłuszeństwa w Kościele, bez dania prawa do odpowiedzi lub chociażby prawa do stawiania pytań, już dawno - a zwłaszcza po II Soborze Watykańskim - minął.
Miałem kiedyś rekolekcje dla katechetów, na których było dużo zakonnic. W luźnej rozmowie z siostrami pojawił się temat, na ile nasze powołanie może mieć charakter działania psychologicznego: czy wybierając je, szliśmy wyłącznie za wezwaniem Boga, czy czasem podświadomie przed czymś nie uciekaliśmy. I okazało się, że osiemdziesiąt procent tych sióstr to córki alkoholików. To zastanawiające, biorąc pod uwagę fakt, że jednym z charakterystycznych syndromów DDA jest unikanie konfliktów i podatność na wchodzenie w przemocowe relacje z przełożonymi, zwłaszcza w przemoc natury psychicznej. Potworne historie. Patrząc na siostry zakonne często mam nieodparte wrażenie, że wiele z nich zostało wręcz wepchniętych w opacznie rozumianą rolę pokornych służebniczek Chrystusa. Do tego jeszcze uzależnienie finansowe - trzeba o wszystko prosić: w skrajnych wypadkach bywa, że nawet o podpaski. To nie może nie rodzić poczucia upokorzenia.

- Może cnoty ewangeliczne, którymi zobowiązują się żyć osoby wstępujące do zakonu, należałoby dziś na nowo zinterpretować, poddać je próbie, jeśli nie uzgodnienia, to choćby dialogu z duchem czasu?

- Nie w pełni wiem, jak miałby wyglądać Kościół, którego chciał Chrystus. Myślę jednak, że wolno mi wątpić w to, że chciał w Kościele hierarchicznej i feudalnej struktury, która jest pokłosiem średniowiecza. Chyba mocniej należałoby wziąć sobie do serca Chrystusowe wezwanie: "Nie chciejcie, żeby wam służono". Pewnie są wspólnoty, które dobrze funkcjonują, ale ja sam znam wiele wstrząsających przykładów nadużyć, elementarnego braku poszanowania godności osoby ludzkiej w konkretnej siostrze zakonnej.
[...]
A jeśli chodzi o własne podwórko, to - mówiąc marketingowo - produkt, jaki serwuje typowa parafia, jest na żenującym poziomie, począwszy od plastikowego wystroju kościoła po poziom kazań czy w ogóle oferty duszpasterskiej. Znaczna część moich kolegów, gdyby ich oceniać jedynie pod względem profesjonalizmu wykonywanej pracy, straciłaby robotę. W Kościele pracuje się jak za komuny, to znaczy często się... nie pracuje. Dominuje bylejakość w pracy duszpasterskiej, w sposobie sprawowania liturgii, w tak zwanej posłudze myślenia, do której Kościół również jest powołany i którą zobowiązany jest pełnić.

- Dlaczego tak jest? Przecież chyba księdzem zostaje się częściej z powołania niż na przykład z braku innego pomysłu na życie?

- [...] Mógłbym wymienić mnóstwo negatywnych cech duchowieństwa, ale to byłoby paskudne uogólniania i dęcie w jedna tubę z niektórymi liberalno-lewicowymi mediami. O słabościach - takich jak brak odpowiedniego wykształcenia, obycia, czasem zwyczajne ludzkie chamstwo - i innych negatywnych rzeczach dobrze wiemy. I nie ma co się nad nimi pastwić. Trzeba je zauważać i w miarę możliwości eliminować. Ale są tez inne problemy, jak choćby wypalenie i przepracowanie księży. Jeśli wikariusz ciągnie parafię właściwie sam - bo jego dwóch zazwyczaj starszych kolegów ma wszystko gdzieś - i tylko czeka, aż się skończy kolęda, żeby podzielić się z proboszczem zebranymi pieniędzmi, lub próbują tego proboszcza okraść - to w końcu dosięgnie go zwątpienie. Księża są dziś często wypaleni. Są samotni. Nie daje się im prawa do przeżywania kryzysu.

- Spotkałam wielu księży, którzy tak widzą Kościół. A jednak i oni, i Ty trwacie w kapłaństwie.

- Wciąż wierzę, że w Kościele działa Pan Bóg. Powiem jednak coś, co w moim ewentualnym procesie beatyfikacyjnym (śmiech) może zadziałać na niekorzyść: wcale nie jestem przekonany, że gdybym był zdrowy, do końca życia dotrwałbym w kapłaństwie. Pragnąłbym tego bardzo i jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałem sobie życia bez kapłaństwa. Teraz już teoretycznie z trudem mógłbym je sobie wyobrazić. Sama instytucja czy te feudalne układy w Kościele tak potrafią człowiekowi dopiec i tak wymęczyć, że nawet najwyższy poziom duchowości często nie jest w stanie utrzymać go w tych ramach. Wcześniej nie rozumiałem tych, którzy odchodzą, teraz już jestem łagodniejszy w ocenach. Jeśli takiej opresyjnej strukturze, jaką bywa Kościół instytucjonalny, przyjdzie się zmierzyć z miłością kobiety i mężczyzny, to zazwyczaj wygrywa miłość do kobiety, a nie do Kościoła.

- Nic tu nie mówisz o miłości do Boga?

- Mogę sobie wyobrazić, że taki sponiewierany ksiądz bardziej będzie w stanie realizować swoją miłość do Boga w bliskiej więzi z kochającą kobietą, niż z instytucją, od której wiele wycierpiał. Wydaje mi się jednak, że to zawsze jest dramat...
   Trudno mi się nie zgodzić z tym, o czym mówi Ks. Jan... To smutne, ale naprawdę trudno mi się z tym nie zgodzić.
Coraz częściej widzę księży, którzy podchodzą do swoich obowiązków jakby to była co najmniej jakaś potworna kara, przyjść, odrobić pańszczyznę i wrócić do domu. Mam wrażenie, patrząc na nich i słuchając tego, co mówią, że to tylko wyświechtane frazesy, którymi każdy jeden wyciera sobie gębę i rzuca nimi na prawo i lewo, wymagając od wiernych, że oto tak mają postępować, bo "zaprawdę godnym to i sprawiedliwym, słusznym i zbawiennym jest", ale sam ma to głęboko gdzieś, jego to nie dotyczy, bo oto on jest namaszczonym, wybranym, a wybrańców nie obowiązują nakazy i zakazy.
Często odnoszę wrażenie, że wielu księży mówiąc o prawie samemu stawia się ponad nim. Wymagają od wiernych, ale nie od siebie, a przecież mówi Mądra Księga: "Komu wiele dano od tego i wiele wymagać się będzie".
To dlatego coraz trudniej mi znaleźć miejsce w tej "wspólnocie", to dlatego jest mi ona coraz bardziej obca...

    Nie jestem święta i bez grzechu, nie jestem wzorem cnót i doskonałości, o nie, ale obłudy zdzierżyć nie mogę...
Jeżeli fakt, że nie zgadzam się z niektórymi tezami głoszonymi przez kościelnych hierarchów, że nie potępiam Ks. Wojtka Lemańskiego, Ks. Adama Bonieckiego, Jurka Owsiaka, czy Nergala, że nie obchodzę kolejnych miesięcznic i rocznic katastrofy smoleńskiej, że nie chcę palić na stosie homoseksualistów, ateistów, Żydów, masonów i cyklistów; że nie śpiewam "ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie"; że mam odwagę mieć wątpliwości i zadawać pytania - jeśli to wszystko sprawia, że nie jestem "prawdziwą katoliczką", że jestem "niewierna" to w porządku.
Chyba nawet tak wolę!