Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Z Tango jest nas troje" tolerancja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Z Tango jest nas troje" tolerancja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 sierpnia 2016

"Z Tango jest nas troje"

    Chciałoby się powiedzieć – nareszcie!
Przeszło tydzień temu trzynastoletnia córka moich znajomych wysłała mi mailem znaleziony w sieci skan książki z taką oto wiadomością:
Ciociu, ja wiem że to książeczka dla dzieci, ale przeczytaj, jest śliczna.
Plik jest w załączniku.
Porozmawiamy o niej, prawda?
Dobra ciocia nie pyta co to i po co, tylko ściąga plik i czyta...
Ostatni raz płakałam przy "dziecięcej" książeczce czytając "O psie który jeździł koleją"...
A oto sprawczyni całego zamieszania:

    Wydana w roku 2009 nakładem Wydawnictwa AdPublik książeczka autorstwa Justina Richardsona i Petera Parnela "Z TANGO JEST NAS TROJE" opowiada prawdziwą historię mieszkających w nowojorskim zoo Roy'a i Silo – dwóch samców pingwinów maskowych oraz ich córeczki – Tango. 

O tak! Już słyszę ten pomruk oburzenia! 
Zresztą książeczka wzbudziła swego czasu wiele kontrowersji najpierw w Stanach Zjednoczonych, później również w Polsce. Prawicowe media na czele z portalem Fronda piały, że to promowanie homoseksualizmu wśród dzieci, że te wstrętne pedały (przepraszam moich homoseksualnych przyjaciół) chcą demoralizować biedne polskie dzieci i robić im inne brzydkie rzeczy, itd. itp.

Głodnemu chleb na myśli chciałoby się rzec, bo w rzeczywistości jest to pełna ciepła opowiastka o przyjaźni, miłości, trosce o drugą osobę, potrzebie bycia dla kogoś. W sposób prosty i przejrzysty opowiada "historię z życia wziętą" (trzeba pamiętać, że Roy, Silo i Tango naprawdę żyły w nowojorskim zoo i naprawdę tworzyły pingwinią rodzinę). Nie ma tu żadnej nachalnej propagandy, prania mózgu czy innej deprawacji. Jest za to próba opowiedzenia o zjawiskach i postawach odmiennych od tego uogólnionego, "poprawnego" obrazu świata bez posługiwania się niejednoznacznymi kategoriami moralnymi, religijnymi czy światopoglądowymi, które dla dziecka są totalnie niezrozumiałe. Książeczka w delikatny i bardzo wyważony sposób opowiada o odmienności (cholera, nie lubię tego słowa) pary pingwinów-chłopców, a jednocześnie podkreśla bardzo uniwersalny wymiar łączącego ich uczucia.

     Jak mówiłam – czytałam tę książkę ze łzami w oczach i to wcale nie dlatego że jest smutna, wręcz przeciwnie, wiele w niej radości i szczęścia, a na dodatek w sposób tak prosty ukazuje sprawy, które my, dorośli tak strasznie komplikujemy, a które są przecież częścią naszego świata, naszej codzienności, czy nam się to podoba, czy nie. 
Pewnie można by się doczepić do jej walorów literackich, ale ja nie zamierzam się czepiać – walory edukacyjne są w tym wypadku dużo ważniejsze.
No i jeszcze śliczne ilustracje Henry'ego Cole'a, dzięki którym książeczka staje się jeszcze bardziej atrakcyjna dla maluchów, a które przy okazji znakomicie uzupełniają pewne braki literackiego opisu :)