Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistrz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistrz. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 listopada 2015

For God and The Empire - czyli wielki dzień dla całego fandomu!

        Aby uczcić swoje urodziny, w czerwcu bieżącego roku Jej Wysokość, Królowa Elżbieta II ogłosiła nominacje do Orderu Imperium Brytyjskiego.
Wśród nominowanych znalazł się również Benedict Cumberbatch!
Jak wynika uzasadnieniu, Order przyznano za zasługi dla kultury oraz działalność charytatywną.

Aktor otrzymał cywilny order III klasy, czyli tytuł Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego (CBE).

Civil Division
Central Chancery of the Orders of Knighthood

St. James’s Palace, London SW1

13 June 2015

THE QUEEN has been graciously pleased, on the occasion of the Celebration of Her Majesty's Birthday, to give orders for the following promotions in, and appointments to, the Most Excellent Order of the British Empire:

C.B.E.
To be Ordinary Commanders of the Civil Division of the said Most Excellent Order:

Benedict Timothy Carlton CUMBERBATCH
Actor

For services to the Performing Arts and to Charity.


[https://m.thegazette.co.uk/notice/2347713]


      To wielki dzień nie tylko dla uhonorowanego odznaczeniem Aktora i Jego bliskich, ale również dla całego fandomu, który w tym dniu miał niezaprzeczalny powód do dumy! No ale jak nie być dumnym, gdy Człowiek, którego się podziwia otrzymuje odznaczenie nie tylko za swoją ciężką pracę i niewątpliwy wkład w rozwój kultury, ale i wielkie serce.
Cumberbatch znany jest bowiem nie tylko ze swych znakomitych kreacji aktorskich zarówno teatralnych jak i kinowych czy telewizyjnych, ale również ze swego zaangażowania w liczne inicjatywy i wsparcie dla organizacji charytatywnych (m.in. Motor Neurone Disease Association, Cancer Research, Children’s Defense Fund, Prince’s Trust, Elton John AIDS Foundation).

Ceremonia wręczenia Orderów odbyła się we wtorkowe przedpołudnie (10.11.2015 r.) w Pałacu Buckingham. Benedictowi towarzyszyła Jego urocza żona - Sophie Hunter, oraz rodzice - Timothy Carlton i Wanda Ventham.





         W rozmowie z dziennikarzami Cumberbatch podkreślił, iż odznaczenie jest dla Niego wielkim wyróżnieniem i zaszczytem, a sama ceremonia była niezwykle emocjonującym przeżyciem.

Gdy otrzymałem list informujący o przyznaniu mi odznaczenia pomyślałem, że to pomyłka.
[...]
To fantastyczne, dość stresujące, bo nie można się do tego przygotować. To niepowtarzalna okazja, a ja czuję się bardzo uprzywilejowany i schlebia mi takie uznanie. Być uhonorowanym przez Królową to coś nadzwyczajnego.

Dodał również, iż fakt otrzymania tak znakomitego wyróżnienia oraz prestiż z tym związany nie zmieni jego postawy - w sprawach, które uważa za istotne będzie nadal otwarcie wyrażał swoje poglądy.




       Jako że odznaczenie przyznano Aktorowi również za wkład w działalność charytatywną nie obyło się bez pytań o apel w sprawie uchodźców i wsparcia dla Fundacji Save The Children, który wygłaszał na zakończenie każdego z przedstawień "Hamleta". Na pytanie o zarzuty jakie Mu w związku z tym stawiano Benedict odpowiedział:

Nie interesuje mnie krytyka jaką zbiorę. Interesuje mnie podnoszenie świadomości ludzi i zbiórka funduszy dla osób, które są w znacznie gorszej sytuacji niż aktor, którego krytykuje się za to, że zajmuje się jeszcze czymś innym niż tylko swoją pracą.

Jako osoba publiczna często narażony jest na krytykę pomimo tego jednak zawsze robi to, co uważa za słuszne, tak jak w tym przypadku.

Ze względu na moją pracę interesuje się mną opinia publiczna, czego doświadczyłem w moim prywatnym życiu, mogę więc to wykorzystać, by zrobić coś dobrego dla innych ludzi.
Gdy jako świeżo upieczony ojciec zobaczyłem nagrania i zdjęcia jakie docierały do nas latem, pomyślałem, że każdy kto ma serce rozumie, że to nie jest problem kogoś innego, problem innego kraju, to jest nasz problem, problem humanitarny.




         Tym między innymi zdobył sobie wielkie uznanie wśród fanów - swoją bezkompromisowością w mówieniu o kwestiach ważnych, nawet za cenę fali hejtu z jaką niejednokrotnie musiał się później zmierzyć.


Bardzo żałuję, że nie mogłam uczestniczyć w tej niezwykłej ceremonii. Jeszcze bardziej żałuję, że nie miałam, nie mam i pewnie długo jeszcze nie będę mieć okazji by pogratulować Benedictowi zarówno tego wspaniałego wyróżnienia, jak i znakomitej roli w "Hamlecie", a także by Mu podziękować za Jego pracę i za to, że On sam, Jego ciężka praca i niezłomna postawa są inspiracją dla wielu z nas.

Wielkie gratulacje, Komandorze!
Jestem z Ciebie dumna!
To zaszczyt mieć takiego Idola!
To zaszczyt należeć do tak wspaniałego fandomu!
Dziękuję!



photo by Press Association
photo by Press Association















Photo by BBC



Photo by Alan Davidson
for The Daily Mail





Photo by BBC




PS. Ze specjalną dedykacją dla Marysi - przepraszam Maleńka, że tak długo musiałaś czekać :) :*

niedziela, 30 sierpnia 2015

"Czy gra sie na scenie, w radiu, czy przed kamerą, wyzwanie polega nie na pokazywaniu bądź robieniu czegoś, tylko na myśleniu".

     W tytule słowa bohatera dzisiejszej notki.
Urodził się 19 lipca 1976 roku w Londynie. Jest synem aktorów Timothy'ego Carltona i Wandy Ventham.
Drodzy moi, oto i On:
BENEDICT TIMOTHY CARLTON CUMBERBATCH - brytyjski aktor teatralny, telewizyjny i filmowy oraz producent, który mimo młodego wieku może poszczycić się bardzo bogatym dorobkiem aktorskim.
Ogromną popularność przyniosła mu tytułowa rola w produkowanym przez telewizję BBC serialu "Sherlock", gdzie tworzy znakomity duet z Martinem Freemanem.
Oprócz znanego detektywa Cumberbatch wcielał się w role tak znanych postaci jak: Stephen Hawking ["Hawking"], Vincent Van Gogh  ["Van Gogh: Painted with Words"],
Julian Assange ["Piąta Władza"], Alan Turing ["Gra tajemnic"], William Pitt ["Głos wolności"].

    Dawno nie pisałam o idolach, ale ponieważ jestem obecnie na bieżąco z filmografią Benedicta Cumberbatcha, stąd pomysł, by napisać parę słów właśnie o Nim, co przy okazji będzie świetnym wstępem do tego, by powiedzieć również o kilku znakomitych filmach z Jego udziałem.

    Zachwycił mnie, zauroczył, oczarował swoją kreacją w "Sherlocku", zatem można powiedzieć, że moja przygoda z Nim rozpoczęła się tak samo jak w przypadku wielu z Jego fanek. Fakt, rozpoczęła się może i tak samo, ale nie skończyła się wyłącznie na zachwytach nad "Sherlockiem.
Nie lubię oceniać artystów wyłącznie przez pryzmat jednego dzieła, nawet najbardziej wybitnego, stąd też moje poszukiwania wszystkiego co było przed i tego, co było po "Sherlocku".
Z każdym kolejnym obejrzanym filmem, serialem, spektaklem (do wymienionych wyżej dopiszcie jeszcze jakieś 10 tytułów) utwierdzałam się w przekonaniu jakie zrodziło się we mnie po obejrzeniu "Sherlocka", że oto mam do czynienia ze wspaniałym aktorem. Aktorem niebywale wszechstronnym, potrafiącym zaadaptować się do każdej roli, który znakomicie wypada zarówno jako odrażające monstrum ("Frankenstein"), ale i arystokrata; jako genialny naukowiec ("Hawking", "Gra tajemnic") i zagubiony młody człowiek ("Sierpień w hrabstwie Osage"), a do tego wszystkiego potrafi być świetnym wilkiem - agentem do zadań specjalnych ("Pingwiny z Madagaskaru") i potężnym smokiem ("Hobbit: Pustkowie Smauga"). Jednym słowem - dla każdego coś dobrego!

    Ogromną przyjemność sprawa mi oglądanie Benedicta Cumberbatcha na ekranie, ale równie wielką przyjemność sprawia słuchanie nagranych przez niego audiobooków i audycji radiowych, a także wywiadów. Z dwóch powodów Mili moi.
Mam takie drobne zboczenie, moi przyjaciele śmieją się ze mnie, że zakochałabym się przez telefon, bo kiedy słyszę kogoś (nie ważne - kobietę czy mężczyznę) o szczególnym głosie, to ciepło mi się robi i normalnie tracę głowę.
Tak, w tym głosie też zakochałam się bez pamięci - ciepły, głęboki, aksamitny baryton... Naprawdę można stracić głowę :) To jeden powód. Drugi dotyczy wywiadów, których słucha się z przyjemnością nie tylko z powodu głosu Aktora, ale przede wszystkim dlatego, że na każde, nawet najbardziej banalne pytanie stara się On odpowiadać dokładnie i rzeczowo, choć dzisiejsze media i wielu odbiorców stawia raczej na błyskotliwe ogólniki.
Z tych wywiadów wyłania się obraz człowieka, który niezwykle poważnie traktuje swój zawód. Może długo i niebywale szczegółowo opowiadać o każdej ze swoich ról, ponieważ do każdej z nich przygotowuje się bardzo skrupulatnie. Doskonale wie, że postać to nie tylko kostium, didaskalia i tekst, którego trzeba nauczyć się na pamięć; to także kontekst historyczny w jakim dana postać jest osadzona, kontekst historyczny w jakim sztuka powstała, cały bagaż emocji zarówno towarzyszących bohaterowi jak i tych, które kierowały autorem podczas pisania. To właśnie ta skrupulatność oraz chęć i zapał do uczenia się coraz to nowych rzeczy (gra na fortepianie, na skrzypcach, jazda konna, nowe dialekty) wpływa na późniejszą znakomitą prezentację postaci na scenie, czy w filmie, a to z kolei przekłada się na znakomite recenzje, nagrody oraz zachwyt fanów.

   Skrupulatność, profesjonalizm, zaangażowanie - to poza świetną grą aktorską urzekło mnie w Cumberbachu, gdy poznałam go już z trochę innej strony niż tylko przez pryzmat ról w jakie się wcielał. Lubię profesjonalistów w swojej dziedzinie :)

Urzekło mnie jeszcze coś - fakt, że mimo sukcesu jaki odniósł i sławy jaką zdobył nadal pozostał skromnym człowiekiem, którego popularność i wszystko co z nią związane często wprawiają w zakłopotanie - "To naprawdę niesamowite, to wielki komplement, naprawdę nie wiem co powiedzieć. To takie miłe. Ja po prostu staram się dobrze wykonywać swoją pracę".
Koledzy po fachu, członkowie ekip filmowych, pracujących z Benedictem Cumberbatchem przy okazji różnych projektów podkreślają, że pomimo swojej niezaprzeczalnej popularności nigdy się nie wywyższał, nigdy nie oczekiwał specjalnego traktowania, ale pracował tak samo ciężko jak reszta zespołu, nierzadko pomagając na przykład w noszeniu sprzętu, jak to miało miejsce choćby podczas prac nad filmem "Trzecia gwiazda".

Nie stał się celebrytą, nie grzeje się w blasku fleszy, sława nie była i nie jest dla Niego celem samym w sobie.
Chciał odnosić sukcesy, to oczywiste, ale nie oznacza to wcale, że chciał być sławny. Zdobycie uznania liczyło się dla Niego o tyle, o ile dotyczyło Jego pracy, a nie Jego samego.
Peszy go to uwielbienie szczególnie ze strony żeńskiej części publiczności, która sama nazwała się "CumberBitches" i której każda z członkiń chętnie urodziłaby Benedictowi dziecko. We wrześniu 2013 r. do grupy @Cumberbitches na Twitterze zapisanych było 60 tysięcy osób! Fakt ten i sama nazwa konta budziły w Aktorze dyskomfort i zażenowanie. Proponował raczej nazwę w stylu Cumberbabes, Cumberwomen, czy Cumbergirls. "Tu nie chodzi nawet o kulturę - mówił - Nie pozwolę, żebyście były moimi zdzirami. Myślę, że to cofa osiągnięcia feminizmu o parę ładnych kroków. Jesteście... Cumberpeople".

Męczy Go także zainteresowanie mediów, które gdzieś mają to, czym się zajmuje, nad czym aktualnie pracuje, czekają tylko na jakiegoś gorącego newsa, który zelektryzuje opinię publiczną.

Poza wszystkim jednak Aktor ma niesamowity dystans do siebie, potrafi żartować ze swojego wyglądu, trudnego i nietypowego nazwiska, czy z wpadek jakie czasem przytrafiają mu się w pracy.

     Można by o Nim jeszcze wiele, ale lepiej będzie jeśli przemówi On sam i Jego aktorskie kreacje.

      Skrupulatność, profesjonalizm i zaangażowanie w przygotowaniu do roli - proszę bardzo.
Nagranie głosu Smauga w "Hobbicie" to nie było tylko siedzenie w studiu, przed mikrofonem i wpatrywanie się w ekran, to była ciężka fizyczna praca podczas sesji motion capture na planie w Nowej Zelandii. Cumberbatch chciał by smok miał nie tylko jego głos, ale chciał mu również oddać swoją mimikę i ruchy.
Tak to właśnie wyglądało:



Efekty mogliście usłyszeć i zobaczyć na ekranie w filmie "Hobbit: Pustkowie Smauga" - kto nie widział, gorąco polecam całą trylogię!

Dystans do siebie, czemu nie :)
"Ask Benedict Cumberbatch to say the word 'penguin'"



O nazwisku:



O sobie samym:


I ta cudowna wrażliwość na muzykę :)
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam to nagranie przypomniało mi się moje zauroczenie fortepianem :)

niedziela, 22 marca 2015

58. urodziny Jacka... bez Jacka...

     Dziś kończyłby 58 lat... Byłby tort, byłyby spotkania z przyjaciółmi, byłyby życzenia serdeczne i szczere - wszystkiego co najlepsze...
To wszystko byłoby, ale nie będzie... Od 11 lat już tego nie ma...
Jest pamięć. Są kwiaty na grobie na Powązkach Wojskowych.
Brakuje tylko, by jubilat był wśród nas, bo co do tego, że jest z nami nikt nie ma wątpliwości...

Wszystkiego najlepszego Mistrzu! Jacku...
Gdziekolwiek teraz jesteś i cokolwiek robisz...

Do zobaczenia! (mam nadzieję, że już niedługo...)


sobota, 2 sierpnia 2014

"Himalaje od kuchni", czyli o niezwykłym spotkaniu w Bawełnie...

  
Nie bardzo wiem jak zacząć, ale mówią, że najlepiej zaczynać od początku, zatem niech będzie.
W środę, 30. lipca wybrałam się do Łodzi na niezwykłe spotkanie z niezwykłym Człowiekiem.
Niektórzy zapewne po tytule domyślają się cóż to było za spotkanie, a tym, którzy się nie domyślają już spieszę tłumaczyć.
   Otóż Drodzy moi, stało się tak, że łódzka restauracja Bawełna zorganizowała spotkanie z Panem Piotrem Pustelnikiem :)
Jak się zapewne domyślacie, nie mogło mnie na nim zabraknąć - wszak byłby to grzech zaniechania nie skorzystać z okazji do spotkanie z Mistrzem, a dokładając do tego jeszcze wszystko, co się podczas tego spotkania wydarzyło, byłby to grzech niewybaczalny :)

Spotkanie miało rozpocząć się o godzinie 20:00 (rozpoczęło się z drobnym poślizgiem, ale to w sumie standard przy tego typu imprezach), na miejscu byłam jakieś pół godziny wcześniej. Oczywiście nie rezerwowałam sobie miejsca na sali, bo 1) liczyłam na fart, 2) nie miałam pewności, że uda mi się dotrzeć na spotkanie, zatem gdy znalazłam się na miejscu zastałam niemal pełną salę i wszystkie stoliki albo zajęte, albo zarezerwowane ;) No ale co tam, stwierdziłam że najwyżej ",mój jest ten kawałek podłogi" - w końcu nie takie rzeczy się już robiło. Ale spojrzałam po sali i podeszłam do stolika przy którym siedziała samotna pani. Przywitałam się, zapytałam czy mogę się do niej przysiąść, zgodziła się i... stało się coś, czego nawet ja, będąc osobą jednak otwartą i komunikatywną, nie bardzo się spodziewałam. Zaczęłyśmy rozmawiać i po jakichś 5 minutach zaczęłyśmy mówić sobie po imieniu :)
Ona ma na imię Małgorzata i z wykształcenia jest anglistą. Okazało się, że nie tylko filologiczne wykształcenie jest naszą nicią porozumienia. Ona też lubi fotografię, sztukę, naturę i życie pełnią życia, a nie tylko z dnia na dzień. W przeciwieństwie do mnie to było Jej pierwsze spotkanie z Panem Piotrem, ale podobnie jak ja zafascynowała Ją sylwetka tego Człowieka, stąd Jej obecność na spotkaniu i chęć zobaczenia i posłuchania na żywo osoby, którą do tej pory znała tylko ze zdjęć i publikacji...
   Samo spotkanie to nie była taka zwyczajna opowieść o górach, streszczenie 20 lat życia i mordęgi na himalajskiej "drodze krzyżowej", ale o tym, jak wygląda życie na wyprawie, co się dzieje z człowiekiem gdy pojawia się w Katmandu, o kulturze Nepalu, o zwyczajach i o jedzeniu :)
Co ciekawego od strony kulinarnej czeka przybyszów w Nepalu to ja Wam, Drodzy nie napiszę. Nie dlatego, że nie słuchałam, ale dlatego, że to całe mnóstwo rzeczy często niezwykłych - moglibyście mi nie uwierzyć, i co wtedy? ;)
  Jeśli już o jedzeniu mowa, każdy z gości miał okazję słuchając Pana Piotra skosztować również przygotowanej wg tradycyjnego przepisu (którego niestety jeszcze nie poznałam) tybetańskiej herbaty :)
Herbata, mleko, przyprawy, w każdym razie smakowało wybornie :)
Można też było spróbować tybetańskich pierożków. Kochani, mówię Wam, cudo! Były naprawdę przepyszne!
Tak więc popijaliśmy tybetańską herbatkę, zajadaliśmy pierożki, słuchaliśmy, oglądaliśmy zdjęcia, a później także filmy. Była "Krótka relacja z wyprawy" - zrealizowany przez Darka Załuskiego film z wyprawy na Annapurnę od południa; znany Wam już z jednej z wcześniejszych notek film "Annapurna na lekko" oraz film z wyprawy na K2.
Każdy z nich opatrzony rzecz jasna komentarzem Pana Piotra - pełnym charakterystycznego dla Niego humoru, dystansu, ale i refleksji.
Jak sam powiedział filmy te pokazują jak się przegrywa, jak trzeba zmagać się z przeciwnościami "bo przegrywać trzeba umieć. Wygrywać każdy głupi potrafi..." - najprawdziwsza prawda! Zresztą Pan Piotr jest człowiekiem, którego góry najwyższe nie raz uczyły przegrywać, nie raz wystawiały na ciężką próbę Jego siły, zdrowie, odwagę, nie raz sprawdzały Jego człowieczeństwo i wytrwałość. A On z każdej z tych prób wychodził zwycięsko, nawet jeśli góra okazywała się silniejsza (a bo to żeby raz...).


Bardzo się cieszę, że dane mi było wziąć udział w tym spotkaniu, że znów mogłam zobaczyć i posłuchać Pana Piotra na żywo, w dość mimo wszystko kameralnym gronie (porównując to z ASP na Przystanku Woodstock, czy festiwalami górskimi to była nas garstka), kolejny raz zobaczyć wspaniałe, nie raz zapierające dech w piersiach zdjęcia z Himalajów, obejrzeć film z K2, którego dotąd nie widziałam, no i chwilę z Panem Piotrem porozmawiać (z tego ostatniego cieszę się najbardziej).
Mądrego człowieka zawsze przyjemnie posłuchać, a gdy to na dodatek jest człowiek, który jak Piotr Pustelnik ma na swoim koncie takie osiągnięcia i tak niesamowite doświadczenia, a przy tym jest dobrym, skromnym, otwartym, serdecznym i sympatycznym człowiekiem, z dystansem do siebie i tego, czego doświadczył - wówczas przyjemność jest jeszcze większa!
Mam nadzieję, że nie było to ostatnie tego typu spotkanie, i że jeszcze kiedyś dane mi będzie przeżyć takie wspaniałe chwile, w tak doborowym towarzystwie jak teraz :)

Jeśli już o przyjemnościach mowa, to trochę się Wam nachwalę, a co! Kto biednemu zabroni bogato żyć? ;)
Wspominałam o tybetańskich pierożkach, oto i one! Malutkie, mięciutkie, ciasto rozpływało się w ustach, a farsz był cudownie aromatyczny :)
I była to jedyna okazja by ich spróbować, na co dzień bowiem próżno ich szukać w karcie Bawełny, choć uważam, że wprowadzenie ich na stałe do menu byłoby znakomitym pomysłem - ja na pewno przy okazji wizyty w Bawełnie zamawiałabym je w każdej ilości! No wie, mówię jak straszny łakomczuch, ale trochę jestem łakomczuchem, lubię dobre jedzenie, a pierożki były wyśmienite!
A to nie koniec przyjemności ;)
Były jeszcze wspaniałe koktajle: truskawkowy i szpinakowy (tak, koktajl ze szpinaku, a czemu nie, skoro Chef Amaro robi serniczek z borowików i lody ze świerku, to czemu ktoś miałby nie zrobić koktajlu na bazie szpinaku? ;D)
W ogóle te koktajle to była podwójna przyjemność, bo nie dość że były wprost cudowne, aromatyczne i fantastycznie zimne (co przy poprawce na upał jaki panował w środę jest niebywałą zaletą) to były jeszcze darmowe!
Ale nie dla wszystkich, o nie, tylko dla mnie i Małgosi!
Ma się to szczęście w życiu!
Serio mówię, dostałyśmy koktajl całkiem za friko, ponieważ bardzo długo musiałyśmy na niego czekać. Złożyłyśmy zamówienie tuż przed projekcją filmów, a okazało się, że podczas projekcji nie można używać blendera bo zbyt głośno pracuje. Kelner poinformował nas o tym i zaproponował dwa rozwiązania - albo zamówimy sobie jakiś inny napój, niewymagający użycia blendera, albo poczekamy na zakończenie projekcji. Wybrałyśmy tę drugą opcję i jak widzicie - opłacało się! ;)

A oto i zwieńczenie przyjemności środowego wieczoru:
dedykacja od Pana Piotra :)

 I wspólne zdjęcia z Mistrzem autorstwa Małgosi, której serdecznie dziękuję, bo są naprawdę świetne!

To był naprawdę niesamowity wieczór!!! Mam nadzieję jeszcze choć jeden taki przeżyć, może wtedy uda się obejrzeć "Snow Story" - film Darka Załuskiego o wyprawie Piotra Pustelnika na Manaslu.
Gdy powiedziałam Panu Piotrowi, że to chyba jedyny film z Jego wypraw którego nie widziałam, odpowiedział z uśmiechem: "mam go na płycie", na co ja z jeszcze większym uśmiechem odparłam: "no to może przy następnym spotkaniu się uda" :)
Kto wie!
Zatem do następnego takiego spotkania! :)

*część zdjęć zaczerpnięta z: Himalaje od kuchni

sobota, 26 lipca 2014

"Mojemu Mistrzowi i Przyjacielowi..."

Znów mnie długo nie było, ale gdy wracam z pracy jestem tak padnięta, że nie mam siły palcem kiwnąć (a mówią, że pracownik umysłowy ma lekko...).

Jak się zapewne domyślacie po tytule dziś znów będzie o kolejnym Autorytecie.
Długo biłam się z myślami, czy o Nim pisać, nie dlatego, że nie warto, ale że nie bardzo wiem jak to wszystko poskładać w całość...
Kolejny, już ostatni, z grona ukochanych "Tres Pedros"...

PIOTR ŁUKOWSKI, dla ścisłości, prof nadzw. UŁ dr hab. Piotr Łukowski :)
Dawniej pracownik Instytutu Filozofii UŁ, obecnie kierownik Zakładu Kognitywistyki w Instytucie Psychologii UŁ.
Z wykształcenia matematyk, logik i doktor habilitowany nauk humanistycznych.
Mój Nauczyciel.

Poznałam Pana Profesora będąc na czwartym roku studiów. W semestrze letnim zapisałam się na wykład "Teoria manipulacji", który prowadził właśnie Profesor Łukowski.
Na wykład poszłam ze względu na temat, który wydał mi się ciekawy, o prowadzącym nie miałam bladego pojęcia kim jest, ale gdy wyczytaliśmy, że "prof nadzw. UŁ dr hab." to większość z nas pomyślała, nauczona doświadczeniem, że to będzie siwy, albo połysawy starszy pan, który będzie straszliwie przynudzał. Rzeczywistość przeszła nasze (wielu z nas, moje również) najśmielsze oczekiwania. Oto przyszedł na wykład człowiek, ubrany schludnie, ale na luzie, któremu na pierwszy rzut oka nie dawaliśmy więcej niż 40, 40-kilka lat, serdeczny, uśmiechnięty, człowiek o którym myśleliśmy, że jest podwładnym owego "prof nadzw. UŁ dr hab." - "to nie profesor, co najwyżej doktor i to nie habilitowany" - właśnie tak.
Zapytał nas jegomość czy my na taki a taki wykład, potwierdziliśmy, powiedział że się cieszy i wpuścił nas na aulę. Do wykładu zostało jeszcze kilka minut, siedzieliśmy w auli i zastanawialiśmy się, jak długo niebiosa pozwolą nam się cieszyć tym zastępstwem, bo była nadzieja, że chociaż on poprowadzi ciekawe zajęcia, a przy okazji i dla oka widok przyjemny ;)
Zaczął się wykład, a zaczął się od słów: "Witam państwa serdecznie, nazywam się Piotr Łukowski..." To trzeba było słyszeć, to westchnienie przepełnionej rozkoszą ulgi i szmery w stylu "Bóg jednak istnieje i musi być dobry" :D

Okazał się być wspaniałym wykładowcą. Słuchało się go naprawdę z przyjemnością, mówił ciekawie, rzeczowo, konkretnie, podawał dużo przykładów, żeby łatwiej było nam zrozumieć omawiane zagadnienia. Zawsze czekał na nasze pytania i chętnie na nie odpowiadał, nieraz z nami żartował.
Dał się poznać jako Człowiek bardzo otwarty, szczery i bezkompromisowy. O wszystkim mówił wprost, także o sobie.
To człowiek dla którego prawda liczy się ponad wszystko, tak nam nie raz powtarzał: "Mówię prawdę i tylko prawdę, bo tak ślubowałem". Jasne, można było się z Nim nie zgadzać, coś mu zarzucić, ale na pewno nie to, że nie mówi prawdy...

Ktoś mógłby powiedzieć, że ściemniam, bo skoro prowadził zajęcia z teorii manipulacji to uczył nas kłamać... Nic bardziej mylnego. Już na pierwszym wykładzie ostrzegł nas, by przypadkiem nie przyszło nam do głowy stosować technik, o których będzie nam opowiadał, żebyśmy się nawet nie próbowali chwalić tym, że kogoś zmanipulowaliśmy stosując wiedzę z wykładu, bo dostaniemy dwóję taką, że hej, i nawet sam rektor nie skłoni go do zmiany tej oceny...
To był najlepszy wykład na jaki dane mi było chodzić przez cały okres studiów, serio!

Ale wykład to nie wszystko, choć to on sprawił, że często kontaktowałam się z Profesorem, szczególnie pod koniec, kiedy wreszcie przeczytałam książki będące podstawą wykładu i zaczęłam pytać o to i owo.
I w sumie tak to się już potoczyło :)
Wykład się skończył, ale pojawiła się nowa inicjatywa - projekcji filmów, przy okazji których dyskutowaliśmy nad ukazanymi w nich problemami i nad zagadnieniami z zakresu teorii wpływu. Był "Baader - Meinhof", "Wróg ludu", "Dekalog 5", a po nich długie, nierzadko burzliwe dyskusje w kameralnym gronie. Niesamowita sprawa... Brakuje mi tego, podobnie jak zajęć...
Projekcje stały się kolejnym bodźcem do rozmów, zadawania pytań i szukania na nie odpowiedzi. Ale z Profesorem rozmawiało się nie tylko o szkole, nie tylko o filmach w kontekście teorii manipulacji - można z Nim było rozmawiać w zasadzie o wszystkim!
Pamiętam nasze wrześniowe spotkanie, kiedy przyjechałam na Jego dyżur, z podaniem o zgodę na składanie egzaminu z teorii manipulacji. Rozmawialiśmy o wszystkim... o tym jak minęły wakacje, o teorii manipulacji (a jakże), o paradoksach i o logice w ogóle, o filozofii, teologii, o "Trylogii" Sienkiewicza, historii; kończąc po niemal godzinie, bo "dobrze nam się rozmawia, ale mam jeszcze trochę pracy", na bogactwach naturalnych w Japonii... :D

   Pytali mi się ludzie, co mnie w tym Człowieku inspiruje, co mi imponuje, że traktuję Go jako kogoś wyjątkowego...
   Przede wszystkim imponuje mi fakt, że jest to Człowiek, który zawsze mówi prawdę - tak jak pisałam wyżej - "... prawdę i tylko prawdę... bo tak ślubowałem." Jakakolwiek by ta prawda nie była można mieć pewność, że zawsze się ją od Niego usłyszy. Mówi zawsze to, co należy, a nie co wypada powiedzieć, a to w dzisiejszych czasach jest coraz rzadszą umiejętnością.
   Po wtóre imponuje Jego niesamowita wiedza i fakt, że nieustannie tę wiedzę pogłębia, a w dodatku bardzo chętnie ową wiedzą dzieli się z innymi. I nie jest to wiedza wyłącznie z pewnego wąskiego zakresu, ale da się z Nim porozmawiać, jeśli nie o wszystkim, to naprawdę o bardzo wielu różnych sprawach.
   Po trzecie - Jego niesamowita otwartość i umiejętność wysłuchania każdego, bez względu na poglądy (a te w niektórych kwestiach mamy jeśli nie skrajnie, to w każdym razie dość mocno różne ;) )
Poza tym, cóż, to skromny, przemiły, naprawdę przesympatyczny Człowiek, do którego zawsze można było przyjść z problemem (wcale niekoniecznie dotyczącym zagadnień omawianych na zajęciach) i który zawsze starał się pomóc - na ile pozwalała na to Jego wiedza z danego zakresu oraz czas jakim w danej chwili dysponował. Potrafił przyjść na dyżur niemal godzinę przed czasem i siedzieć tak długo, jak długo byli studenci, żeby wszyscy mieli okazję załatwić to, czego potrzebowali. Mnie pomagał przy pisaniu pracy magisterskiej - do końca życia będę pamiętać "wykład" z logiki na temat różnicy między "widzieć" i "uznać" ;)


Profesor jest pierwszą osobą do której odniosłam słowa J.Q. Adamsa, zresztą, kiedy odchodził z Instytutu Filozofii dostał ode mnie prezent (w Japonii prezenty daje się tym, którzy wyjeżdżają/odchodzą) - ramkę wyklejoną suszonymi liśćmi, właśnie z cytatem prezydenta Adamsa i z dedykacją:
"Profesorowi Piotrowi Łukowskiemu, 
mojemu Mistrzowi i Przyjacielowi 
z wyrazami wdzięczności za poświęcony czas, 
pouczające dyskusje oraz konstruktywną krytykę.
Za dobroć, cierpliwość i chęć pomocy.
Najlepszemu z Nauczycieli
na wieczną rzeczy pamiątkę."

W pełni zasłużył na tę dedykację, jest jednym z bardzo wąskiego grona najlepszych wykładowców jakich miałam okazję poznać podczas 5 lat studiów. Nigdy nie zapomnę tego, czego mnie nauczył, nie tylko podczas wykładów, ale przede wszystkich w czasie różnych naszych rozmów. 

Przypomina mi o tym zdjęcie, które Siostra zrobiła nam kiedy poszłam się pożegnać wyjeżdżając z Łodzi do domu.
  Przypomina o tym również dedykacja jaką otrzymałam od Pana Profesora po zdanym egzaminie. Dedykacja w Jego książce, którą za 3 razem udało mi się w końcu przeczytać i nawet pojąć moim małym rozumkiem to, o czym Pan Profesor w niej pisał :)

Panie Profesorze... Dziękuję!
Jestem naprawdę dumna, że mogłam być uczniem tak wspaniałego Nauczyciela i szczęśliwa, że dane mi było poznać tak fantastycznego Człowieka jak Pan!

piątek, 4 lipca 2014

"Et ego dico tibi quia tu es Petrus..."

To chyba jeden z bardziej znanych cytatów z Pisma Świętego. Gdy Piotr wyznał "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego" Jezus mu odpowiedział: "Ja tobie powiadam, ty jesteś Piotr, opoka..."
Ale nie, nie będzie o Św. Piotrze...


Kolejny Autorytet, Mistrz, Przyjaciel... Kolejny z grona moich ukochanych Tres Pedros...
Piotr... Właściwie to powinnam mówić Ksiądz Piotr...
Człowiek wielkiej wiary, pobożności i gorliwości.
Inteligentny i obdarzony prawdziwą Mądrością.
Pełen skromności i pokory. (Już widzę Jego zakłopotanie, gdyby to czytał).
Wrażliwy i czuły.
Człowiek, który mimo nieraz ciężkich chwil jakie sam przeżywał, potrafił przynieść ukojenie, pokój, służyć dobrą radą, serdecznym słowem...
Po prostu... być tym, kim winien być z racji imienia - Opoką, Skałą...

To będzie dużo bardziej osobista notka niż ta o Panu Piotrze, czy o Panu Wojtku, ale nie umiem inaczej...
Zaczęło się właściwie jak z poprzednimi dwoma Bohaterami - ot, znam nazwisko, kojarzę człowieka, ale nad to już nic, zwyczajnie, jest i spoko, ani to ziębi, ani grzeje. I znów do czasu...
Gdy trafił do naszej parafii to był akurat niełatwy czas w moim duchowym życiu, jakoś tak się z Panem Bogiem pożarłam, w sumie nie pamiętam o co, no ale... Długo to trwało, kilka miesięcy w sumie... Aż wreszcie, którejś niedzieli stwierdziłam, że nie chce mi się siedzieć w domu, a i na spacer nie bardzo mam ochotę (była to w tych miesiącach standardowa praktyka), więc co tam, pójdę sobie do kościoła, odsiedzę swoje i wrócę do domu.
"Pech" chciał, że trafiłam akurat na Mszę sprawowaną przez Piotra - nie, nie pierwszą odkąd przyszedł do parafii, ale tamta była, z do tej pory nieznanych mi powodów, wyjątkowa.
Słuchałam i chłonęłam każde Jego słowo, każdy Jego gest pełen szacunku, pokory i miłości. Gdy mówił "Panie nie jestem godzien..." rozpłakałam się i do końca Mszy nie umiałam przestać płakać... Coś pękło...
Wróciłam (nie od razu oczywiście, wszystko drobnymi kroczkami, powolutku).
Później była pielgrzymka na Jasną Górę, której Piotr był kierownikiem...
Jego druga pielgrzymka w życiu, a radził sobie tak, jakby robił to od lat... Wspierał, podtrzymywał na duchu, mobilizował, doceniał - to bardzo ważne, gdy w ciągu 6 dni robi się prawie 200 kilometrów, by mieć kogoś, na kogo można liczyć, kto rozumie trud, kto rozumie, że jest ciężko i stara się pomóc, najlepiej jak potrafi...

Nie tylko na pielgrzymce starał się pomagać. Tak na co dzień również, choć nie zawsze miał czas na długie rozmowy, ale był wspaniałym spowiednikiem i powiernikiem.
Nazywam Go Przyjacielem, mimo, że rzadko się spotykaliśmy i rozmawialiśmy, ale był przy mnie w chyba najtrudniejszym czasie mojego życia, kiedy dwa dni przed pielgrzymką dowiedziałam się o chorobie mamy...
Poddałabym się gdyby nie On...
Przyszłam Mu powiedzieć, strasznie się rozpłakałam...
Byłam zła na siebie, że tak płakałam, było mi wstyd, ale wtedy po prostu nie potrafiłam inaczej, czułam się całkowicie bezsilna i bezradna...
A On był spokojny i opanowany, choć przejął się, widziałam...
Powiedział, że wszystko będzie dobrze, ale to nie było takie na odwal się, byle coś powiedzieć i mieć z głowy... Piotr naprawdę wierzył, że będzie dobrze...
Poszłam z tym do Niego, nie tylko dlatego, że jako kierownikowi pielgrzymki byłam Mu winna pewne wyjaśnienia, ale przede wszystkim dlatego, że jakiś głos mówił mi, że nikt mi bardziej nie pomoże niż On, nikt lepiej nie zrozumie...

Wybaczcie, że tak osobiście i emocjonalnie, ale o Nim inaczej nie umiem...
Pojawił się w moim życiu w sumie znikąd i zdawać by się mogło na chwilę, ale stał się jego cząstką, bardzo ważną cząstką...
Dobry, szlachetny i skromny Człowiek.
Mimo, że czasem ponosiły Go emocje - delikatny i czuły.
Wrażliwy - przez co bardzo łatwo było Go zranić.
Przejmował się losem tych, których doświadczyło życie - nie tylko ludzi, także zwierząt...
Cudowny spowiednik - pełen Mądrości, cierpliwości i pokoju.
Wspaniały Kapłan - pełen szacunku, miłości i czci do Eucharystii. Każde nabożeństwo, każda Msza Święta którą sprawował były dla mnie niezwykłym doświadczeniem autentycznej obecności Boga.

Niedościgły wzór.
Powiernik.
Przewodnik.
Mistrz.
Przyjaciel...

Czasem się z Nim nie zgadzam, czasem się nawet pokłócimy, ale bardzo Go szanuję.
Stoję na stanowisku, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć... Piotr zasłużył sobie na niego w stu procentach...

Jak to dobrze, że są tacy ludzie jak On...
Dzięki ci, Losie...