Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autorytet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autorytet. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 marca 2016

Modlitwa, dobra energia i ciepłe myśli potrzebne od zaraz...




Ks. Jan Kaczkowski - założyciel puckiego hospicjum - sam choruje na chorobę nowotworową - glejaka mózgu. Obecnie stan jego zdrowia mocno się pogorszył. Kapłan jest bardzo słaby, dużo śpi, jest jednak przytomny. Trudno nawiązuje kontakt z innymi. 
Rodzina ks. Kaczkowskiego prosi o modlitwę w jego intencji. Duchowe wsparcie jest ks. Janowi teraz bardzo potrzebne - informują lokalne media.
[http://gosc.pl/doc/3014048.Pogarsza-sie-stan-zdrowia-ks-Kaczkowskiego

Co tu gadać wiele… dobrze nie jest, ale przecież może być!

Jeśli się modlicie to módlcie się również za Niego.
Jeżeli się nie modlicie to pamiętajcie, że ludzka myśl i energia ma potężną siłę - bardzo Mu się przydadzą Wasze dobre myśli i pozytywna energia.

Jasność jest dobra! <3






poniedziałek, 15 lutego 2016

Ks. Jan potrzebuje wsparcia!

    Ks. Jan Kaczkowski i wszystko jasne!

Chyba każdy o Nim słyszał - nie ważne, wierzący, czy nie.
Cieszy się szacunkiem zarówno wierzących jak i niewierzących, bo wszystkich traktuje tak samo - z miłością!

Nowotwór mózgu z którym Ks. Jan zmaga się od kilku lat znów daje znać o sobie. Kapłan trafił do szpitala, przechodzi kolejną chemioterapię. Lekarze określają jego stan jako bardzo poważny.

Kto wierzy - nie ważne w co lub kogo - niech modli się za Niego.
Kto nie wierzy - niech prześle swoją dobrą energię.

Ks. Jan to dobry Człowiek - poświęcił się pracy dla chorych i cierpiących - zasłużył sobie na wsparcie modlitwą, myślą, czymkolwiek.

Ks. Janie, niech dobra Jasność będzie przy Tobie! <3 <3 <3

niedziela, 19 kwietnia 2015

O spotkaniu z Ks. Janem słów kilka...

     Wiecie to z poprzedniej notki - miałam zaszczyt i niebywałą przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z Księdzem Janem Kaczkowskim. (Pisałam Wam wcześniej o planowanym spotkaniu w Pile... no cóż, ja raczej się nie wybiorę, niestety, więc dobrze, że udało się wczoraj...).
       Jak już wcześniej napisałam, biorąc pod uwagę sytuację Księdza, Jego chorobę i to, że jest to śmiertelna choroba po prostu musiałam wykorzystać nadarzającą się okazję... Gdybym zaprzepaściła tę szansę a coś by się stało, w sensie... no wiecie... W życiu bym sobie tego nie darowała... Zbyt wielu ważnych dla mnie ludzi nie spotkałam osobiście tylko dlatego, że odłożyłam te spotkania na później, tylko niestety los chciał, że nie było żadnego "później"...

        Na spotkanie przyszło naprawdę dużo ludzi. Część z nich z ciekawości - kto to? Co to? Wiecie jak jest.
Część z egzaltacji - Och, ach, chory a tyle robi, taki niesamowity, silny i w ogóle - takie w tym stylu. Jeszcze inni z głębokiej chęci spotkania z Człowiekiem niezwykłym, ale wcale nie przez to, że ksiądz chory na raka mózgu, który prowadzi hospicjum (bodaj najlepsze, a w każdym razie jedno z najlepszych w Polsce), ale niezwykłym przez to, w jaki sposób potrafi mówić o sobie, o Bogu, miłości, cierpieniu, o sprawach tak bliskich każdemu z nas i dla każdego z nas niebywale istotnych. I choć nie są to przecież zagadnienia lekkie, łatwe i przyjemne, właśnie sposób w jaki Ks. Jan o nich mówi sprawia, że stają się one bardziej przystępne dla zwykłego człowieka, któremu łatwiej sobie poukładać w głowie pewne kwestie kiedy mówi się o nich bezpośrednio, wprost, nazywając rzeczy po imieniu, czasem okraszając to odrobiną humoru (nieraz nieco czarnego), niż gdy robi się z tego wykład teologiczny, etyczny i jaki bądź inny, rzucając na prawo i lewo wyświechtanymi frazesami, od których człowiek dostaje mdłości.

         Było więc o tym jak to możliwe, że on, chory na raka mózgu człowiek żyje "na pełnej petardzie", chwyta życie pełnymi garściami, bez mrugnięcia okiem poświęcając swój czas dla innych.
Mówił nam o wartości czasu. To coś, z czego wiele osób nie zdaje sobie sprawy. Ciągle gdzieś pędzimy, ciągle za czymś gonimy i spieszymy się w sumie nie wiadomo gdzie i do czego, ale w tym pośpiechu trwonimy czas, który powinien być wykorzystany na to, co naprawdę w życiu istotne. Bo nagle przychodzi w naszym życiu doświadczenie graniczne - choroba, wypadek, perspektywa nieodległej śmierci i wtedy zdajemy sobie sprawę, że na wiele rzeczy nie mamy już czasu, bo roztrwoniliśmy go wcześniej na uganianiu się za nie wiadomo czym. Trzeba codziennie żyć tak, jakby jutra miało nie być. I nie chodzi tu wcale o hedonistyczne folgowanie rozmaitym zachciankom, ale o skupienie się na tym, co naprawdę ważne - na budowaniu relacji, na ćwiczeniu bliskości (pamiętacie notkę o bliskości, o tym jak ważną rolę odgrywa bliskość w życiu człowieka, jak bardzo jest potrzebna). Trzeba pamiętać, że ojcem, matką, dzieckiem dla rodziców, bratem, siostrą czy przyjacielem jest się całe życie, nie ważne ile tego życia nam pozostało, dlatego tak istotne jest by żyć tu i teraz, a nie zastanawiać się co będzie za rok, dwa, pięć, dziesięć... Przecież jutra może już nie być...

Było też sporo o Kościele i Eucharystii.
Smutną prawdą jest, że w polskim Kościele są ludzie, którym się wydaje, że są świętsi od samego Pana Boga i wszystko wiedzą lepiej. Grzmią bez zastanowienia jak to zdradzono ideały i podeptano dziedzictwo Jana Pawła II... Remarque powiedziałby: "I tylko w jednym różnicie się od Boga - Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej", a przecież tak ważne jest, i to również podkreśla Ks. Jan, znalezienie złotego środka, jakiejś nici porozumienia, budowanie mostów między wierzącymi, a niewierzącymi czy też wierzącymi inaczej. 
Ksiądz dał nam do zrozumienia, że wszyscy jako wspólnota Kościoła jesteśmy odpowiedzialni za to, jak to wszystko wygląda i jak funkcjonuje. Jeżeli widzimy, że coś jest nie tak, że ksiądz zachowuje się w sposób niewłaściwy to trzeba otwarcie to powiedzieć: "proszę księdza, tak nie można" - fakt, raczej nas ów ksiądz za to nie pogłaszcze, wręcz przeciwnie, pewnie spotkamy się z atakiem, ale warto drążyć tę skałę, powoli, cierpliwie, kropla po kropli. Tak samo jeśli idzie o Eucharystię - jeżeli ksiądz robi sobie kpiny z Liturgii, sprawuje ją w sposób niechlujny, totalnie od niechcenia jakby odrabiał pańszczyznę to należy dobitnie mu uświadomić, że taki sposób sprawowania Eucharystii obraża nasze uczucia religijne. Lekko nie będzie, ale warto próbować dla wspólnego dobra wszystkich członków Kościoła.

    Niezwykle istotna była również kwestia odnajdywania Boga w sytuacji granicznej, takiej jak choćby poważna choroba... I znów ważna sprawa na którą Ks. Jan zwracał uwagę - Bóg nas kocha, ale nie traktuje relacji z nami w sposób infantylny i trzeba to sobie uświadomić. Nam się często wydaje, że jeśli spotyka nas na przykład choroba to jest w tym palec Boży, wcale niekoniecznie w tym uwznioślającym wymiarze... Często tworzymy taki infantylny obraz Boga - starca z brodą, siedzącego na chmurze i szafującego ludzkim losem ot tak: Kowalski, masz paskudną gębę to zrobię tak, że zachorujesz na raka a potem jeszcze będziesz miał wypadek samochodowy... 
Przecież to nie tak... Skoro wierzymy, że Bóg jest z nami kiedy nam się powodzi, to dlaczego nie potrafimy uwierzyć, że jest z nami również, a może właśnie przede wszystkim wtedy, gdy wszystko wali nam się na głowę? Taka wiara wcale nie jest prosta, ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie lekko...
       Jak widzicie spotkanie było bardzo pouczające :)

      Prawdą jest to, co o Ks. Janie napisała współautorka książki "Szału nie ma, jest rak" Katarzyna Jabłońska: "Jan jest nieprzewidywalny, ma ostry język i cudowne poczucie humoru. Bywa nieznośny, uparty i... czuły. Jest niczym pasjonująca książka, która zaczyna się jak powieść przygodowa, by stać się moralitetem. Spotkanie z nim to wyzwanie i przywilej."

Dokładnie w takich kategoriach, w kategoriach wyzwania, ale przede wszystkim przywileju traktuję to wczorajsze spotkanie. A Wy myślicie, że czemu "padłam na kolana" obok Księdza? ;)
Nie no, to oczywiście trochę żarcik, nie mniej jestem pełna podziwu i naprawdę głębokiego szacunku dla Księdza Jana, dla Jego postawy nastawionej na budowanie mostów, szukanie nici porozumienia, skupianie się na tym, co łączy a nie na tym, co dzieli.
Postępuje w myśl zasady głoszonej przez Jana XXIII: "W sprawach zasadniczych - jedność. W sprawach drugorzędnych - wolność. A ponad wszystkim miłosierdzie" i to czyni Go znakomitym partnerem do dyskusji. Przy tym jest to człowiek bardzo mądry i inteligentny, a dyskusja z takimi ludźmi to zawsze czysta przyjemność :)
Jestem także pełna podziwu dla Jego otwartości i cierpliwości... Bardzo dzielnie znosił nas wszystkich, którzyśmy chcieli dostać autograf, albo koniecznie o czymś porozmawiać. Możecie zapytać co w tym niezwykłego? Ano niby nic, ale jak człowiek jest chory to coś takiego może naprawdę bardzo męczyć...

Było widać, że jest zmęczony. Mało tego - było czuć to zmęczenie. 
To też było niezwykłe... Energia jakby dwóch różnych istot. Z jednej strony jasna, dobra, ciepła, która zachęca do rozmowy, do uśmiechu, żartu, bliskości, a z drugiej rozedrgana, niestabilna, bardzo osłabiona, która stawia pewną barierę i sprawia, że robi się takiego człowieka jakoś tak szkoda. To dlatego nie rozmawialiśmy. 
Ja znam tego typu energię (tak, wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiecie), wyzwala ona we mnie zawsze instynkt opiekuńczy i w momencie gdy mam do czynienia z bliską osobą, z przyjacielem, to kończy się to najczęściej delikatnym, czułym uściskiem, pocałunkiem, łagodnym dotykiem - czymś, co ukoi, pozwoli się odprężyć i zrelaksować. Jeśli jest to obca osoba, albo sytuacja nie pozwala na zbytnią bezpośredniość, wtedy na poziomie energii wysyła się komunikat mówiący: wiem, że jest ci ciężko, że jesteś zmęczony, nie będę ci przeszkadzać, odpocznij... To dlatego nie było rozmowy, a tylko łagodny uśmiech, dotknięcie ramienia i szczere życzenia wszystkiego dobrego :)
Czy żałuję, że nie było rozmowy? Nie, myślę że nie. Spotkania tego typu to nie koniecznie miejsce na poważne dysputy. Myślę, że jeśli taka rozmowa jest nam pisana to będzie ku temu okazja :)
Na razie jestem szczęśliwa, że udało mi się poznać Ks. Jana osobiście, to niebywały zaszczyt i prawdziwa przyjemność :)


    Ależ oczywiście! Nie mogło być inaczej! :)
Autograf na który czekałam od przeszło roku, odkąd przeczytałam tę książkę. Dedykacja od Ks. Jana musiała się w niej znaleźć, nie brałam pod uwagę innej opcji! To dla mnie bardzo ważna książka, która niezwykle mi pomogła i nadal pomaga, zatem skoro Człowiek szczególny i książka szczególna to trzeba było to jakoś połączyć - choćby właśnie tak...

Błogosławieństwo... 
I nie, nie mówcie mi, że to tylko słowa dedykacji... 
Na poziomie energii czułam dłoń spoczywającą na mojej głowie, tę samą dłoń, bezwładnie zwisającą tuż przy mnie, czułam takie delikatne ciepło i cudowny, wszechogarniający spokój :)

Mało tego uświadomiłam sobie również, że mam zaszczyt znać Kapłana, który pod względem stosunku do Eucharystii oraz reprezentowanych postaw jest niebywale podobny do Ks. Jana, w którego obecności również czuję to delikatne ciepło i wszechobecny, cudownie kojący spokój oraz dłoń położoną na głowie w geście błogosławieństwa. 

Jak to dobrze, że jesteście... Obaj... <3


czwartek, 9 kwietnia 2015

Ks. Jan Kaczkowski u Łukasza Jakóbiaka

     Wiele mówić nie potrzeba - to co w tytule, czyli Ks. Jan Kaczkowski w rozmowie z Łukaszem Jakóbiakiem, w programie 20m2 Łukasza.


     Bardzo ciekawa rozmowa o życiu i śmierci. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku Ks. Jana - rzeczowo, konkretnie, ale dowcipnie i bez kaznodziejskiego zadęcia! :)
Polecam!!!

sobota, 2 sierpnia 2014

"Himalaje od kuchni", czyli o niezwykłym spotkaniu w Bawełnie...

  
Nie bardzo wiem jak zacząć, ale mówią, że najlepiej zaczynać od początku, zatem niech będzie.
W środę, 30. lipca wybrałam się do Łodzi na niezwykłe spotkanie z niezwykłym Człowiekiem.
Niektórzy zapewne po tytule domyślają się cóż to było za spotkanie, a tym, którzy się nie domyślają już spieszę tłumaczyć.
   Otóż Drodzy moi, stało się tak, że łódzka restauracja Bawełna zorganizowała spotkanie z Panem Piotrem Pustelnikiem :)
Jak się zapewne domyślacie, nie mogło mnie na nim zabraknąć - wszak byłby to grzech zaniechania nie skorzystać z okazji do spotkanie z Mistrzem, a dokładając do tego jeszcze wszystko, co się podczas tego spotkania wydarzyło, byłby to grzech niewybaczalny :)

Spotkanie miało rozpocząć się o godzinie 20:00 (rozpoczęło się z drobnym poślizgiem, ale to w sumie standard przy tego typu imprezach), na miejscu byłam jakieś pół godziny wcześniej. Oczywiście nie rezerwowałam sobie miejsca na sali, bo 1) liczyłam na fart, 2) nie miałam pewności, że uda mi się dotrzeć na spotkanie, zatem gdy znalazłam się na miejscu zastałam niemal pełną salę i wszystkie stoliki albo zajęte, albo zarezerwowane ;) No ale co tam, stwierdziłam że najwyżej ",mój jest ten kawałek podłogi" - w końcu nie takie rzeczy się już robiło. Ale spojrzałam po sali i podeszłam do stolika przy którym siedziała samotna pani. Przywitałam się, zapytałam czy mogę się do niej przysiąść, zgodziła się i... stało się coś, czego nawet ja, będąc osobą jednak otwartą i komunikatywną, nie bardzo się spodziewałam. Zaczęłyśmy rozmawiać i po jakichś 5 minutach zaczęłyśmy mówić sobie po imieniu :)
Ona ma na imię Małgorzata i z wykształcenia jest anglistą. Okazało się, że nie tylko filologiczne wykształcenie jest naszą nicią porozumienia. Ona też lubi fotografię, sztukę, naturę i życie pełnią życia, a nie tylko z dnia na dzień. W przeciwieństwie do mnie to było Jej pierwsze spotkanie z Panem Piotrem, ale podobnie jak ja zafascynowała Ją sylwetka tego Człowieka, stąd Jej obecność na spotkaniu i chęć zobaczenia i posłuchania na żywo osoby, którą do tej pory znała tylko ze zdjęć i publikacji...
   Samo spotkanie to nie była taka zwyczajna opowieść o górach, streszczenie 20 lat życia i mordęgi na himalajskiej "drodze krzyżowej", ale o tym, jak wygląda życie na wyprawie, co się dzieje z człowiekiem gdy pojawia się w Katmandu, o kulturze Nepalu, o zwyczajach i o jedzeniu :)
Co ciekawego od strony kulinarnej czeka przybyszów w Nepalu to ja Wam, Drodzy nie napiszę. Nie dlatego, że nie słuchałam, ale dlatego, że to całe mnóstwo rzeczy często niezwykłych - moglibyście mi nie uwierzyć, i co wtedy? ;)
  Jeśli już o jedzeniu mowa, każdy z gości miał okazję słuchając Pana Piotra skosztować również przygotowanej wg tradycyjnego przepisu (którego niestety jeszcze nie poznałam) tybetańskiej herbaty :)
Herbata, mleko, przyprawy, w każdym razie smakowało wybornie :)
Można też było spróbować tybetańskich pierożków. Kochani, mówię Wam, cudo! Były naprawdę przepyszne!
Tak więc popijaliśmy tybetańską herbatkę, zajadaliśmy pierożki, słuchaliśmy, oglądaliśmy zdjęcia, a później także filmy. Była "Krótka relacja z wyprawy" - zrealizowany przez Darka Załuskiego film z wyprawy na Annapurnę od południa; znany Wam już z jednej z wcześniejszych notek film "Annapurna na lekko" oraz film z wyprawy na K2.
Każdy z nich opatrzony rzecz jasna komentarzem Pana Piotra - pełnym charakterystycznego dla Niego humoru, dystansu, ale i refleksji.
Jak sam powiedział filmy te pokazują jak się przegrywa, jak trzeba zmagać się z przeciwnościami "bo przegrywać trzeba umieć. Wygrywać każdy głupi potrafi..." - najprawdziwsza prawda! Zresztą Pan Piotr jest człowiekiem, którego góry najwyższe nie raz uczyły przegrywać, nie raz wystawiały na ciężką próbę Jego siły, zdrowie, odwagę, nie raz sprawdzały Jego człowieczeństwo i wytrwałość. A On z każdej z tych prób wychodził zwycięsko, nawet jeśli góra okazywała się silniejsza (a bo to żeby raz...).


Bardzo się cieszę, że dane mi było wziąć udział w tym spotkaniu, że znów mogłam zobaczyć i posłuchać Pana Piotra na żywo, w dość mimo wszystko kameralnym gronie (porównując to z ASP na Przystanku Woodstock, czy festiwalami górskimi to była nas garstka), kolejny raz zobaczyć wspaniałe, nie raz zapierające dech w piersiach zdjęcia z Himalajów, obejrzeć film z K2, którego dotąd nie widziałam, no i chwilę z Panem Piotrem porozmawiać (z tego ostatniego cieszę się najbardziej).
Mądrego człowieka zawsze przyjemnie posłuchać, a gdy to na dodatek jest człowiek, który jak Piotr Pustelnik ma na swoim koncie takie osiągnięcia i tak niesamowite doświadczenia, a przy tym jest dobrym, skromnym, otwartym, serdecznym i sympatycznym człowiekiem, z dystansem do siebie i tego, czego doświadczył - wówczas przyjemność jest jeszcze większa!
Mam nadzieję, że nie było to ostatnie tego typu spotkanie, i że jeszcze kiedyś dane mi będzie przeżyć takie wspaniałe chwile, w tak doborowym towarzystwie jak teraz :)

Jeśli już o przyjemnościach mowa, to trochę się Wam nachwalę, a co! Kto biednemu zabroni bogato żyć? ;)
Wspominałam o tybetańskich pierożkach, oto i one! Malutkie, mięciutkie, ciasto rozpływało się w ustach, a farsz był cudownie aromatyczny :)
I była to jedyna okazja by ich spróbować, na co dzień bowiem próżno ich szukać w karcie Bawełny, choć uważam, że wprowadzenie ich na stałe do menu byłoby znakomitym pomysłem - ja na pewno przy okazji wizyty w Bawełnie zamawiałabym je w każdej ilości! No wie, mówię jak straszny łakomczuch, ale trochę jestem łakomczuchem, lubię dobre jedzenie, a pierożki były wyśmienite!
A to nie koniec przyjemności ;)
Były jeszcze wspaniałe koktajle: truskawkowy i szpinakowy (tak, koktajl ze szpinaku, a czemu nie, skoro Chef Amaro robi serniczek z borowików i lody ze świerku, to czemu ktoś miałby nie zrobić koktajlu na bazie szpinaku? ;D)
W ogóle te koktajle to była podwójna przyjemność, bo nie dość że były wprost cudowne, aromatyczne i fantastycznie zimne (co przy poprawce na upał jaki panował w środę jest niebywałą zaletą) to były jeszcze darmowe!
Ale nie dla wszystkich, o nie, tylko dla mnie i Małgosi!
Ma się to szczęście w życiu!
Serio mówię, dostałyśmy koktajl całkiem za friko, ponieważ bardzo długo musiałyśmy na niego czekać. Złożyłyśmy zamówienie tuż przed projekcją filmów, a okazało się, że podczas projekcji nie można używać blendera bo zbyt głośno pracuje. Kelner poinformował nas o tym i zaproponował dwa rozwiązania - albo zamówimy sobie jakiś inny napój, niewymagający użycia blendera, albo poczekamy na zakończenie projekcji. Wybrałyśmy tę drugą opcję i jak widzicie - opłacało się! ;)

A oto i zwieńczenie przyjemności środowego wieczoru:
dedykacja od Pana Piotra :)

 I wspólne zdjęcia z Mistrzem autorstwa Małgosi, której serdecznie dziękuję, bo są naprawdę świetne!

To był naprawdę niesamowity wieczór!!! Mam nadzieję jeszcze choć jeden taki przeżyć, może wtedy uda się obejrzeć "Snow Story" - film Darka Załuskiego o wyprawie Piotra Pustelnika na Manaslu.
Gdy powiedziałam Panu Piotrowi, że to chyba jedyny film z Jego wypraw którego nie widziałam, odpowiedział z uśmiechem: "mam go na płycie", na co ja z jeszcze większym uśmiechem odparłam: "no to może przy następnym spotkaniu się uda" :)
Kto wie!
Zatem do następnego takiego spotkania! :)

*część zdjęć zaczerpnięta z: Himalaje od kuchni

sobota, 26 lipca 2014

"Mojemu Mistrzowi i Przyjacielowi..."

Znów mnie długo nie było, ale gdy wracam z pracy jestem tak padnięta, że nie mam siły palcem kiwnąć (a mówią, że pracownik umysłowy ma lekko...).

Jak się zapewne domyślacie po tytule dziś znów będzie o kolejnym Autorytecie.
Długo biłam się z myślami, czy o Nim pisać, nie dlatego, że nie warto, ale że nie bardzo wiem jak to wszystko poskładać w całość...
Kolejny, już ostatni, z grona ukochanych "Tres Pedros"...

PIOTR ŁUKOWSKI, dla ścisłości, prof nadzw. UŁ dr hab. Piotr Łukowski :)
Dawniej pracownik Instytutu Filozofii UŁ, obecnie kierownik Zakładu Kognitywistyki w Instytucie Psychologii UŁ.
Z wykształcenia matematyk, logik i doktor habilitowany nauk humanistycznych.
Mój Nauczyciel.

Poznałam Pana Profesora będąc na czwartym roku studiów. W semestrze letnim zapisałam się na wykład "Teoria manipulacji", który prowadził właśnie Profesor Łukowski.
Na wykład poszłam ze względu na temat, który wydał mi się ciekawy, o prowadzącym nie miałam bladego pojęcia kim jest, ale gdy wyczytaliśmy, że "prof nadzw. UŁ dr hab." to większość z nas pomyślała, nauczona doświadczeniem, że to będzie siwy, albo połysawy starszy pan, który będzie straszliwie przynudzał. Rzeczywistość przeszła nasze (wielu z nas, moje również) najśmielsze oczekiwania. Oto przyszedł na wykład człowiek, ubrany schludnie, ale na luzie, któremu na pierwszy rzut oka nie dawaliśmy więcej niż 40, 40-kilka lat, serdeczny, uśmiechnięty, człowiek o którym myśleliśmy, że jest podwładnym owego "prof nadzw. UŁ dr hab." - "to nie profesor, co najwyżej doktor i to nie habilitowany" - właśnie tak.
Zapytał nas jegomość czy my na taki a taki wykład, potwierdziliśmy, powiedział że się cieszy i wpuścił nas na aulę. Do wykładu zostało jeszcze kilka minut, siedzieliśmy w auli i zastanawialiśmy się, jak długo niebiosa pozwolą nam się cieszyć tym zastępstwem, bo była nadzieja, że chociaż on poprowadzi ciekawe zajęcia, a przy okazji i dla oka widok przyjemny ;)
Zaczął się wykład, a zaczął się od słów: "Witam państwa serdecznie, nazywam się Piotr Łukowski..." To trzeba było słyszeć, to westchnienie przepełnionej rozkoszą ulgi i szmery w stylu "Bóg jednak istnieje i musi być dobry" :D

Okazał się być wspaniałym wykładowcą. Słuchało się go naprawdę z przyjemnością, mówił ciekawie, rzeczowo, konkretnie, podawał dużo przykładów, żeby łatwiej było nam zrozumieć omawiane zagadnienia. Zawsze czekał na nasze pytania i chętnie na nie odpowiadał, nieraz z nami żartował.
Dał się poznać jako Człowiek bardzo otwarty, szczery i bezkompromisowy. O wszystkim mówił wprost, także o sobie.
To człowiek dla którego prawda liczy się ponad wszystko, tak nam nie raz powtarzał: "Mówię prawdę i tylko prawdę, bo tak ślubowałem". Jasne, można było się z Nim nie zgadzać, coś mu zarzucić, ale na pewno nie to, że nie mówi prawdy...

Ktoś mógłby powiedzieć, że ściemniam, bo skoro prowadził zajęcia z teorii manipulacji to uczył nas kłamać... Nic bardziej mylnego. Już na pierwszym wykładzie ostrzegł nas, by przypadkiem nie przyszło nam do głowy stosować technik, o których będzie nam opowiadał, żebyśmy się nawet nie próbowali chwalić tym, że kogoś zmanipulowaliśmy stosując wiedzę z wykładu, bo dostaniemy dwóję taką, że hej, i nawet sam rektor nie skłoni go do zmiany tej oceny...
To był najlepszy wykład na jaki dane mi było chodzić przez cały okres studiów, serio!

Ale wykład to nie wszystko, choć to on sprawił, że często kontaktowałam się z Profesorem, szczególnie pod koniec, kiedy wreszcie przeczytałam książki będące podstawą wykładu i zaczęłam pytać o to i owo.
I w sumie tak to się już potoczyło :)
Wykład się skończył, ale pojawiła się nowa inicjatywa - projekcji filmów, przy okazji których dyskutowaliśmy nad ukazanymi w nich problemami i nad zagadnieniami z zakresu teorii wpływu. Był "Baader - Meinhof", "Wróg ludu", "Dekalog 5", a po nich długie, nierzadko burzliwe dyskusje w kameralnym gronie. Niesamowita sprawa... Brakuje mi tego, podobnie jak zajęć...
Projekcje stały się kolejnym bodźcem do rozmów, zadawania pytań i szukania na nie odpowiedzi. Ale z Profesorem rozmawiało się nie tylko o szkole, nie tylko o filmach w kontekście teorii manipulacji - można z Nim było rozmawiać w zasadzie o wszystkim!
Pamiętam nasze wrześniowe spotkanie, kiedy przyjechałam na Jego dyżur, z podaniem o zgodę na składanie egzaminu z teorii manipulacji. Rozmawialiśmy o wszystkim... o tym jak minęły wakacje, o teorii manipulacji (a jakże), o paradoksach i o logice w ogóle, o filozofii, teologii, o "Trylogii" Sienkiewicza, historii; kończąc po niemal godzinie, bo "dobrze nam się rozmawia, ale mam jeszcze trochę pracy", na bogactwach naturalnych w Japonii... :D

   Pytali mi się ludzie, co mnie w tym Człowieku inspiruje, co mi imponuje, że traktuję Go jako kogoś wyjątkowego...
   Przede wszystkim imponuje mi fakt, że jest to Człowiek, który zawsze mówi prawdę - tak jak pisałam wyżej - "... prawdę i tylko prawdę... bo tak ślubowałem." Jakakolwiek by ta prawda nie była można mieć pewność, że zawsze się ją od Niego usłyszy. Mówi zawsze to, co należy, a nie co wypada powiedzieć, a to w dzisiejszych czasach jest coraz rzadszą umiejętnością.
   Po wtóre imponuje Jego niesamowita wiedza i fakt, że nieustannie tę wiedzę pogłębia, a w dodatku bardzo chętnie ową wiedzą dzieli się z innymi. I nie jest to wiedza wyłącznie z pewnego wąskiego zakresu, ale da się z Nim porozmawiać, jeśli nie o wszystkim, to naprawdę o bardzo wielu różnych sprawach.
   Po trzecie - Jego niesamowita otwartość i umiejętność wysłuchania każdego, bez względu na poglądy (a te w niektórych kwestiach mamy jeśli nie skrajnie, to w każdym razie dość mocno różne ;) )
Poza tym, cóż, to skromny, przemiły, naprawdę przesympatyczny Człowiek, do którego zawsze można było przyjść z problemem (wcale niekoniecznie dotyczącym zagadnień omawianych na zajęciach) i który zawsze starał się pomóc - na ile pozwalała na to Jego wiedza z danego zakresu oraz czas jakim w danej chwili dysponował. Potrafił przyjść na dyżur niemal godzinę przed czasem i siedzieć tak długo, jak długo byli studenci, żeby wszyscy mieli okazję załatwić to, czego potrzebowali. Mnie pomagał przy pisaniu pracy magisterskiej - do końca życia będę pamiętać "wykład" z logiki na temat różnicy między "widzieć" i "uznać" ;)


Profesor jest pierwszą osobą do której odniosłam słowa J.Q. Adamsa, zresztą, kiedy odchodził z Instytutu Filozofii dostał ode mnie prezent (w Japonii prezenty daje się tym, którzy wyjeżdżają/odchodzą) - ramkę wyklejoną suszonymi liśćmi, właśnie z cytatem prezydenta Adamsa i z dedykacją:
"Profesorowi Piotrowi Łukowskiemu, 
mojemu Mistrzowi i Przyjacielowi 
z wyrazami wdzięczności za poświęcony czas, 
pouczające dyskusje oraz konstruktywną krytykę.
Za dobroć, cierpliwość i chęć pomocy.
Najlepszemu z Nauczycieli
na wieczną rzeczy pamiątkę."

W pełni zasłużył na tę dedykację, jest jednym z bardzo wąskiego grona najlepszych wykładowców jakich miałam okazję poznać podczas 5 lat studiów. Nigdy nie zapomnę tego, czego mnie nauczył, nie tylko podczas wykładów, ale przede wszystkich w czasie różnych naszych rozmów. 

Przypomina mi o tym zdjęcie, które Siostra zrobiła nam kiedy poszłam się pożegnać wyjeżdżając z Łodzi do domu.
  Przypomina o tym również dedykacja jaką otrzymałam od Pana Profesora po zdanym egzaminie. Dedykacja w Jego książce, którą za 3 razem udało mi się w końcu przeczytać i nawet pojąć moim małym rozumkiem to, o czym Pan Profesor w niej pisał :)

Panie Profesorze... Dziękuję!
Jestem naprawdę dumna, że mogłam być uczniem tak wspaniałego Nauczyciela i szczęśliwa, że dane mi było poznać tak fantastycznego Człowieka jak Pan!

piątek, 4 lipca 2014

"Et ego dico tibi quia tu es Petrus..."

To chyba jeden z bardziej znanych cytatów z Pisma Świętego. Gdy Piotr wyznał "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego" Jezus mu odpowiedział: "Ja tobie powiadam, ty jesteś Piotr, opoka..."
Ale nie, nie będzie o Św. Piotrze...


Kolejny Autorytet, Mistrz, Przyjaciel... Kolejny z grona moich ukochanych Tres Pedros...
Piotr... Właściwie to powinnam mówić Ksiądz Piotr...
Człowiek wielkiej wiary, pobożności i gorliwości.
Inteligentny i obdarzony prawdziwą Mądrością.
Pełen skromności i pokory. (Już widzę Jego zakłopotanie, gdyby to czytał).
Wrażliwy i czuły.
Człowiek, który mimo nieraz ciężkich chwil jakie sam przeżywał, potrafił przynieść ukojenie, pokój, służyć dobrą radą, serdecznym słowem...
Po prostu... być tym, kim winien być z racji imienia - Opoką, Skałą...

To będzie dużo bardziej osobista notka niż ta o Panu Piotrze, czy o Panu Wojtku, ale nie umiem inaczej...
Zaczęło się właściwie jak z poprzednimi dwoma Bohaterami - ot, znam nazwisko, kojarzę człowieka, ale nad to już nic, zwyczajnie, jest i spoko, ani to ziębi, ani grzeje. I znów do czasu...
Gdy trafił do naszej parafii to był akurat niełatwy czas w moim duchowym życiu, jakoś tak się z Panem Bogiem pożarłam, w sumie nie pamiętam o co, no ale... Długo to trwało, kilka miesięcy w sumie... Aż wreszcie, którejś niedzieli stwierdziłam, że nie chce mi się siedzieć w domu, a i na spacer nie bardzo mam ochotę (była to w tych miesiącach standardowa praktyka), więc co tam, pójdę sobie do kościoła, odsiedzę swoje i wrócę do domu.
"Pech" chciał, że trafiłam akurat na Mszę sprawowaną przez Piotra - nie, nie pierwszą odkąd przyszedł do parafii, ale tamta była, z do tej pory nieznanych mi powodów, wyjątkowa.
Słuchałam i chłonęłam każde Jego słowo, każdy Jego gest pełen szacunku, pokory i miłości. Gdy mówił "Panie nie jestem godzien..." rozpłakałam się i do końca Mszy nie umiałam przestać płakać... Coś pękło...
Wróciłam (nie od razu oczywiście, wszystko drobnymi kroczkami, powolutku).
Później była pielgrzymka na Jasną Górę, której Piotr był kierownikiem...
Jego druga pielgrzymka w życiu, a radził sobie tak, jakby robił to od lat... Wspierał, podtrzymywał na duchu, mobilizował, doceniał - to bardzo ważne, gdy w ciągu 6 dni robi się prawie 200 kilometrów, by mieć kogoś, na kogo można liczyć, kto rozumie trud, kto rozumie, że jest ciężko i stara się pomóc, najlepiej jak potrafi...

Nie tylko na pielgrzymce starał się pomagać. Tak na co dzień również, choć nie zawsze miał czas na długie rozmowy, ale był wspaniałym spowiednikiem i powiernikiem.
Nazywam Go Przyjacielem, mimo, że rzadko się spotykaliśmy i rozmawialiśmy, ale był przy mnie w chyba najtrudniejszym czasie mojego życia, kiedy dwa dni przed pielgrzymką dowiedziałam się o chorobie mamy...
Poddałabym się gdyby nie On...
Przyszłam Mu powiedzieć, strasznie się rozpłakałam...
Byłam zła na siebie, że tak płakałam, było mi wstyd, ale wtedy po prostu nie potrafiłam inaczej, czułam się całkowicie bezsilna i bezradna...
A On był spokojny i opanowany, choć przejął się, widziałam...
Powiedział, że wszystko będzie dobrze, ale to nie było takie na odwal się, byle coś powiedzieć i mieć z głowy... Piotr naprawdę wierzył, że będzie dobrze...
Poszłam z tym do Niego, nie tylko dlatego, że jako kierownikowi pielgrzymki byłam Mu winna pewne wyjaśnienia, ale przede wszystkim dlatego, że jakiś głos mówił mi, że nikt mi bardziej nie pomoże niż On, nikt lepiej nie zrozumie...

Wybaczcie, że tak osobiście i emocjonalnie, ale o Nim inaczej nie umiem...
Pojawił się w moim życiu w sumie znikąd i zdawać by się mogło na chwilę, ale stał się jego cząstką, bardzo ważną cząstką...
Dobry, szlachetny i skromny Człowiek.
Mimo, że czasem ponosiły Go emocje - delikatny i czuły.
Wrażliwy - przez co bardzo łatwo było Go zranić.
Przejmował się losem tych, których doświadczyło życie - nie tylko ludzi, także zwierząt...
Cudowny spowiednik - pełen Mądrości, cierpliwości i pokoju.
Wspaniały Kapłan - pełen szacunku, miłości i czci do Eucharystii. Każde nabożeństwo, każda Msza Święta którą sprawował były dla mnie niezwykłym doświadczeniem autentycznej obecności Boga.

Niedościgły wzór.
Powiernik.
Przewodnik.
Mistrz.
Przyjaciel...

Czasem się z Nim nie zgadzam, czasem się nawet pokłócimy, ale bardzo Go szanuję.
Stoję na stanowisku, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć... Piotr zasłużył sobie na niego w stu procentach...

Jak to dobrze, że są tacy ludzie jak On...
Dzięki ci, Losie...

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Szczęście jest na talerzu.

Wybaczcie, dawno mnie nie było, ale dużo zmian w życiu moim i trochę nie ogarniam rzeczywistości ;)
Wisi nade mną jak topór katowski notka taka mocno filozoficzo-psychologiczno-teologiczno-socjologiczno... itd. itp., ale jakoś nie mogę, no nie mogę...

Zamiast tego coś innego ;)
Były filmy o Piotrze Pustelniku, czas by pojawiło się coś o drugim Autorytecie - Wojciechu Modeście Amaro!
Uprzedzam wątpliwości i pytania - nie, nie o każdym moim autorytecie o którym będę pisała będzie film, choć nie ukrywam, chciałabym, ale najzwyczajniej w świecie - nie da się :)
O Panu Wojtku powstało tego całkiem sporo, a to w związku ze zdobyciem Gwiazdki Michelina. Co znamienne- nie są to produkcje polskie ;)
Zaczniemy od filmu, którego szukałam przeszło dwa miesiące.
Materiał TV ARTE z serii "Le bonheur est dans l'assiette". (po francusku w prawdzie, ale sporo można zrozumieć ;) )


Modest AMARO en POLOGNE ( 26') from PHILippe ALLante on Vimeo.

I jeszcze film Eddy'ego Warmana, nakręcony po tym, jak Atelier Amaro otrzymało w 2012 r. Michelin Rising Star. (Materiał w języku angielskim)


Posłuchać o pasji, zaangażowaniu, a przede wszystkim popatrzeć na Mistrza przy pracy - czysta przyjemność :)

A'propos przyjemności z oglądania Mistrza przy pracy - znalazłam jeszcze odcinek etiudki kulinarnej z udziałem Pana Wojtka, o której wspominałam pisząc o Nim, jest to mianowicie 4 odcinek "Natury kuchni polskiej", poświęcony aronii :)


Wojciech Modest Amaro - program kulinarny odc 4 from tv working studio on Vimeo.