Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 listopada 2015

For God and The Empire - czyli wielki dzień dla całego fandomu!

        Aby uczcić swoje urodziny, w czerwcu bieżącego roku Jej Wysokość, Królowa Elżbieta II ogłosiła nominacje do Orderu Imperium Brytyjskiego.
Wśród nominowanych znalazł się również Benedict Cumberbatch!
Jak wynika uzasadnieniu, Order przyznano za zasługi dla kultury oraz działalność charytatywną.

Aktor otrzymał cywilny order III klasy, czyli tytuł Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego (CBE).

Civil Division
Central Chancery of the Orders of Knighthood

St. James’s Palace, London SW1

13 June 2015

THE QUEEN has been graciously pleased, on the occasion of the Celebration of Her Majesty's Birthday, to give orders for the following promotions in, and appointments to, the Most Excellent Order of the British Empire:

C.B.E.
To be Ordinary Commanders of the Civil Division of the said Most Excellent Order:

Benedict Timothy Carlton CUMBERBATCH
Actor

For services to the Performing Arts and to Charity.


[https://m.thegazette.co.uk/notice/2347713]


      To wielki dzień nie tylko dla uhonorowanego odznaczeniem Aktora i Jego bliskich, ale również dla całego fandomu, który w tym dniu miał niezaprzeczalny powód do dumy! No ale jak nie być dumnym, gdy Człowiek, którego się podziwia otrzymuje odznaczenie nie tylko za swoją ciężką pracę i niewątpliwy wkład w rozwój kultury, ale i wielkie serce.
Cumberbatch znany jest bowiem nie tylko ze swych znakomitych kreacji aktorskich zarówno teatralnych jak i kinowych czy telewizyjnych, ale również ze swego zaangażowania w liczne inicjatywy i wsparcie dla organizacji charytatywnych (m.in. Motor Neurone Disease Association, Cancer Research, Children’s Defense Fund, Prince’s Trust, Elton John AIDS Foundation).

Ceremonia wręczenia Orderów odbyła się we wtorkowe przedpołudnie (10.11.2015 r.) w Pałacu Buckingham. Benedictowi towarzyszyła Jego urocza żona - Sophie Hunter, oraz rodzice - Timothy Carlton i Wanda Ventham.





         W rozmowie z dziennikarzami Cumberbatch podkreślił, iż odznaczenie jest dla Niego wielkim wyróżnieniem i zaszczytem, a sama ceremonia była niezwykle emocjonującym przeżyciem.

Gdy otrzymałem list informujący o przyznaniu mi odznaczenia pomyślałem, że to pomyłka.
[...]
To fantastyczne, dość stresujące, bo nie można się do tego przygotować. To niepowtarzalna okazja, a ja czuję się bardzo uprzywilejowany i schlebia mi takie uznanie. Być uhonorowanym przez Królową to coś nadzwyczajnego.

Dodał również, iż fakt otrzymania tak znakomitego wyróżnienia oraz prestiż z tym związany nie zmieni jego postawy - w sprawach, które uważa za istotne będzie nadal otwarcie wyrażał swoje poglądy.




       Jako że odznaczenie przyznano Aktorowi również za wkład w działalność charytatywną nie obyło się bez pytań o apel w sprawie uchodźców i wsparcia dla Fundacji Save The Children, który wygłaszał na zakończenie każdego z przedstawień "Hamleta". Na pytanie o zarzuty jakie Mu w związku z tym stawiano Benedict odpowiedział:

Nie interesuje mnie krytyka jaką zbiorę. Interesuje mnie podnoszenie świadomości ludzi i zbiórka funduszy dla osób, które są w znacznie gorszej sytuacji niż aktor, którego krytykuje się za to, że zajmuje się jeszcze czymś innym niż tylko swoją pracą.

Jako osoba publiczna często narażony jest na krytykę pomimo tego jednak zawsze robi to, co uważa za słuszne, tak jak w tym przypadku.

Ze względu na moją pracę interesuje się mną opinia publiczna, czego doświadczyłem w moim prywatnym życiu, mogę więc to wykorzystać, by zrobić coś dobrego dla innych ludzi.
Gdy jako świeżo upieczony ojciec zobaczyłem nagrania i zdjęcia jakie docierały do nas latem, pomyślałem, że każdy kto ma serce rozumie, że to nie jest problem kogoś innego, problem innego kraju, to jest nasz problem, problem humanitarny.




         Tym między innymi zdobył sobie wielkie uznanie wśród fanów - swoją bezkompromisowością w mówieniu o kwestiach ważnych, nawet za cenę fali hejtu z jaką niejednokrotnie musiał się później zmierzyć.


Bardzo żałuję, że nie mogłam uczestniczyć w tej niezwykłej ceremonii. Jeszcze bardziej żałuję, że nie miałam, nie mam i pewnie długo jeszcze nie będę mieć okazji by pogratulować Benedictowi zarówno tego wspaniałego wyróżnienia, jak i znakomitej roli w "Hamlecie", a także by Mu podziękować za Jego pracę i za to, że On sam, Jego ciężka praca i niezłomna postawa są inspiracją dla wielu z nas.

Wielkie gratulacje, Komandorze!
Jestem z Ciebie dumna!
To zaszczyt mieć takiego Idola!
To zaszczyt należeć do tak wspaniałego fandomu!
Dziękuję!



photo by Press Association
photo by Press Association















Photo by BBC



Photo by Alan Davidson
for The Daily Mail





Photo by BBC




PS. Ze specjalną dedykacją dla Marysi - przepraszam Maleńka, że tak długo musiałaś czekać :) :*

niedziela, 19 kwietnia 2015

O spotkaniu z Ks. Janem słów kilka...

     Wiecie to z poprzedniej notki - miałam zaszczyt i niebywałą przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z Księdzem Janem Kaczkowskim. (Pisałam Wam wcześniej o planowanym spotkaniu w Pile... no cóż, ja raczej się nie wybiorę, niestety, więc dobrze, że udało się wczoraj...).
       Jak już wcześniej napisałam, biorąc pod uwagę sytuację Księdza, Jego chorobę i to, że jest to śmiertelna choroba po prostu musiałam wykorzystać nadarzającą się okazję... Gdybym zaprzepaściła tę szansę a coś by się stało, w sensie... no wiecie... W życiu bym sobie tego nie darowała... Zbyt wielu ważnych dla mnie ludzi nie spotkałam osobiście tylko dlatego, że odłożyłam te spotkania na później, tylko niestety los chciał, że nie było żadnego "później"...

        Na spotkanie przyszło naprawdę dużo ludzi. Część z nich z ciekawości - kto to? Co to? Wiecie jak jest.
Część z egzaltacji - Och, ach, chory a tyle robi, taki niesamowity, silny i w ogóle - takie w tym stylu. Jeszcze inni z głębokiej chęci spotkania z Człowiekiem niezwykłym, ale wcale nie przez to, że ksiądz chory na raka mózgu, który prowadzi hospicjum (bodaj najlepsze, a w każdym razie jedno z najlepszych w Polsce), ale niezwykłym przez to, w jaki sposób potrafi mówić o sobie, o Bogu, miłości, cierpieniu, o sprawach tak bliskich każdemu z nas i dla każdego z nas niebywale istotnych. I choć nie są to przecież zagadnienia lekkie, łatwe i przyjemne, właśnie sposób w jaki Ks. Jan o nich mówi sprawia, że stają się one bardziej przystępne dla zwykłego człowieka, któremu łatwiej sobie poukładać w głowie pewne kwestie kiedy mówi się o nich bezpośrednio, wprost, nazywając rzeczy po imieniu, czasem okraszając to odrobiną humoru (nieraz nieco czarnego), niż gdy robi się z tego wykład teologiczny, etyczny i jaki bądź inny, rzucając na prawo i lewo wyświechtanymi frazesami, od których człowiek dostaje mdłości.

         Było więc o tym jak to możliwe, że on, chory na raka mózgu człowiek żyje "na pełnej petardzie", chwyta życie pełnymi garściami, bez mrugnięcia okiem poświęcając swój czas dla innych.
Mówił nam o wartości czasu. To coś, z czego wiele osób nie zdaje sobie sprawy. Ciągle gdzieś pędzimy, ciągle za czymś gonimy i spieszymy się w sumie nie wiadomo gdzie i do czego, ale w tym pośpiechu trwonimy czas, który powinien być wykorzystany na to, co naprawdę w życiu istotne. Bo nagle przychodzi w naszym życiu doświadczenie graniczne - choroba, wypadek, perspektywa nieodległej śmierci i wtedy zdajemy sobie sprawę, że na wiele rzeczy nie mamy już czasu, bo roztrwoniliśmy go wcześniej na uganianiu się za nie wiadomo czym. Trzeba codziennie żyć tak, jakby jutra miało nie być. I nie chodzi tu wcale o hedonistyczne folgowanie rozmaitym zachciankom, ale o skupienie się na tym, co naprawdę ważne - na budowaniu relacji, na ćwiczeniu bliskości (pamiętacie notkę o bliskości, o tym jak ważną rolę odgrywa bliskość w życiu człowieka, jak bardzo jest potrzebna). Trzeba pamiętać, że ojcem, matką, dzieckiem dla rodziców, bratem, siostrą czy przyjacielem jest się całe życie, nie ważne ile tego życia nam pozostało, dlatego tak istotne jest by żyć tu i teraz, a nie zastanawiać się co będzie za rok, dwa, pięć, dziesięć... Przecież jutra może już nie być...

Było też sporo o Kościele i Eucharystii.
Smutną prawdą jest, że w polskim Kościele są ludzie, którym się wydaje, że są świętsi od samego Pana Boga i wszystko wiedzą lepiej. Grzmią bez zastanowienia jak to zdradzono ideały i podeptano dziedzictwo Jana Pawła II... Remarque powiedziałby: "I tylko w jednym różnicie się od Boga - Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej", a przecież tak ważne jest, i to również podkreśla Ks. Jan, znalezienie złotego środka, jakiejś nici porozumienia, budowanie mostów między wierzącymi, a niewierzącymi czy też wierzącymi inaczej. 
Ksiądz dał nam do zrozumienia, że wszyscy jako wspólnota Kościoła jesteśmy odpowiedzialni za to, jak to wszystko wygląda i jak funkcjonuje. Jeżeli widzimy, że coś jest nie tak, że ksiądz zachowuje się w sposób niewłaściwy to trzeba otwarcie to powiedzieć: "proszę księdza, tak nie można" - fakt, raczej nas ów ksiądz za to nie pogłaszcze, wręcz przeciwnie, pewnie spotkamy się z atakiem, ale warto drążyć tę skałę, powoli, cierpliwie, kropla po kropli. Tak samo jeśli idzie o Eucharystię - jeżeli ksiądz robi sobie kpiny z Liturgii, sprawuje ją w sposób niechlujny, totalnie od niechcenia jakby odrabiał pańszczyznę to należy dobitnie mu uświadomić, że taki sposób sprawowania Eucharystii obraża nasze uczucia religijne. Lekko nie będzie, ale warto próbować dla wspólnego dobra wszystkich członków Kościoła.

    Niezwykle istotna była również kwestia odnajdywania Boga w sytuacji granicznej, takiej jak choćby poważna choroba... I znów ważna sprawa na którą Ks. Jan zwracał uwagę - Bóg nas kocha, ale nie traktuje relacji z nami w sposób infantylny i trzeba to sobie uświadomić. Nam się często wydaje, że jeśli spotyka nas na przykład choroba to jest w tym palec Boży, wcale niekoniecznie w tym uwznioślającym wymiarze... Często tworzymy taki infantylny obraz Boga - starca z brodą, siedzącego na chmurze i szafującego ludzkim losem ot tak: Kowalski, masz paskudną gębę to zrobię tak, że zachorujesz na raka a potem jeszcze będziesz miał wypadek samochodowy... 
Przecież to nie tak... Skoro wierzymy, że Bóg jest z nami kiedy nam się powodzi, to dlaczego nie potrafimy uwierzyć, że jest z nami również, a może właśnie przede wszystkim wtedy, gdy wszystko wali nam się na głowę? Taka wiara wcale nie jest prosta, ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie lekko...
       Jak widzicie spotkanie było bardzo pouczające :)

      Prawdą jest to, co o Ks. Janie napisała współautorka książki "Szału nie ma, jest rak" Katarzyna Jabłońska: "Jan jest nieprzewidywalny, ma ostry język i cudowne poczucie humoru. Bywa nieznośny, uparty i... czuły. Jest niczym pasjonująca książka, która zaczyna się jak powieść przygodowa, by stać się moralitetem. Spotkanie z nim to wyzwanie i przywilej."

Dokładnie w takich kategoriach, w kategoriach wyzwania, ale przede wszystkim przywileju traktuję to wczorajsze spotkanie. A Wy myślicie, że czemu "padłam na kolana" obok Księdza? ;)
Nie no, to oczywiście trochę żarcik, nie mniej jestem pełna podziwu i naprawdę głębokiego szacunku dla Księdza Jana, dla Jego postawy nastawionej na budowanie mostów, szukanie nici porozumienia, skupianie się na tym, co łączy a nie na tym, co dzieli.
Postępuje w myśl zasady głoszonej przez Jana XXIII: "W sprawach zasadniczych - jedność. W sprawach drugorzędnych - wolność. A ponad wszystkim miłosierdzie" i to czyni Go znakomitym partnerem do dyskusji. Przy tym jest to człowiek bardzo mądry i inteligentny, a dyskusja z takimi ludźmi to zawsze czysta przyjemność :)
Jestem także pełna podziwu dla Jego otwartości i cierpliwości... Bardzo dzielnie znosił nas wszystkich, którzyśmy chcieli dostać autograf, albo koniecznie o czymś porozmawiać. Możecie zapytać co w tym niezwykłego? Ano niby nic, ale jak człowiek jest chory to coś takiego może naprawdę bardzo męczyć...

Było widać, że jest zmęczony. Mało tego - było czuć to zmęczenie. 
To też było niezwykłe... Energia jakby dwóch różnych istot. Z jednej strony jasna, dobra, ciepła, która zachęca do rozmowy, do uśmiechu, żartu, bliskości, a z drugiej rozedrgana, niestabilna, bardzo osłabiona, która stawia pewną barierę i sprawia, że robi się takiego człowieka jakoś tak szkoda. To dlatego nie rozmawialiśmy. 
Ja znam tego typu energię (tak, wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiecie), wyzwala ona we mnie zawsze instynkt opiekuńczy i w momencie gdy mam do czynienia z bliską osobą, z przyjacielem, to kończy się to najczęściej delikatnym, czułym uściskiem, pocałunkiem, łagodnym dotykiem - czymś, co ukoi, pozwoli się odprężyć i zrelaksować. Jeśli jest to obca osoba, albo sytuacja nie pozwala na zbytnią bezpośredniość, wtedy na poziomie energii wysyła się komunikat mówiący: wiem, że jest ci ciężko, że jesteś zmęczony, nie będę ci przeszkadzać, odpocznij... To dlatego nie było rozmowy, a tylko łagodny uśmiech, dotknięcie ramienia i szczere życzenia wszystkiego dobrego :)
Czy żałuję, że nie było rozmowy? Nie, myślę że nie. Spotkania tego typu to nie koniecznie miejsce na poważne dysputy. Myślę, że jeśli taka rozmowa jest nam pisana to będzie ku temu okazja :)
Na razie jestem szczęśliwa, że udało mi się poznać Ks. Jana osobiście, to niebywały zaszczyt i prawdziwa przyjemność :)


    Ależ oczywiście! Nie mogło być inaczej! :)
Autograf na który czekałam od przeszło roku, odkąd przeczytałam tę książkę. Dedykacja od Ks. Jana musiała się w niej znaleźć, nie brałam pod uwagę innej opcji! To dla mnie bardzo ważna książka, która niezwykle mi pomogła i nadal pomaga, zatem skoro Człowiek szczególny i książka szczególna to trzeba było to jakoś połączyć - choćby właśnie tak...

Błogosławieństwo... 
I nie, nie mówcie mi, że to tylko słowa dedykacji... 
Na poziomie energii czułam dłoń spoczywającą na mojej głowie, tę samą dłoń, bezwładnie zwisającą tuż przy mnie, czułam takie delikatne ciepło i cudowny, wszechogarniający spokój :)

Mało tego uświadomiłam sobie również, że mam zaszczyt znać Kapłana, który pod względem stosunku do Eucharystii oraz reprezentowanych postaw jest niebywale podobny do Ks. Jana, w którego obecności również czuję to delikatne ciepło i wszechobecny, cudownie kojący spokój oraz dłoń położoną na głowie w geście błogosławieństwa. 

Jak to dobrze, że jesteście... Obaj... <3


sobota, 2 sierpnia 2014

"Himalaje od kuchni", czyli o niezwykłym spotkaniu w Bawełnie...

  
Nie bardzo wiem jak zacząć, ale mówią, że najlepiej zaczynać od początku, zatem niech będzie.
W środę, 30. lipca wybrałam się do Łodzi na niezwykłe spotkanie z niezwykłym Człowiekiem.
Niektórzy zapewne po tytule domyślają się cóż to było za spotkanie, a tym, którzy się nie domyślają już spieszę tłumaczyć.
   Otóż Drodzy moi, stało się tak, że łódzka restauracja Bawełna zorganizowała spotkanie z Panem Piotrem Pustelnikiem :)
Jak się zapewne domyślacie, nie mogło mnie na nim zabraknąć - wszak byłby to grzech zaniechania nie skorzystać z okazji do spotkanie z Mistrzem, a dokładając do tego jeszcze wszystko, co się podczas tego spotkania wydarzyło, byłby to grzech niewybaczalny :)

Spotkanie miało rozpocząć się o godzinie 20:00 (rozpoczęło się z drobnym poślizgiem, ale to w sumie standard przy tego typu imprezach), na miejscu byłam jakieś pół godziny wcześniej. Oczywiście nie rezerwowałam sobie miejsca na sali, bo 1) liczyłam na fart, 2) nie miałam pewności, że uda mi się dotrzeć na spotkanie, zatem gdy znalazłam się na miejscu zastałam niemal pełną salę i wszystkie stoliki albo zajęte, albo zarezerwowane ;) No ale co tam, stwierdziłam że najwyżej ",mój jest ten kawałek podłogi" - w końcu nie takie rzeczy się już robiło. Ale spojrzałam po sali i podeszłam do stolika przy którym siedziała samotna pani. Przywitałam się, zapytałam czy mogę się do niej przysiąść, zgodziła się i... stało się coś, czego nawet ja, będąc osobą jednak otwartą i komunikatywną, nie bardzo się spodziewałam. Zaczęłyśmy rozmawiać i po jakichś 5 minutach zaczęłyśmy mówić sobie po imieniu :)
Ona ma na imię Małgorzata i z wykształcenia jest anglistą. Okazało się, że nie tylko filologiczne wykształcenie jest naszą nicią porozumienia. Ona też lubi fotografię, sztukę, naturę i życie pełnią życia, a nie tylko z dnia na dzień. W przeciwieństwie do mnie to było Jej pierwsze spotkanie z Panem Piotrem, ale podobnie jak ja zafascynowała Ją sylwetka tego Człowieka, stąd Jej obecność na spotkaniu i chęć zobaczenia i posłuchania na żywo osoby, którą do tej pory znała tylko ze zdjęć i publikacji...
   Samo spotkanie to nie była taka zwyczajna opowieść o górach, streszczenie 20 lat życia i mordęgi na himalajskiej "drodze krzyżowej", ale o tym, jak wygląda życie na wyprawie, co się dzieje z człowiekiem gdy pojawia się w Katmandu, o kulturze Nepalu, o zwyczajach i o jedzeniu :)
Co ciekawego od strony kulinarnej czeka przybyszów w Nepalu to ja Wam, Drodzy nie napiszę. Nie dlatego, że nie słuchałam, ale dlatego, że to całe mnóstwo rzeczy często niezwykłych - moglibyście mi nie uwierzyć, i co wtedy? ;)
  Jeśli już o jedzeniu mowa, każdy z gości miał okazję słuchając Pana Piotra skosztować również przygotowanej wg tradycyjnego przepisu (którego niestety jeszcze nie poznałam) tybetańskiej herbaty :)
Herbata, mleko, przyprawy, w każdym razie smakowało wybornie :)
Można też było spróbować tybetańskich pierożków. Kochani, mówię Wam, cudo! Były naprawdę przepyszne!
Tak więc popijaliśmy tybetańską herbatkę, zajadaliśmy pierożki, słuchaliśmy, oglądaliśmy zdjęcia, a później także filmy. Była "Krótka relacja z wyprawy" - zrealizowany przez Darka Załuskiego film z wyprawy na Annapurnę od południa; znany Wam już z jednej z wcześniejszych notek film "Annapurna na lekko" oraz film z wyprawy na K2.
Każdy z nich opatrzony rzecz jasna komentarzem Pana Piotra - pełnym charakterystycznego dla Niego humoru, dystansu, ale i refleksji.
Jak sam powiedział filmy te pokazują jak się przegrywa, jak trzeba zmagać się z przeciwnościami "bo przegrywać trzeba umieć. Wygrywać każdy głupi potrafi..." - najprawdziwsza prawda! Zresztą Pan Piotr jest człowiekiem, którego góry najwyższe nie raz uczyły przegrywać, nie raz wystawiały na ciężką próbę Jego siły, zdrowie, odwagę, nie raz sprawdzały Jego człowieczeństwo i wytrwałość. A On z każdej z tych prób wychodził zwycięsko, nawet jeśli góra okazywała się silniejsza (a bo to żeby raz...).


Bardzo się cieszę, że dane mi było wziąć udział w tym spotkaniu, że znów mogłam zobaczyć i posłuchać Pana Piotra na żywo, w dość mimo wszystko kameralnym gronie (porównując to z ASP na Przystanku Woodstock, czy festiwalami górskimi to była nas garstka), kolejny raz zobaczyć wspaniałe, nie raz zapierające dech w piersiach zdjęcia z Himalajów, obejrzeć film z K2, którego dotąd nie widziałam, no i chwilę z Panem Piotrem porozmawiać (z tego ostatniego cieszę się najbardziej).
Mądrego człowieka zawsze przyjemnie posłuchać, a gdy to na dodatek jest człowiek, który jak Piotr Pustelnik ma na swoim koncie takie osiągnięcia i tak niesamowite doświadczenia, a przy tym jest dobrym, skromnym, otwartym, serdecznym i sympatycznym człowiekiem, z dystansem do siebie i tego, czego doświadczył - wówczas przyjemność jest jeszcze większa!
Mam nadzieję, że nie było to ostatnie tego typu spotkanie, i że jeszcze kiedyś dane mi będzie przeżyć takie wspaniałe chwile, w tak doborowym towarzystwie jak teraz :)

Jeśli już o przyjemnościach mowa, to trochę się Wam nachwalę, a co! Kto biednemu zabroni bogato żyć? ;)
Wspominałam o tybetańskich pierożkach, oto i one! Malutkie, mięciutkie, ciasto rozpływało się w ustach, a farsz był cudownie aromatyczny :)
I była to jedyna okazja by ich spróbować, na co dzień bowiem próżno ich szukać w karcie Bawełny, choć uważam, że wprowadzenie ich na stałe do menu byłoby znakomitym pomysłem - ja na pewno przy okazji wizyty w Bawełnie zamawiałabym je w każdej ilości! No wie, mówię jak straszny łakomczuch, ale trochę jestem łakomczuchem, lubię dobre jedzenie, a pierożki były wyśmienite!
A to nie koniec przyjemności ;)
Były jeszcze wspaniałe koktajle: truskawkowy i szpinakowy (tak, koktajl ze szpinaku, a czemu nie, skoro Chef Amaro robi serniczek z borowików i lody ze świerku, to czemu ktoś miałby nie zrobić koktajlu na bazie szpinaku? ;D)
W ogóle te koktajle to była podwójna przyjemność, bo nie dość że były wprost cudowne, aromatyczne i fantastycznie zimne (co przy poprawce na upał jaki panował w środę jest niebywałą zaletą) to były jeszcze darmowe!
Ale nie dla wszystkich, o nie, tylko dla mnie i Małgosi!
Ma się to szczęście w życiu!
Serio mówię, dostałyśmy koktajl całkiem za friko, ponieważ bardzo długo musiałyśmy na niego czekać. Złożyłyśmy zamówienie tuż przed projekcją filmów, a okazało się, że podczas projekcji nie można używać blendera bo zbyt głośno pracuje. Kelner poinformował nas o tym i zaproponował dwa rozwiązania - albo zamówimy sobie jakiś inny napój, niewymagający użycia blendera, albo poczekamy na zakończenie projekcji. Wybrałyśmy tę drugą opcję i jak widzicie - opłacało się! ;)

A oto i zwieńczenie przyjemności środowego wieczoru:
dedykacja od Pana Piotra :)

 I wspólne zdjęcia z Mistrzem autorstwa Małgosi, której serdecznie dziękuję, bo są naprawdę świetne!

To był naprawdę niesamowity wieczór!!! Mam nadzieję jeszcze choć jeden taki przeżyć, może wtedy uda się obejrzeć "Snow Story" - film Darka Załuskiego o wyprawie Piotra Pustelnika na Manaslu.
Gdy powiedziałam Panu Piotrowi, że to chyba jedyny film z Jego wypraw którego nie widziałam, odpowiedział z uśmiechem: "mam go na płycie", na co ja z jeszcze większym uśmiechem odparłam: "no to może przy następnym spotkaniu się uda" :)
Kto wie!
Zatem do następnego takiego spotkania! :)

*część zdjęć zaczerpnięta z: Himalaje od kuchni

piątek, 4 lipca 2014

"Et ego dico tibi quia tu es Petrus..."

To chyba jeden z bardziej znanych cytatów z Pisma Świętego. Gdy Piotr wyznał "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego" Jezus mu odpowiedział: "Ja tobie powiadam, ty jesteś Piotr, opoka..."
Ale nie, nie będzie o Św. Piotrze...


Kolejny Autorytet, Mistrz, Przyjaciel... Kolejny z grona moich ukochanych Tres Pedros...
Piotr... Właściwie to powinnam mówić Ksiądz Piotr...
Człowiek wielkiej wiary, pobożności i gorliwości.
Inteligentny i obdarzony prawdziwą Mądrością.
Pełen skromności i pokory. (Już widzę Jego zakłopotanie, gdyby to czytał).
Wrażliwy i czuły.
Człowiek, który mimo nieraz ciężkich chwil jakie sam przeżywał, potrafił przynieść ukojenie, pokój, służyć dobrą radą, serdecznym słowem...
Po prostu... być tym, kim winien być z racji imienia - Opoką, Skałą...

To będzie dużo bardziej osobista notka niż ta o Panu Piotrze, czy o Panu Wojtku, ale nie umiem inaczej...
Zaczęło się właściwie jak z poprzednimi dwoma Bohaterami - ot, znam nazwisko, kojarzę człowieka, ale nad to już nic, zwyczajnie, jest i spoko, ani to ziębi, ani grzeje. I znów do czasu...
Gdy trafił do naszej parafii to był akurat niełatwy czas w moim duchowym życiu, jakoś tak się z Panem Bogiem pożarłam, w sumie nie pamiętam o co, no ale... Długo to trwało, kilka miesięcy w sumie... Aż wreszcie, którejś niedzieli stwierdziłam, że nie chce mi się siedzieć w domu, a i na spacer nie bardzo mam ochotę (była to w tych miesiącach standardowa praktyka), więc co tam, pójdę sobie do kościoła, odsiedzę swoje i wrócę do domu.
"Pech" chciał, że trafiłam akurat na Mszę sprawowaną przez Piotra - nie, nie pierwszą odkąd przyszedł do parafii, ale tamta była, z do tej pory nieznanych mi powodów, wyjątkowa.
Słuchałam i chłonęłam każde Jego słowo, każdy Jego gest pełen szacunku, pokory i miłości. Gdy mówił "Panie nie jestem godzien..." rozpłakałam się i do końca Mszy nie umiałam przestać płakać... Coś pękło...
Wróciłam (nie od razu oczywiście, wszystko drobnymi kroczkami, powolutku).
Później była pielgrzymka na Jasną Górę, której Piotr był kierownikiem...
Jego druga pielgrzymka w życiu, a radził sobie tak, jakby robił to od lat... Wspierał, podtrzymywał na duchu, mobilizował, doceniał - to bardzo ważne, gdy w ciągu 6 dni robi się prawie 200 kilometrów, by mieć kogoś, na kogo można liczyć, kto rozumie trud, kto rozumie, że jest ciężko i stara się pomóc, najlepiej jak potrafi...

Nie tylko na pielgrzymce starał się pomagać. Tak na co dzień również, choć nie zawsze miał czas na długie rozmowy, ale był wspaniałym spowiednikiem i powiernikiem.
Nazywam Go Przyjacielem, mimo, że rzadko się spotykaliśmy i rozmawialiśmy, ale był przy mnie w chyba najtrudniejszym czasie mojego życia, kiedy dwa dni przed pielgrzymką dowiedziałam się o chorobie mamy...
Poddałabym się gdyby nie On...
Przyszłam Mu powiedzieć, strasznie się rozpłakałam...
Byłam zła na siebie, że tak płakałam, było mi wstyd, ale wtedy po prostu nie potrafiłam inaczej, czułam się całkowicie bezsilna i bezradna...
A On był spokojny i opanowany, choć przejął się, widziałam...
Powiedział, że wszystko będzie dobrze, ale to nie było takie na odwal się, byle coś powiedzieć i mieć z głowy... Piotr naprawdę wierzył, że będzie dobrze...
Poszłam z tym do Niego, nie tylko dlatego, że jako kierownikowi pielgrzymki byłam Mu winna pewne wyjaśnienia, ale przede wszystkim dlatego, że jakiś głos mówił mi, że nikt mi bardziej nie pomoże niż On, nikt lepiej nie zrozumie...

Wybaczcie, że tak osobiście i emocjonalnie, ale o Nim inaczej nie umiem...
Pojawił się w moim życiu w sumie znikąd i zdawać by się mogło na chwilę, ale stał się jego cząstką, bardzo ważną cząstką...
Dobry, szlachetny i skromny Człowiek.
Mimo, że czasem ponosiły Go emocje - delikatny i czuły.
Wrażliwy - przez co bardzo łatwo było Go zranić.
Przejmował się losem tych, których doświadczyło życie - nie tylko ludzi, także zwierząt...
Cudowny spowiednik - pełen Mądrości, cierpliwości i pokoju.
Wspaniały Kapłan - pełen szacunku, miłości i czci do Eucharystii. Każde nabożeństwo, każda Msza Święta którą sprawował były dla mnie niezwykłym doświadczeniem autentycznej obecności Boga.

Niedościgły wzór.
Powiernik.
Przewodnik.
Mistrz.
Przyjaciel...

Czasem się z Nim nie zgadzam, czasem się nawet pokłócimy, ale bardzo Go szanuję.
Stoję na stanowisku, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć... Piotr zasłużył sobie na niego w stu procentach...

Jak to dobrze, że są tacy ludzie jak On...
Dzięki ci, Losie...