Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spektakl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spektakl. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 listopada 2015

Żegnaj szlachetny Książę - czyli ostatni "Hamlet" w Barbican Theatre.


   Nadszedł ten wieczór... 
No niestety, kiedyś nadejść musiał i nadszedł właśnie dziś.
Przed kilkudziesięcioma minutami opadła kurtyna w Barbican Theatre w Londynie kończąc tym samym ostatnie przedstawienie "Hamleta" w reżyserii Lyndsey Turner z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej.

Jak już wiecie z poprzedniej notki miałam okazję widzieć ten spektakl, niestety nie na żywo w Londynie, ale dzięki transmisji National Theatre Live czułam się tak, jakbym siedziała w pierwszym rzędzie, mając tych wszystkich wspaniałych aktorów na wyciągnięcie ręki. 
Niesamowite przeżycie, wierzcie mi.

Dziwnie się czuję, gdy uświadamiam sobie, że to już naprawdę ostatni raz...
Już nie będzie kolejnych zdjęć ze spotkań z fanami po zakończeniu przedstawienia. 
Nie będzie kolejnych wpisów o tym, jak znakomitą sztuką jest TEN "Hamlet".
Nie będzie poruszającego apelu w sprawie uchodźców.
Nie będzie w końcu możliwości zobaczenie spektaklu na żywo... 
i chyba to ostatnie boli mnie najbardziej... 

Wszyscy zaangażowani w powstanie tej inscenizacji wykonali naprawdę solidny kawał ciężkiej pracy za co należy im się ode mnie ukłon do samej ziemi. 
Za pomysł, scenografię, kostiumy, za doskonałe światło i powalające efekty świetlne, za wspaniałą muzykę i perfekcyjną realizację dźwięku; cudownym aktorom za ich kunszt, zaangażowanie i profesjonalizm - jednym słowem wszystkim, za wszystko WIELKIE, PRZEOGROMNE DZIĘKI! 
Posługując się twitterowymi tagami - #ThankYouBenedict #ThankYouTeamHamlet !!

Jak wielkie było to przedsięwzięcie, ile pracy wszystkich kosztowało, jak bardzo wielu ludzi chciało wziąć (i wzięło) w nim udział świadczą liczby:
3 miesiące.
12 tygodni.
76 dni.
92 przedstawienia (nieraz dwa w ciągu dnia)
253 godziny na scenie.
100.000 sprzedanych biletów.
150.000 funtów zebranych na pomoc uchodźcom, dla Fundacji Save The Children.

Jest we mnie mnóstwo emocji, różnych, bo z jednej strony żal mi, że nie mogłam zobaczyć tego spektaklu na żywo, z drugiej zaś cieszę się, że mogłam obejrzeć go dzięki NT Live. 
Popłakałam się, a to mi się rzadko zdarza, ale popłakałam się, nawet nie dlatego, że to już koniec, ale ponieważ trudno się nie wzruszyć do łez gdy Benedict Cumberbatch - mój idol, a co tam idol, mój Mistrz mówi, że było to dla Niego niesamowite przeżycie, wszystko czego pragnął. 
Tak ważne dla mnie, a o ile przecież ważniejsze dla Niego!
W tym niezwykle emocjonującym dniu byli z Nim Rodzice, była ukochana Żona, był też cały Fandom - wielu z nas tam na miejscu, w Londynie, w sali Barbican Theatre, a cała reszta w swoich domach trzymając kciuki za powodzenie tego ostatniego, najważniejszego przedstawienia.

Udało się!
Teraz czas na świętowanie i zasłużony odpoczynek.

Good night sweet Prince.
The rest is silence...

środa, 28 października 2015

Jest metoda w tym szaleństwie... a reszta jest milczeniem.

  Długo zajęło mi, żeby zebrać się do napisania tej notki, ale wciąż żywe są w moim sercu wspomnienia z 15. i 21. października i trochę ciężko mi się pozbierać do kupy, bo to co udało mi się przeżyć w te dwa październikowe wieczory było absolutnie wspaniałe, znakomite, cudowne!
Tym niesamowitym wydarzeniem była projekcja realizowanej w ramach National Theatre Live.
Tak moi drodzy. Teatr.
Na żywo.
Wprost z Londynu!

Naprawdę fantastyczne doświadczenie, zwłaszcza gdy ogląda się inscenizację dramatu, który jest absolutną klasyką tak literatury jak i teatru. "Hamlet" Williama Szekspira reżyserowany przez Lyndsey Turner, ze znakomitą obsadą i z niezrównanym Benedictem Cumberbatchem w roli głównej!

   Nie ma co owijać w bawełnę i opowiadać jak to straszliwie uwielbiam Szekspira, bo nie uwielbiam, choć znam jego dzieła, doceniam niezaprzeczalny wkład w światową kulturę i uważam, że jego twórczość jest tym, w czym każdy kto nie chce uchodzić za totalnego ignoranta powinien się orientować.
Wiecie natomiast, że uwielbiam teatr i Benedicta Cumberbatcha, i to już wydało mi się wystarczającym powodem by wybrać się na wspomnianą projekcję, szczególnie że jest coś niezwykłego w oglądaniu sztuki teatralnej na ekranie kinowym czy w realizacji teatru telewizji. 
Z jednej strony ogranicza się nasze pole widzenia. 
Oglądając przedstawienie w teatrze obejmujemy wzrokiem całą scenę, możemy wybrać na co i w jakiej kolejności zwrócimy uwagę, na jakim elemencie skupimy wzrok. W przypadku transmisji widzimy tylko to, co w danym momencie pokazuje nam kamera, to operator prowadzi nas przez całą sztukę i choć na pierwszy rzut oka zdawać by się mogło, że taka realizacja ogranicza nasze postrzeganie tego co dzieje się na scenie, to ja uważam, że jest dokładnie odwrotnie. Fakt, nie obejmujemy wzrokiem całej sceny, wszystkich postaci, wszystkich elementów scenografii, ale za to mamy możliwość przyjrzeć się z bliska twarzom aktorów, zobaczyć każdy najmniejszy grymas, każde najdrobniejsze drgnienie mięśni... To sprawia, że emocje które aktorzy starają się przekazać stają się jeszcze bardziej wyraziste.
No i druga sprawa - siedzisz sobie w kinie, w wygodnym fotelu, przed sobą masz ekran i czujesz jakby to co widzisz było filmem, choć równocześnie masz świadomość, że wszystko na co patrzysz dzieje się tu i teraz, że wszystko co widzisz jest perfekcyjne dlatego, że perfekcyjni są aktorzy, którzy w tym momencie stoją na scenie i dokładają wszelkich starań aby wszystko było doskonałe. Jeżeli coś się nie uda nie będzie dubla, nie będzie dokrętek... wszystko musi wyjść za pierwszym razem i za każdym razem - to właśnie jest magia :)

    Co do samego spektaklu to już od początku cieszył się on olbrzymim zainteresowaniem i budził wielkie emocje.
Bilety wyprzedały się w oka mgnieniu, a ci, którzy nie mieli tyle szczęścia gotowi byli na wielogodzinne oczekiwanie w kolejce przed teatrem by zdobyć bilet, z którego ktoś w ostatnim momencie zrezygnował. Każdego dnia widownia Barbican Theatre wypełniona jest po brzegi (spektakl grany jest do końca października).
Recenzje wyrastały jak grzyby po deszczu. Jedne bardzo pochlebne, w których pod niebiosa wychwalano reżyserkę i jej pomysł na przedstawienie Szekspirowskiej tragedii; jak i samych aktorów, na czele z odtwórcą głównej roli, zachwycając się ich profesjonalizmem i umiejętnościami. 
Drugie wręcz przeciwnie. Pisano w nich o rzekomej ignorancji fanek Benedicta Cumberbatcha, które to zdaniem mediów o Szekspirze i samym "Hamlecie" nie mają bladego pojęcia, a do teatru przychodzą tylko po to, by zobaczyć ubóstwianego przez siebie aktora. Krytykom nie podobało się przeniesienie słynnego "Być albo nie być" z pierwszej sceny trzeciego aktu na sam początek sztuki (ostatecznie odstąpiono jednak od tego pomysłu), nie podobało się niektórym również to w jakich kostiumach występują aktorzy, no bo jak to, Hamlet w dżinsach?!
Cóż, jak mówi stara mądrość ludowa - jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził...

     Sztuka jednak broni się znakomicie!

    Niesamowite wrażenie, nawet wówczas gdy ogląda się spektakl jedynie na ekranie kinowym, robi ogromna scena Barbican Theatre a na niej scenografia, której autorką jest wielokrotnie nagradzana projektantka teatralna Es Devlin.

Barbican Theatre, próby kamer przed transmisją "Hamleta"
photo by Lodovic des Cognets

Monumentalna, ciemna, z elementami turkusu i granatu doskonale wpisuje się w nastrój sztuki i zapowiada mroczne wypadki, które mają za moment nastąpić. Schody, balkony, ogromne drzwi, portrety na ścianach, wielki stół, a nad nim przepiękny kryształowy żyrandol, wszystko to, dopełnione światłem scenicznym, za które odpowiedzialna była Jane Cox zapierało dech w piersiach. A jeśli dodać do tego jeszcze muzykę Jona Hopkinsa, choreografię opracowaną przez Sidi Larbi Cherkaoui'ego i znakomitych aktorów w kostiumach Katriny Lindsay otrzymamy naprawdę wspaniałe widowisko.

Barbican Theatre, próby kamer przed transmisją "Hamleta"
photo by Lodovic des Cognets
      Kostiumy zaprojektowane na potrzeby spektaklu to połączenie współczesnego, luźnego stroju (designerska koszulka, sztruksowa marynarka Hamleta, czy koszula w kratkę Horacego) z elementami stroju dworskiego. Takie na pierwszy rzut oka niezwykłe połączenie doskonale podkreśla uniwersalność tragedii Szekspira. "Każdy z nas jest Hamletem" powiedział w wywiadzie dla telewizji Sky Arts Benedict Cumberbatch. Miał rację.

Benedict Cumberbatch jako Hamlet
      Oczywiście przy okazji spektaklu najwięcej uwagi poświęca się odtwórcy głównej roli - Benedictowi Cumberbatchowi. Nie ma co ukrywać, że jego nazwisko przyciągnęło do teatru prawdziwe tłumy, a aktor znany nie tylko z ról teatralnych, ale również znakomitych kreacji telewizyjnych i kinowych zebrał wspaniałe recenzje.
"The Observer" docenił Cumberbatcha nazywając go "najbardziej elokwentnym i racjonalnym Hamletem".
Aktor w pełni zasłużył na pochwały, bo jego gra na scenie to urzekający pokaz umiejętności  i kunsztu aktorskiego, a należy pamiętać, iż rola Hamleta jest uważana za sprawdzian dojrzałości i umiejętności mierzących się z nią aktorów ze względu na objętość tekstu, niezmiernie bogatą osobowość postaci oraz dużą ekspresję. Możliwość zagrania Hamleta to marzenie każdego aktora poważnie traktującego pracę w teatrze. Mówią, że jak spaść do z wysokiego konia - Hamlet to rola która może pomóc aktorowi wznieść się na wyżyny lub strącić go w nicość.
Po projekcji z czystym sercem mogę powiedzieć, że Benedict Cumberbatch zaliczył ten sprawdzian na najwyższą notę.
Jego Hamlet to inteligentny i elokwentny młody mężczyzna (podobnie jak sam aktor), idealista i filozof, któremu przychodzi się zmierzyć ze zdarzeniami i problemami, które nijak nie pasują do owego idealizmu.
Cumberbatch wspaniale ukazuje cierpienie tego młodego człowieka, który zdruzgotany przez ostatnie wydarzenia spotyka ducha swego ojca i dowiaduje się, że jego śmierć była podstępnym morderstwem, a nie nieszczęśliwym wypadkiem. W imię miłości synowskiej i poczucia sprawiedliwości książę składa ojcu przysięgę, iż uczyni wszystko, by pomścić jego śmierć, tym samym stając przed kolejnym moralnym dylematem, gdyż musi dokonać czegoś, co w jego ocenie jest moralnie złe. Od tego czasu tym, co determinuje postępowanie Hamleta jest pragnienie zemsty na mordercy ojca. 
O niezwykłości Hamleta, oraz znaczeniu roli jaką odegra on w całej historii zdaje się świadczyć wnież jego strój podczas uczty, a także miejsce jakie zajmuje za stołem. Ubrany w dżinsowe ciemne spodnie i ciemną sztruksową marynarkę z postawionym kołnierzem bardzo wyraźnie odróżnia się od reszty gości ubranych w wystawne dworskie stroje. Siada pośrodku stołu niczym Chrystus podczas ostatniej wieczerzy - jedyny sprawiedliwy, tak bardzo samotny i opuszczony choć otoczony ludźmi, których zna i który jego znają... znają, ale nie rozumieją, nawet nie próbują rozumieć.
Benedict Cumberbatch słynie z tego, że potrafi w granej przez siebie postaci ukazać w sposób niebywale autentyczny cały wachlarz często skrajnych emocji, tak samo jest w przypadku Hamleta. Cierpienie i ból księcia rozrywają serce, jego strach przeraża, jego radość i uśmiech cieszą, a ironiczne komentarze bawią nieraz do łez.

        Przy wszystkich niewątpliwie zasłużonych pochwałach pod adresem Benedicta Cumberbatcha należy jednak oddać również sprawiedliwość pozostałym członkom obsady, bo każdy z nich zaprezentował się znakomicie, w doskonały sposób ukazując skrajne emocje targające bohaterami. Na pierwszy rzut oka widać, że wszyscy aktorzy są doskonale zgraną drużyną, której poszczególni członkowie wzajemnie się dopełniają i nie mogą istnieć bez siebie nawzajem.

Ciarán Hinds jako Klaudiusz
   Ciarán Hinds wcielający się w rolę Klaudiusza stworzył postać, którą kocha się nienawidzić.
W sposób niebywale prawdziwy i przerażająco wiarygodny ukazuje podstępnego bratobójcę, człowieka zimnego, despotycznego, pozbawionego skrupułów i kręgosłupa moralnego, który nie cofnie się przed niczym, by tylko utrzymać w sekrecie swój podły występek, choć z drugiej strony zdaje się całkowicie nie przejmować faktem, iż poślubienie żony zmarłego brata według XVI wiecznego kodeksu etycznego uchodził za cudzołóstwo. Jego obecność wywiera destrukcyjny wpływ na słabe i bardziej uległe jednostki, doprowadzając je do moralnego upadku i stając się powodem kolejnych dramatycznych wydarzeń.


Anastiasia Hille jako królowa Gertruda
 Jedną z takich osób jest niewątpliwie królowa Gertruda (Anastasia Hille).
Wiemy o niej niewiele. Nie wiemy nic o tym, co wydarzyło się przed śmiercią ojca Hamleta. Królowa wspomina o "szpetnych czarnych plamach", które widzi w swoim sumieniu, jednak czy ma na myśli wyłącznie  kazirodczy związek z bratem swojego niedawno zmarłego męża, a może coś więcej? Można jedynie snuć domysły czy królowa była wspólniczką szwagra w zbrodni, czy tylko korzysta z jej owoców (lubi wygodę i przepych), a może bezwolnie poddała się jej następstwom? Wszystko to pozostaje tajemnicą i może tak jest lepiej. Królowa kocha swojego syna, ale nie potrafi bądź nie chce zrozumieć jego potrzeby godnego przeżycia żałoby po ojcu.
Anastasia Hille jako królowa Gertruda
i Benedict Cumberbatch jako Hamlet
Photo by Johan Persson
Rozmowa z synem porusza jej sumienie, zdaje się, że szczerze żałuje zła którego się dopuściła (jakiekolwiek zło w rzeczywistości ma ona na myśli), jest jednak zbyt słaba by oderwać się od współwinnego jej upadku, przez co jej żal jest daremny. Zresztą scena rozmowy Królowej z Hamletem to chyba najbardziej poruszająca scena z udziałem tych dwóch postaci. Dla obojga ta rozmowa wiąże się z niebywałym cierpieniem i dzięki kunsztowi aktorów cierpienie to ukazane zostało w sposób tak prawdziwy, że niemal można go dotknąć, jakby cały ból prawdy wylewał się z nich i spływał na wszystko wokół.
Anastasia Hille prezentuje swoją postać w taki sposób, iż bez względu na to jaką tajemnicę naprawdę skrywa Królowa bardziej jej współczujemy niż ją nienawidzimy, jest ona bowiem wewnętrznie rozdarta pomiędzy tym co robi, a tym co zrobić powinna, ukazana zostaje jako osoba bądź co bądź słaba, a takie osoby budzą raczej litość niż nienawiść...
        
Kobna Holdbrook-Smith jako Laertes
Photo by Johan Persson
Kobna Holdbrook-Smith jako Laertes to kolejny przykład wspaniałego, dojrzałego aktorstwa. 
Aktor doskonale ukazuje człowieka gorącej krwi, łatwo ulegającego gwałtownym emocjom, dumnego i żadnego zemsty. To właśnie Laertes a nie Hamlet wpisuje się w rolę typowego bohatera rodowej tragedii zemsty. 
Jest on również całkowitym przeciwieństwem Hamleta, mimo iż obaj młodzieńcy otrzymali wykształcenie jakie otrzymać powinien każdy renesansowy dworzanin Laertes jest tym dworzaninem tylko z pozoru, podobnie jak pozornie jest człowiekiem honoru. Podążając za namową Klaudiusza bez zastanowienia decyduje się na krwawą zemstę, a nawet na haniebną zdradę.  
Kobna Holdbrook-Smith jako Laertes
i Benedict Cumberbatch jako Hamlet
photo by Johan Persson
Gdy Hamlet przed pojedynkiem prosi go o wybaczenie Laertes odpowiada, że owszem, serce mogłoby wybaczyć, ale honor na to nie pozwala, co dziwne ten sam honor nie miał nic przeciw temu, by zatruć ostrze szpady i zgodzić się na dodanie trucizny do kielicha przeznaczonego dla księcia... Zaiste, przedziwny to honor.      
U Lyndey Turner skrajna różnica między Hamletem a Laertesem widoczna jest nie tylko w wymiarze duchowym, emocjonalnym, ale również - co zdecydowanie bardziej rzuca się w oczy - w wymiarze fizycznym. Mam tu na myśli nie tylko różnicę w kolorze skóry (bez żadnych rasistowskich podtekstów), ale także kolory strojów podczas pojedynku szermierczego, będącego starciem podstępu i prawdy, szlachetności i zdrady.

Jim Norton jako Poloniusz
Photo by Johan Persson

     Jim Norton w sposób doskonały sportretował królewskiego kanclerza - Poloniusza. Służalczego intryganta, który chce kontrolować wszystko, nawet życie i poczynania własnych dzieci- Ofelii i Laertesa. Jego służalczość i czołobitność względem króla, a także mylne przekonanie o własnej przebiegłości i nieomylności czynią z niego ulubiony obiekt niewybrednych drwin księcia Hamleta, a intryganctwo doprowadza go tragicznej śmierci.
Norton zagrał Poloniusza w sposób, który sprawia, że nie tylko Hamlet ma na nim używanie, wraz z Hamletem śmieje się również cała publiczność. 

      Na koniec dwie postaci, które w sztuce Lyndsey Turner urzekły mnie najbardziej. 


      Jako, że panie mają pierwszeństwo ;) w takim razie najpierw grana przez Siân Brooke Ofelia.
Siân Brooke jako Ofelia
photo by Johan Persson
 Postać na wskroś tragiczna. Czysta, wrażliwa, o dość słabej konstrukcji psychicznej. Z wzajemnością zakochana w Hamlecie, zmuszona przez ojca do zerwania kontaktów z księciem, a następnie przez tegoż księcia odtrącona z nie do końca wiadomego powodu przeżywa głęboki dramat, który dodatkowo pogłębia się po śmierci jej ojca, doprowadzając dziewczynę do szaleństwa i śmierci (prawdopodobnie samobójczej).
Siân Brooke pokazała w swej roli niesamowitą klasę i kunszt aktorski. Aktorka nie gra Ofelii, ona jest Ofelią. Prawdziwie cierpi z powodu konieczności rezygnacji z uczucia do księcia, prawdziwie przeżywa odrzucenie, prawdziwie rozpacza po śmierci ojca i wreszcie prawdziwie popada w obłęd. 
Ta prawdziwość choć genialna bywa chwilami przerażająca... Włosy wyrwane z głowy, trupio blada twarz, sine usta, podkrążone oczy i rozmazany od łez makijaż, a do tego drżące dłonie i śpiewane łamiącym się głosem strzępy niezrozumiałych pieśni - kwintesencja bólu i rozpaczy prowadzących do szaleństwa, która sprawia, że obserwatorzy tracą resztki pewność siebie...     

Leo Bill jako Horacy
I postać ostatnia, grany przez Leo Billa Horacy. Jedyna ważna (zajmująca więcej miejsca) postać w dramacie Szekspira która w końcowej scenie pozostaje przy życiu. Szekspir nie dopracował zbytnio tej postaci, a szkoda. To prawda, że nie jest ona może zbyt istotna dla samego dramatu, ale jest istotna dla głównego bohatera. Horacy jest filozofem i oddanym przyjacielem Hamleta. Pełni rolę zewnętrznego, obiektywnego obserwatora wydarzeń dziejących się w Elsynorze, to właśnie jemu tuż przed śmiercią Hamlet powierza misję oznajmienia wszystkim prawdy o wypadkach jakie miały miejsce na dworze.
W przypadku roli Horacego doskonale widać to o czym wspomniałam wcześniej - jedna postać nie może istnieć bez drugiej. Cumberbatch i Bill ukazują Hamleta i Horacego jako oddanych, serdecznych przyjaciół, bardzo ze sobą zżytych. Horacy jest dla Hamleta prawdziwym wsparciem, i chyba jako jedyny naprawdę rozumie cierpienie młodego księcia, gotów jest nawet umrzeć wraz ze swoim przyjacielem.
Leo Bill jako Horacy
i Benedict Cumberbatch jako Hamlet
 Gdy obserwuje się aktorów na scenie więź ta zdaje się być niemal namacalna, jak choćby w końcowej scenie gdy Horacy pochylony nad ciałem Hamleta wypowiada słowa: "Dobranoc słodki książę" i całuje głowę martwego przyjaciela, długo wtulając twarz w jego włosy. 
Jest w tym drobnym geście tyle miłości i cierpienia, że aż serce krwawi...

        Sztuka Szekspira jest tragedią, a jak tragedia to wiadomo, że do śmiechu nic nie ma, a jak nie ma nic do śmiechu to jest raczej ciężko, a i z czasem robi się nudno. W przypadku tej inscenizacji na szczęście jest inaczej. 
Elementy komiczne jakie pojawiają się w ciągu całej sztuki nieco rozładowują napięcie, i choć sztuka wcale nie traci przez to na swoim dramatyzmie, staje się jednak dużo bardziej przystępna.
Komiczny jest oczywiście przekonany o swej przebiegłości i nieomylności Polonius, momentami komiczny jest udający szaleństwo książę Hamlet, komiczny jest również grabarz, który przygotowując grób przed pogrzebem Ofelii wyrzuca z niego stare szczątki, słuchając muzyki wyciąga z dołu kolejne kości, a w pewnej chwili zaczyna śpiewać trzymając w ręku piszczel niczym mikrofon.
Oto kilka takich smaczków ;)

Rozśpiewany grabarz




Hamlet i Poloniusz - słowa, słowa, słowa :)


Nieco mniej do śmiechu... Rozmowa Hamleta z duchem ojca...



Tradycją stał się już apel w sprawie uchodźców i wsparcia dla Fundacji Save The Children wygłaszany przez Benedicta Cumberbatcha po skończonym przedstawieniu.




 I na koniec moja ulubiona scena...




Dobranoc słodki Książę...

Reszta jest milczeniem...



      



poniedziałek, 30 czerwca 2014

Piknik na Golgocie, czyli o motywach, sztuce i uczuciach religijnych...

Świat bez fb byłby naprawdę nudnym miejscem :)
Gdyby nie fb, nie byłoby wielu interesujących dyskusji, a przecież nic tak nie kształtuje i nie rozwija jak dyskusja na niebłahe tematy, prawda?

Otóż Drodzy, w Poznaniu trwa Festiwal Malta, podczas którego miał zostać wystawiony spektakl "Golgota Picnic", którego reżyserem jest Rodrigo Garcia... Miał, bo nie został, a wszystko przez to, że organizatorzy bali się tego, co mogłoby się wydarzyć, spektakl budzi bowiem mnóstwo kontrowersji i wywołuje powszechne oburzenie, jakoby był kpiną z Boga, przez co obraża uczucia ludzi wierzących, a do tego jest obsceniczny, nieprzyzwoity i sieje zgorszenie...
To tak w pigułce o co mniej więcej chodzi...
Reakcja moja na wieść o odwołaniu spektaklu była dokładnie taka: "Masakra", a ponieważ zareagowałam tak linkując tę informację na fb sprowokowało to pewną dyskusję:


Amadeusz: Chyba dobrze :D
Karla: Nie. Każdy ma prawo samodzielnie oceniać czy coś jest dla niego gorszące, czy nie. Każdy ma własny rozum.
Amadeusz: Ale biskupi mają obowiązek przeciwstawiania się zgorszeniu, oraz szerzeniu herezji i wyszydzenia z wiary
Piotr: No widzisz Karolino. Cały problem dzisiejszego świata sprowadza się do relatywizmu moralnego czyli dobre jest to co ja uważam za dobre. Tylko ze to prowadzi do absurdu: złodziej tez uważa ze kradzież jest dobra... I tu wcale nie chodzi o zgorszenie tylko o jawną kpiną i szyderstwo z Boga. Dziwne się ze jako chrześcijanka nie widzisz problemu.
No i jeszcze to kłamliwe pierwsze zdanie informacji ze protestowali duchowni... Jakby tylko oni. Praktycznie bez nagłaśniania sprawy udało się zebrać kilkaset tysięcy głosów protestu. Protestowali i dziennikarze i artyści i wielu ludzi świeckich więc...  
Co w związku z tym, co napisali Panowie?
Ostrzegłam Amadeusza przed używaniem sformułowania o przeciwstawianiu się przez biskupów zgorszeniu... Argument to bowiem słaby, szczególnie, że przeciwstawianie owo zdaje się być (w moim jakże subiektywnym odczuciu) bardzo wybiórcze, jeśli popatrzy się na otaczającą rzeczywistość.

Piotr... Piotr jest księdzem, bardzo Go cenię i szanuję - to człowiek wielkiej wiary i pobożności, inteligentny, a przede wszystkim obdarzony Mądrością. 
W kwestii fundamentalnej oczywiście  zgadzam się z tym, co napisał - relatywizowanie wartości to zmora dzisiejszego świata (choć problem istnieje już od wieków i sukcesywnie przybiera na sile) i rzeczywiście wychodzą z tego nieraz bardzo absurdalne „kwiatki”, choć nie tylko relatywizm w kwestii wartości prowadzi do absurdu, również takie chociażby konflikty na tle religijnym, no bo czy nie jest tak: Jak muzułmanie zabraniają chrześcijanom budowania kościołów w krajach islamskich- gdzie islam jest religią państwową- to jest bardzo źle, ale jak chrześcijanie nie pozwalają pobudować muzułmanom meczetu w krajach, gdzie nie ma religii państwowej, to już źle nie jest?
Trąci to z deczka absurdem, nie?
No ale mniejsza o konflikty religijne (o nich też tu kiedyś będzie).
Troszkę się na nim zawiodłam jeśli chodzi o użyty argument ilościowy... Niestety, w tym przypadku ilość nie jest tu żadnym argumentem, bo ile w tych kilkuset tysięcy ludzi w ogóle widziało spektakl i wie o co w nim chodzi, a ilu po prostu powtarza to, co gdzieś usłyszało i wydaje im się, że tak właśnie powinno być?

Jeśli idzie o meritum sprawy, czyli o sam spektakl, w opisie na stronie Malty czytamy:


"Golgota Picnic" to jeden z ikonicznych spektakli reżysera – pokazywany był już w wielu krajach, wszędzie wyzwalając wśród widzów duże emocje, od zachwytu i oczyszczenia po oburzenie.
Nawiązując do chrześcijańskiej ikonografii – od Francisco Goi do Rubensa – reżyser organizuje piknik, który jest zarazem ostatnią wieczerzą współczesności. Na scenie silna fizyczna obecność aktorów zderzona jest z projekcjami wideo, muzyką na żywo i nadmiarem rekwizytów – hamburgerowych bułek, które są miękkim dywanem, zwyczajnym fastfoodem zjadanym podczas spektaklu, a także symbolem bezsensownego nadmiaru i nieopanowanej konsumpcji. Świat jawi się w spektaklu jako podszyta pustką orgia posiadania, w której ludzie pozostają zniewoleni we własnej hipokryzji. W tej rzeczywistości sztuka jest jedynie estetycznym dodatkiem. 

Spektakl poraża niezwykłym połączeniem krytycznego przekazu, silnych obrazów, muzyki i poezji. Jest ironiczny, obsceniczny i ekscesywny, ale proponuje też sceny wymagające skupienia, pozwalające na wyciszoną kontemplację. Reżyser przekracza konwencjonalne granice gatunków, nie wpada w ideologiczną pułapkę, w fascynujący sposób wykorzystuje za to możliwości medium teatralnego, tworzy fantasmagoryczną wizję piekła, w jakim żyjemy, dając jednocześnie przestrzeń na dystans i autokrytycyzm.

Rodrigo García mówi:

“Każde dzieło teatralne jest ekspresją życia. Przez życie rozumiem ciąg zdarzeń, wspomnień, a także tego, o czym zapominamy – faktów, które wypieramy ze strachu lub ze wstydu. Robimy haniebne rzeczy, a przysięgamy, że nigdy nie zrobiliśmy nic poniżającego; rozmyślnie wymazujemy je z pamięci. Później powracają pod postacią dzieła sztuki i nawet nie zdajemy sobie sprawy, że tam są. Właśnie dlatego artysta powinien, nawet wbrew sobie, zajmować się tematami delikatnymi i wstydliwymi. Nie powinien ich przemilczać."
Jak ma się powyższe do samego spektaklu - nie wiem. Nie dane mi było go zobaczyć (i już nie będzie dane), widziałam jedynie trailery, ale ciężko po nich oceniać cokolwiek.
Samo bowiem wykorzystanie motywu golgoty czy ukrzyżowania i związanych z nimi konotacji nie jest jeszcze ani herezją, ani bluźnierstwem, ich znaczenie jest bowiem bardzo szerokie.
W ogóle jeśli słyszę w odniesieniu do dzieła sztuki (nie ważne jakiego), że obraża ono czyjeś uczucia religijne, że kpi z religii, z Boga, z wartości, za każdym razem przypominają mi się takie sytuacje:


  *  Polska premiera filmu „Ksiądz”, rok 1995, a więc byłam jeszcze gówniarzem, pamiętam jednak bardzo dobrze jak mama bała się, by ktoś okien w kinie nie powybijał, taka była wojna wokół tego filmu. 
Oto mamy małą, nie bardzo zamożną parafię w Liverpoolu. 
Mamy proboszcza tej parafii, który nie dość że wygłasza lewicujące kazania to jeszcze sypia z gosposią. 
Mamy Grega- młodego księdza który na swoje nieszczęście jest homoseksualistą i bardzo się stara by nikt się o tym nie dowiedział. 
Mamy uczennicę Grega, dziewczynkę która jest molestowana przez swojego ojca, o czym Greg wie (ojciec dziewczynki wyznaje to na spowiedzi, ale raczej by się pochwalić a nie żałować), ale nic nie może zrobić bo związany jest tajemnicą spowiedzi. 
Mamy w końcu „pobożnych” parafian, którzy gdy wychodzi na jaw fakt, że ich wikary jest homoseksualistą najchętniej spaliliby go na stosie. Nienawidzą go i jawnie mu to okazują, nie ważne, że Biblia uczy „wybaczajcie aby wam było wybaczone”, oni wiedzą lepiej… Jedyną osobą, oprócz oczywiście starego proboszcza, która wybacza Gregowi, jest właśnie ta molestowana przez ojca dziewczynka, ta, która ma prawo mieć pretensje do księdza, że nie zrobił nic, choć wiedział…
Nikt z protestujących przeciw projekcji filmu i obrażonych nie dostrzegł w tym filmie nic, ponad to, że reżyserka znieważa (?) księży i Kościół… No właśnie... tylko czy rzeczywiście znieważa, bo ja śmiem mieć poważne wątpliwości w tej materii...


  * „Apocalipsis cum figuris” (1969, 1971, 1973) – spektakl znakomitego polskiego reżysera teatralnego Jerzego Grotowskiego, opowiadający o powrocie Chrystusa, który zostaje przez ludzi brutalnie odrzucony (prorok z tego Grotowskiego, czy co?).

Spektakl spotkał się z ogromnym oburzeniem ze strony przedstawicieli Kościoła – bp Bronisław Dąbrowski domagał się w imieniu całego Episkopatu zdjęcia przedstawienia z afisza, a sam kardynał Wyszyński w kazaniu w kościele na Skałce nazwał je „prawdziwym świństwem” i publicznie potępił. Co znamienne, krytyka ta pojawiła się dopiero w drugiej połowie lat ’70, a co jeszcze bardziej znamienne – ten sam Grotowski w 1998 roku znalazł się w gronie siedmiu laureatów pierwszej polskiej edycji Międzynarodowej Nagrody Błogosławionego Fra Angelico, których działalność wzbogaciła obraz kultury polskiej w świecie.

   * „Pandora” -spektakl Teatru Formy z Wrocławia, w reżyserii Józefa Markockiego,
powstał na kanwie dramatu "Wariat i Zakonnica" Stanisława Ignacego Witkiewicza. Jest współczesną wizją człowieka uwięzionego i uwikłanego w słabości ludzkiej natury. Mityczna puszka Pandory jest zatem nie tylko symbolem niedoli ludzkiej, ale pełni tutaj rolę mikrokosmosu, w którym przyszło nam żyć. Bohaterowie doświadczają siebie również poprzez pryzmat indywidualnego spojrzenia i stają się mocni w swej słabości, która też staje się formą niewoli. 

Spektakl grany był kilka lat temu podczas TURKOSTRADY i pomimo swych niewątpliwych wartości artystycznych i przesłania jakie ze sobą niesie wywołał oburzenie u obecnego na pokazie ks. Szymona J., który zarzucał twórcom, że obrażają i poniżają osoby konsekrowane, a wszystko przez... scenę "erotyczną" wariata i zakonnicy...

W takich sytuacjach mam dylemat, czy śmiać się, czy jednak się rozpłakać...
Żałobę po matce logice noszę już od dawna, ale wciąż mam nadzieję na jej zmartwychwstanie...
Uczono mnie od małego, że nie ocenia się książki po okładce i tyczy się to każdej dziedziny życia, a obracając się od najmłodszych lat w kręgu kultury wiem, że z ocenami dzieł artystycznych trzeba bardzo uważać, przede wszystkim trzeba się zapoznać z ich treścią (obejrzeć, wysłuchać, przeczytać), poznać ich kontekst kulturowy i motywy jakie kierowały twórcami by zrobić coś tak a nie inaczej, w przeciwnym razie można wyrządzić twórcy wielką krzywdę, a przy okazji doprowadzić do absurdów takich jak choćby te opisane powyżej.

Co do samego przedstawienia "Golgota Picnic" jestem bardzo ostrożna w jakichkolwiek ocenach, z prostego powodu – nie widziałam spektaklu, a jedynie trailery, z których ciężko wywnioskować cokolwiek, czytałam opis spektaklu podany przez samego reżysera, ale na podstawie niewielkich fragmentów spektaklu trudno oceniać jak się ma jedno do drugiego i co faktycznie autor miał na myśli.
Natomiast moja reakcja na odwołanie spektaklu była taka a nie inna, bo odebrano mi możliwość i prawo do samodzielnej oceny rzeczywistości, zmuszając do opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu na zasadzie takiej, że nie mogąc dokonać własnej oceny muszę wybrać albo wersję zagorzałych przeciwników- oburzonych i zgorszonych, albo wersję choćby takich ludzi jak o. Tomasz Dostatni [cały tekst dostępny TUTAJ], którzy nie poczuli się zgorszeni tym przedstawieniem, choć dopuszczają możliwość, że inni mogą je odebrać inaczej.
 

Swoją drogą, to dość schizofreniczna sytuacja, bo z jednej strony niektórzy księża, czy biskupi, potępiają spektakl, a drudzy, szczególnie związani ze środowiskiem inteligencji katolickiej nie mają nic przeciwko niemu... Jak to rozumieć?...

Jeżeli zaś idzie o jawną kpinę i szyderstwo z Boga... cóż... trochę mnie zabolało stwierdzenie Piotra, iż "dziwne, że jako chrześcijanka nie widzę problemu"…
Pech chce, że widzę, tyle, że znacznie mniej oburza mnie i boli szyderstwo i kpina ludzi, którzy być może „nie wiedzą co czynią” (choć oczywiście boli), niż to, co wyprawiają (bez wchodzenia w szczegóły) niektórzy z ludzi, którzy jak najbardziej wiedzą, a w każdym razie powinni wiedzieć co czynią, którzy tak jak ja są chrześcijanami, katolikami, a swoim zachowaniem robią więcej szkody niż niejeden nawiedzony wojujący ateista-antyklerykał…


Czy spektakl „Golgota picnic” jest jawną kpiną i szyderstwem z Boga, czy jedynie artystycznym wykorzystaniem motywu golgoty i konotacji z nim związanych – jak wyżej – nie wiem. 
Nie oceniam.
Nie krytykuję. 
Nie potępiam. 
Nie gloryfikuję...
...bo nie widziałam i nie zobaczę, a wygłaszać sądy na podstawie opinii innych ludzi… nie, na to mi religia nie pozwala…