środa, 28 października 2015

Jest metoda w tym szaleństwie... a reszta jest milczeniem.

  Długo zajęło mi, żeby zebrać się do napisania tej notki, ale wciąż żywe są w moim sercu wspomnienia z 15. i 21. października i trochę ciężko mi się pozbierać do kupy, bo to co udało mi się przeżyć w te dwa październikowe wieczory było absolutnie wspaniałe, znakomite, cudowne!
Tym niesamowitym wydarzeniem była projekcja realizowanej w ramach National Theatre Live.
Tak moi drodzy. Teatr.
Na żywo.
Wprost z Londynu!

Naprawdę fantastyczne doświadczenie, zwłaszcza gdy ogląda się inscenizację dramatu, który jest absolutną klasyką tak literatury jak i teatru. "Hamlet" Williama Szekspira reżyserowany przez Lyndsey Turner, ze znakomitą obsadą i z niezrównanym Benedictem Cumberbatchem w roli głównej!

   Nie ma co owijać w bawełnę i opowiadać jak to straszliwie uwielbiam Szekspira, bo nie uwielbiam, choć znam jego dzieła, doceniam niezaprzeczalny wkład w światową kulturę i uważam, że jego twórczość jest tym, w czym każdy kto nie chce uchodzić za totalnego ignoranta powinien się orientować.
Wiecie natomiast, że uwielbiam teatr i Benedicta Cumberbatcha, i to już wydało mi się wystarczającym powodem by wybrać się na wspomnianą projekcję, szczególnie że jest coś niezwykłego w oglądaniu sztuki teatralnej na ekranie kinowym czy w realizacji teatru telewizji. 
Z jednej strony ogranicza się nasze pole widzenia. 
Oglądając przedstawienie w teatrze obejmujemy wzrokiem całą scenę, możemy wybrać na co i w jakiej kolejności zwrócimy uwagę, na jakim elemencie skupimy wzrok. W przypadku transmisji widzimy tylko to, co w danym momencie pokazuje nam kamera, to operator prowadzi nas przez całą sztukę i choć na pierwszy rzut oka zdawać by się mogło, że taka realizacja ogranicza nasze postrzeganie tego co dzieje się na scenie, to ja uważam, że jest dokładnie odwrotnie. Fakt, nie obejmujemy wzrokiem całej sceny, wszystkich postaci, wszystkich elementów scenografii, ale za to mamy możliwość przyjrzeć się z bliska twarzom aktorów, zobaczyć każdy najmniejszy grymas, każde najdrobniejsze drgnienie mięśni... To sprawia, że emocje które aktorzy starają się przekazać stają się jeszcze bardziej wyraziste.
No i druga sprawa - siedzisz sobie w kinie, w wygodnym fotelu, przed sobą masz ekran i czujesz jakby to co widzisz było filmem, choć równocześnie masz świadomość, że wszystko na co patrzysz dzieje się tu i teraz, że wszystko co widzisz jest perfekcyjne dlatego, że perfekcyjni są aktorzy, którzy w tym momencie stoją na scenie i dokładają wszelkich starań aby wszystko było doskonałe. Jeżeli coś się nie uda nie będzie dubla, nie będzie dokrętek... wszystko musi wyjść za pierwszym razem i za każdym razem - to właśnie jest magia :)

    Co do samego spektaklu to już od początku cieszył się on olbrzymim zainteresowaniem i budził wielkie emocje.
Bilety wyprzedały się w oka mgnieniu, a ci, którzy nie mieli tyle szczęścia gotowi byli na wielogodzinne oczekiwanie w kolejce przed teatrem by zdobyć bilet, z którego ktoś w ostatnim momencie zrezygnował. Każdego dnia widownia Barbican Theatre wypełniona jest po brzegi (spektakl grany jest do końca października).
Recenzje wyrastały jak grzyby po deszczu. Jedne bardzo pochlebne, w których pod niebiosa wychwalano reżyserkę i jej pomysł na przedstawienie Szekspirowskiej tragedii; jak i samych aktorów, na czele z odtwórcą głównej roli, zachwycając się ich profesjonalizmem i umiejętnościami. 
Drugie wręcz przeciwnie. Pisano w nich o rzekomej ignorancji fanek Benedicta Cumberbatcha, które to zdaniem mediów o Szekspirze i samym "Hamlecie" nie mają bladego pojęcia, a do teatru przychodzą tylko po to, by zobaczyć ubóstwianego przez siebie aktora. Krytykom nie podobało się przeniesienie słynnego "Być albo nie być" z pierwszej sceny trzeciego aktu na sam początek sztuki (ostatecznie odstąpiono jednak od tego pomysłu), nie podobało się niektórym również to w jakich kostiumach występują aktorzy, no bo jak to, Hamlet w dżinsach?!
Cóż, jak mówi stara mądrość ludowa - jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził...

     Sztuka jednak broni się znakomicie!

    Niesamowite wrażenie, nawet wówczas gdy ogląda się spektakl jedynie na ekranie kinowym, robi ogromna scena Barbican Theatre a na niej scenografia, której autorką jest wielokrotnie nagradzana projektantka teatralna Es Devlin.

Barbican Theatre, próby kamer przed transmisją "Hamleta"
photo by Lodovic des Cognets

Monumentalna, ciemna, z elementami turkusu i granatu doskonale wpisuje się w nastrój sztuki i zapowiada mroczne wypadki, które mają za moment nastąpić. Schody, balkony, ogromne drzwi, portrety na ścianach, wielki stół, a nad nim przepiękny kryształowy żyrandol, wszystko to, dopełnione światłem scenicznym, za które odpowiedzialna była Jane Cox zapierało dech w piersiach. A jeśli dodać do tego jeszcze muzykę Jona Hopkinsa, choreografię opracowaną przez Sidi Larbi Cherkaoui'ego i znakomitych aktorów w kostiumach Katriny Lindsay otrzymamy naprawdę wspaniałe widowisko.

Barbican Theatre, próby kamer przed transmisją "Hamleta"
photo by Lodovic des Cognets
      Kostiumy zaprojektowane na potrzeby spektaklu to połączenie współczesnego, luźnego stroju (designerska koszulka, sztruksowa marynarka Hamleta, czy koszula w kratkę Horacego) z elementami stroju dworskiego. Takie na pierwszy rzut oka niezwykłe połączenie doskonale podkreśla uniwersalność tragedii Szekspira. "Każdy z nas jest Hamletem" powiedział w wywiadzie dla telewizji Sky Arts Benedict Cumberbatch. Miał rację.

Benedict Cumberbatch jako Hamlet
      Oczywiście przy okazji spektaklu najwięcej uwagi poświęca się odtwórcy głównej roli - Benedictowi Cumberbatchowi. Nie ma co ukrywać, że jego nazwisko przyciągnęło do teatru prawdziwe tłumy, a aktor znany nie tylko z ról teatralnych, ale również znakomitych kreacji telewizyjnych i kinowych zebrał wspaniałe recenzje.
"The Observer" docenił Cumberbatcha nazywając go "najbardziej elokwentnym i racjonalnym Hamletem".
Aktor w pełni zasłużył na pochwały, bo jego gra na scenie to urzekający pokaz umiejętności  i kunsztu aktorskiego, a należy pamiętać, iż rola Hamleta jest uważana za sprawdzian dojrzałości i umiejętności mierzących się z nią aktorów ze względu na objętość tekstu, niezmiernie bogatą osobowość postaci oraz dużą ekspresję. Możliwość zagrania Hamleta to marzenie każdego aktora poważnie traktującego pracę w teatrze. Mówią, że jak spaść do z wysokiego konia - Hamlet to rola która może pomóc aktorowi wznieść się na wyżyny lub strącić go w nicość.
Po projekcji z czystym sercem mogę powiedzieć, że Benedict Cumberbatch zaliczył ten sprawdzian na najwyższą notę.
Jego Hamlet to inteligentny i elokwentny młody mężczyzna (podobnie jak sam aktor), idealista i filozof, któremu przychodzi się zmierzyć ze zdarzeniami i problemami, które nijak nie pasują do owego idealizmu.
Cumberbatch wspaniale ukazuje cierpienie tego młodego człowieka, który zdruzgotany przez ostatnie wydarzenia spotyka ducha swego ojca i dowiaduje się, że jego śmierć była podstępnym morderstwem, a nie nieszczęśliwym wypadkiem. W imię miłości synowskiej i poczucia sprawiedliwości książę składa ojcu przysięgę, iż uczyni wszystko, by pomścić jego śmierć, tym samym stając przed kolejnym moralnym dylematem, gdyż musi dokonać czegoś, co w jego ocenie jest moralnie złe. Od tego czasu tym, co determinuje postępowanie Hamleta jest pragnienie zemsty na mordercy ojca. 
O niezwykłości Hamleta, oraz znaczeniu roli jaką odegra on w całej historii zdaje się świadczyć wnież jego strój podczas uczty, a także miejsce jakie zajmuje za stołem. Ubrany w dżinsowe ciemne spodnie i ciemną sztruksową marynarkę z postawionym kołnierzem bardzo wyraźnie odróżnia się od reszty gości ubranych w wystawne dworskie stroje. Siada pośrodku stołu niczym Chrystus podczas ostatniej wieczerzy - jedyny sprawiedliwy, tak bardzo samotny i opuszczony choć otoczony ludźmi, których zna i który jego znają... znają, ale nie rozumieją, nawet nie próbują rozumieć.
Benedict Cumberbatch słynie z tego, że potrafi w granej przez siebie postaci ukazać w sposób niebywale autentyczny cały wachlarz często skrajnych emocji, tak samo jest w przypadku Hamleta. Cierpienie i ból księcia rozrywają serce, jego strach przeraża, jego radość i uśmiech cieszą, a ironiczne komentarze bawią nieraz do łez.

        Przy wszystkich niewątpliwie zasłużonych pochwałach pod adresem Benedicta Cumberbatcha należy jednak oddać również sprawiedliwość pozostałym członkom obsady, bo każdy z nich zaprezentował się znakomicie, w doskonały sposób ukazując skrajne emocje targające bohaterami. Na pierwszy rzut oka widać, że wszyscy aktorzy są doskonale zgraną drużyną, której poszczególni członkowie wzajemnie się dopełniają i nie mogą istnieć bez siebie nawzajem.

Ciarán Hinds jako Klaudiusz
   Ciarán Hinds wcielający się w rolę Klaudiusza stworzył postać, którą kocha się nienawidzić.
W sposób niebywale prawdziwy i przerażająco wiarygodny ukazuje podstępnego bratobójcę, człowieka zimnego, despotycznego, pozbawionego skrupułów i kręgosłupa moralnego, który nie cofnie się przed niczym, by tylko utrzymać w sekrecie swój podły występek, choć z drugiej strony zdaje się całkowicie nie przejmować faktem, iż poślubienie żony zmarłego brata według XVI wiecznego kodeksu etycznego uchodził za cudzołóstwo. Jego obecność wywiera destrukcyjny wpływ na słabe i bardziej uległe jednostki, doprowadzając je do moralnego upadku i stając się powodem kolejnych dramatycznych wydarzeń.


Anastiasia Hille jako królowa Gertruda
 Jedną z takich osób jest niewątpliwie królowa Gertruda (Anastasia Hille).
Wiemy o niej niewiele. Nie wiemy nic o tym, co wydarzyło się przed śmiercią ojca Hamleta. Królowa wspomina o "szpetnych czarnych plamach", które widzi w swoim sumieniu, jednak czy ma na myśli wyłącznie  kazirodczy związek z bratem swojego niedawno zmarłego męża, a może coś więcej? Można jedynie snuć domysły czy królowa była wspólniczką szwagra w zbrodni, czy tylko korzysta z jej owoców (lubi wygodę i przepych), a może bezwolnie poddała się jej następstwom? Wszystko to pozostaje tajemnicą i może tak jest lepiej. Królowa kocha swojego syna, ale nie potrafi bądź nie chce zrozumieć jego potrzeby godnego przeżycia żałoby po ojcu.
Anastasia Hille jako królowa Gertruda
i Benedict Cumberbatch jako Hamlet
Photo by Johan Persson
Rozmowa z synem porusza jej sumienie, zdaje się, że szczerze żałuje zła którego się dopuściła (jakiekolwiek zło w rzeczywistości ma ona na myśli), jest jednak zbyt słaba by oderwać się od współwinnego jej upadku, przez co jej żal jest daremny. Zresztą scena rozmowy Królowej z Hamletem to chyba najbardziej poruszająca scena z udziałem tych dwóch postaci. Dla obojga ta rozmowa wiąże się z niebywałym cierpieniem i dzięki kunsztowi aktorów cierpienie to ukazane zostało w sposób tak prawdziwy, że niemal można go dotknąć, jakby cały ból prawdy wylewał się z nich i spływał na wszystko wokół.
Anastasia Hille prezentuje swoją postać w taki sposób, iż bez względu na to jaką tajemnicę naprawdę skrywa Królowa bardziej jej współczujemy niż ją nienawidzimy, jest ona bowiem wewnętrznie rozdarta pomiędzy tym co robi, a tym co zrobić powinna, ukazana zostaje jako osoba bądź co bądź słaba, a takie osoby budzą raczej litość niż nienawiść...
        
Kobna Holdbrook-Smith jako Laertes
Photo by Johan Persson
Kobna Holdbrook-Smith jako Laertes to kolejny przykład wspaniałego, dojrzałego aktorstwa. 
Aktor doskonale ukazuje człowieka gorącej krwi, łatwo ulegającego gwałtownym emocjom, dumnego i żadnego zemsty. To właśnie Laertes a nie Hamlet wpisuje się w rolę typowego bohatera rodowej tragedii zemsty. 
Jest on również całkowitym przeciwieństwem Hamleta, mimo iż obaj młodzieńcy otrzymali wykształcenie jakie otrzymać powinien każdy renesansowy dworzanin Laertes jest tym dworzaninem tylko z pozoru, podobnie jak pozornie jest człowiekiem honoru. Podążając za namową Klaudiusza bez zastanowienia decyduje się na krwawą zemstę, a nawet na haniebną zdradę.  
Kobna Holdbrook-Smith jako Laertes
i Benedict Cumberbatch jako Hamlet
photo by Johan Persson
Gdy Hamlet przed pojedynkiem prosi go o wybaczenie Laertes odpowiada, że owszem, serce mogłoby wybaczyć, ale honor na to nie pozwala, co dziwne ten sam honor nie miał nic przeciw temu, by zatruć ostrze szpady i zgodzić się na dodanie trucizny do kielicha przeznaczonego dla księcia... Zaiste, przedziwny to honor.      
U Lyndey Turner skrajna różnica między Hamletem a Laertesem widoczna jest nie tylko w wymiarze duchowym, emocjonalnym, ale również - co zdecydowanie bardziej rzuca się w oczy - w wymiarze fizycznym. Mam tu na myśli nie tylko różnicę w kolorze skóry (bez żadnych rasistowskich podtekstów), ale także kolory strojów podczas pojedynku szermierczego, będącego starciem podstępu i prawdy, szlachetności i zdrady.

Jim Norton jako Poloniusz
Photo by Johan Persson

     Jim Norton w sposób doskonały sportretował królewskiego kanclerza - Poloniusza. Służalczego intryganta, który chce kontrolować wszystko, nawet życie i poczynania własnych dzieci- Ofelii i Laertesa. Jego służalczość i czołobitność względem króla, a także mylne przekonanie o własnej przebiegłości i nieomylności czynią z niego ulubiony obiekt niewybrednych drwin księcia Hamleta, a intryganctwo doprowadza go tragicznej śmierci.
Norton zagrał Poloniusza w sposób, który sprawia, że nie tylko Hamlet ma na nim używanie, wraz z Hamletem śmieje się również cała publiczność. 

      Na koniec dwie postaci, które w sztuce Lyndsey Turner urzekły mnie najbardziej. 


      Jako, że panie mają pierwszeństwo ;) w takim razie najpierw grana przez Siân Brooke Ofelia.
Siân Brooke jako Ofelia
photo by Johan Persson
 Postać na wskroś tragiczna. Czysta, wrażliwa, o dość słabej konstrukcji psychicznej. Z wzajemnością zakochana w Hamlecie, zmuszona przez ojca do zerwania kontaktów z księciem, a następnie przez tegoż księcia odtrącona z nie do końca wiadomego powodu przeżywa głęboki dramat, który dodatkowo pogłębia się po śmierci jej ojca, doprowadzając dziewczynę do szaleństwa i śmierci (prawdopodobnie samobójczej).
Siân Brooke pokazała w swej roli niesamowitą klasę i kunszt aktorski. Aktorka nie gra Ofelii, ona jest Ofelią. Prawdziwie cierpi z powodu konieczności rezygnacji z uczucia do księcia, prawdziwie przeżywa odrzucenie, prawdziwie rozpacza po śmierci ojca i wreszcie prawdziwie popada w obłęd. 
Ta prawdziwość choć genialna bywa chwilami przerażająca... Włosy wyrwane z głowy, trupio blada twarz, sine usta, podkrążone oczy i rozmazany od łez makijaż, a do tego drżące dłonie i śpiewane łamiącym się głosem strzępy niezrozumiałych pieśni - kwintesencja bólu i rozpaczy prowadzących do szaleństwa, która sprawia, że obserwatorzy tracą resztki pewność siebie...     

Leo Bill jako Horacy
I postać ostatnia, grany przez Leo Billa Horacy. Jedyna ważna (zajmująca więcej miejsca) postać w dramacie Szekspira która w końcowej scenie pozostaje przy życiu. Szekspir nie dopracował zbytnio tej postaci, a szkoda. To prawda, że nie jest ona może zbyt istotna dla samego dramatu, ale jest istotna dla głównego bohatera. Horacy jest filozofem i oddanym przyjacielem Hamleta. Pełni rolę zewnętrznego, obiektywnego obserwatora wydarzeń dziejących się w Elsynorze, to właśnie jemu tuż przed śmiercią Hamlet powierza misję oznajmienia wszystkim prawdy o wypadkach jakie miały miejsce na dworze.
W przypadku roli Horacego doskonale widać to o czym wspomniałam wcześniej - jedna postać nie może istnieć bez drugiej. Cumberbatch i Bill ukazują Hamleta i Horacego jako oddanych, serdecznych przyjaciół, bardzo ze sobą zżytych. Horacy jest dla Hamleta prawdziwym wsparciem, i chyba jako jedyny naprawdę rozumie cierpienie młodego księcia, gotów jest nawet umrzeć wraz ze swoim przyjacielem.
Leo Bill jako Horacy
i Benedict Cumberbatch jako Hamlet
 Gdy obserwuje się aktorów na scenie więź ta zdaje się być niemal namacalna, jak choćby w końcowej scenie gdy Horacy pochylony nad ciałem Hamleta wypowiada słowa: "Dobranoc słodki książę" i całuje głowę martwego przyjaciela, długo wtulając twarz w jego włosy. 
Jest w tym drobnym geście tyle miłości i cierpienia, że aż serce krwawi...

        Sztuka Szekspira jest tragedią, a jak tragedia to wiadomo, że do śmiechu nic nie ma, a jak nie ma nic do śmiechu to jest raczej ciężko, a i z czasem robi się nudno. W przypadku tej inscenizacji na szczęście jest inaczej. 
Elementy komiczne jakie pojawiają się w ciągu całej sztuki nieco rozładowują napięcie, i choć sztuka wcale nie traci przez to na swoim dramatyzmie, staje się jednak dużo bardziej przystępna.
Komiczny jest oczywiście przekonany o swej przebiegłości i nieomylności Polonius, momentami komiczny jest udający szaleństwo książę Hamlet, komiczny jest również grabarz, który przygotowując grób przed pogrzebem Ofelii wyrzuca z niego stare szczątki, słuchając muzyki wyciąga z dołu kolejne kości, a w pewnej chwili zaczyna śpiewać trzymając w ręku piszczel niczym mikrofon.
Oto kilka takich smaczków ;)

Rozśpiewany grabarz




Hamlet i Poloniusz - słowa, słowa, słowa :)


Nieco mniej do śmiechu... Rozmowa Hamleta z duchem ojca...



Tradycją stał się już apel w sprawie uchodźców i wsparcia dla Fundacji Save The Children wygłaszany przez Benedicta Cumberbatcha po skończonym przedstawieniu.




 I na koniec moja ulubiona scena...




Dobranoc słodki Książę...

Reszta jest milczeniem...



      



sobota, 3 października 2015

"...bo ta reszta jest właśnie muzyką" cz. I

       Muzyka jest w moim życiu od zawsze i odgrywa w nim niesamowicie ważną rolę.
Nie wyobrażam sobie, że mogłoby mi jej kiedykolwiek zabraknąć. Nie umiałabym normalnie funkcjonować gdybym nie mogła słuchać muzyki.
Nie ma dla mnie znaczenia gatunek, ważne, żeby tekst piosenki był sensowny, stąd popowych piosenek słucham raczej niewiele, bo trudno mi w nich znaleźć cokolwiek wartego uwagi. Słucham bardzo dużo poezji śpiewanej (w końcu mój ukochany Mistrz - Jacek Kaczmarski był poetą i pieśniarzem), ale poezja nie zawsze oddaje mój aktualny nastrój, w takim przypadku sięgam po cięższe brzmienia z hard rockiem włącznie, a co! Kto biednemu zabroni bogato żyć!

W ostatnim czasie nastrój mam jednak mało hardcorowy, więc towarzyszy mi na przykład coś takiego:

1.

        
       Większość utworów których słucham i które są dla mnie ważne wiążą się, często w bardzo luźny sposób, z ludźmi, miejscami lub wydarzeniami, a przez to pomagają mi porządkować Pałac Pamięci... 
Ta to "prezent" od mojej Pauliny.
Mantra. 
A skoro mantra to Tybet, a skoro Tybet to Himalaje, skoro Himalaje to góry, a góry to wolność, potęga, magia... No i Piotr Pustelnik, Piotrek Morawski i jeszcze kilka ważnych dla mnie osób...
Uwielbiam przy niej medytować i zasypiać...

2.



"Hobbit. Pustkowie Smauga".
Skoro Hobbit to oczywiście Tolkien, a jeżeli Tolkien to Elfy, Krasnoludy, Hobbici, Magowie... Baśniowy świat, do którego uwielbiam wracać, szczególnie gdy jest źle.

3.

 

Nie przenosi do konkretnego miejsca, nie przypomina o jakimś konkretnym zdarzeniu... Po prostu... zabiera w podróż... Magiczną, trudną i ważną jak całe życie...

4.

 

kolejna podróż w nieznane, z Hobbitami, Krasnoludami i pieśnią w sercu...


5.


Jeden, by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać.


6.
 Późno już, czas spać, a przed snem odrobina medytacji...
Może odrobinę mroczna, ale cudownie mi się przy niej medytuje...





"I choć życie ma kres, 
jednak coś przecież jest, 
co zostaje, nie idzie donikąd -
Jakaś reszta na dnie, 
co nie ciszą jest, nie!
Bo ta reszta jest właśnie muzyką..."
 

piątek, 2 października 2015

Help Is Coming...

     W związku z kryzysem na Bliskim Wschodzie, w Syrii Fundacja Save The Children prowadzi kampanię Help Is Coming.





We wstępie do klipu promującego akcję aktor Benedict Cumberbatch cytuje fragment wiersza "Home", którego autorką jest Warsan Shire - kenijska poetka urodzona w Somalii w 1988 r.

no one leaves home unless
home is the mouth of a shark
you only run for the border
when you see the whole city running as well


your neighbors running faster than you
breath bloody in their throats
the boy you went to school with
who kissed you dizzy behind the old tin factory
is holding a gun bigger than his body
you only leave home
when home won’t let you stay.


no one leaves home unless home chases you
fire under feet
hot blood in your belly
it’s not something you ever thought of doing
until the blade burnt threats into
your neck
and even then you carried the anthem under
your breath
only tearing up your passport in an airport toilets
sobbing as each mouthful of paper
made it clear that you wouldn’t be going back.


you have to understand,
that no one puts their children in a boat
unless the water is safer than the land
no one burns their palms
under trains
beneath carriages
no one spends days and nights in the stomach of a truck
feeding on newspaper unless the miles travelled
means something more than journey.
no one crawls under fences
no one wants to be beaten
pitied


no one chooses refugee camps
or strip searches where your
body is left aching
or prison,
because prison is safer
than a city of fire
and one prison guard
in the night
is better than a truckload
of men who look like your father
no one could take it
no one could stomach it
no one skin would be tough enough


the
go home blacks
refugees
dirty immigrants
asylum seekers
sucking our country dry
niggers with their hands out
they smell strange
savage
messed up their country and now they want
to mess ours up
how do the words
the dirty looks
roll off your backs
maybe because the blow is softer
than a limb torn off


or the words are more tender
than fourteen men between
your legs
or the insults are easier
to swallow
than rubble
than bone
than your child body
in pieces.
i want to go home,
but home is the mouth of a shark
home is the barrel of the gun
and no one would leave home
unless home chased you to the shore
unless home told you
to quicken your legs
leave your clothes behind
crawl through the desert
wade through the oceans
drown
save
be hunger
beg
forget pride
your survival is more important


no one leaves home until home is a sweaty voice in your ear
saying-
leave,
run away from me now
i dont know what i’ve become
but i know that anywhere
is safer than here

 [http://seekershub.org/blog/2015/09/home-warsan-shire/ ]

Poruszający i zmuszający do refleksji...

sobota, 26 września 2015

Nauka pierwszej pomocy dla uczniów szkół podstawowych - podpisz petycję!


     Fundacja Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy od 2006 roku prowadzi Program Edukacyjny "Ratujemy i Uczymy Ratować" skierowaną do uczniów szkół podstawowych.
Dzięki uczestnictwu w programie ponad 2 miliony dzieci zdobyło niezbędną wiedzę z zakresu pierwszej pomocy, którą niejednokrotnie miały okazję wykorzystać w praktyce, ratując tym samym ludzkie życie.
      Petycja skierowana do Minister Edukacji dotyczy wprowadzenia zajęć z zakresu udzielania pierwszej pomocy jako obowiązkowych dla uczniów szkół podstawowych.
Myślę, że pomysł jak najbardziej zasługuje na poparcie. Wiadomo, że 7 latek nie będzie od razu ratownikiem, ale samo to, że będzie posiadał wiedzę na temat tego, jak zachować się w sytuacji zagrożenia życia ludzkiego będzie miało wpływ na bezpieczeństwo jego i osób w jego otoczeniu.
Dzieci w przeciwieństwie do dorosłych nie boją się nieść pomocy, jeśli posiadają umiejętności w tym zakresie bardzo chętnie z nich korzystają kiedy zachodzi taka konieczność, więc warto, by jak najwięcej dzieci takie umiejętności posiadało.

TAK dla obowiązkowych zajęć z zakresu pierwszej pomocy!!!



Petycja w wersji elektronicznej:  www.petycja.wosp.org.pl
Wersję papierową petycji możecie pobrać tu: bit.ly/PetycjaPierwszaPomoc

piątek, 25 września 2015

INNI PISZĄ: "Widziałeś arabską dzicz?"

      Temat uchodźców wciąż jest bardzo na czasie i nadal prowokuje gorące dyskusje i wywołuje wiele kontrowersji.
Polecam wywiad Marceliny Obrzydowskiej z Markiem Jarosem, psychologiem i psychoterapeutą, założycielem i dyrektorem merytorycznym warszawskiej Kliniki Stresu.

Marcelina Obrzydowska: Widział Pan kiedyś uchodźcę?
Marek Jaros: Nie. I problem w tym, że zdecydowana większość Polaków też nie.

Jak na kogoś, kogo w Polsce prawie nikt nie widział, mamy o nich dość mocno wyrobione zdanie.
Tak o uchodźcach, jak i o każdym „innym”, którego nie znamy. Automatycznie dzielimy świat na „naszych” i „obcych”. To jest podstawowy, wrodzony schemat, według którego orientujemy się w relacjach z innymi ludźmi. Dzięki niemu wiemy, czy napotkana osoba to „obcy” czy „swój”. I od razu przyjmujemy wobec niej odpowiednią postawę – przyjazną lub niechętną. To naturalny odruch, wynikający z historii naszego gatunku.

Obrażanie i szykanowanie innychteż?
Wroga postawa wobec „obcego” i agresja jest konsekwencją widzenia świata w takich, uproszczonych kategoriach – my/oni. Ma to sens, jeżeli w „dżungli” spotykają się dwa stada konkurujące o ograniczone zasoby.

Ale mówimy o ludziach.
Owszem, jednak musimy zrozumieć, że mimo oczywistych różnic między ludźmi a zwierzętami, jesteśmy, tak jak one, wyposażeni w dość prymitywne mechanizmy. Uaktywniają się one w szczególnie trudnych sytuacjach. Jednak, w odróżnieniu od zwierząt, możemy te mechanizmy kontrolować i schemat my/oni rozbroić.

Kontrolowana ksenofobia?
Z jednej strony można powiedzieć, że ksenofobia jest „ustawieniem domyślnym” człowieka. Z drugiej strony – można to ustawienie ominąć przez rozszerzenie grupy „my”, czyli włączenie „obcych” do „naszych”. To jest możliwe pod warunkiem, że powstrzymamy instynktowną niechęć i spróbujemy w to miejsce włączyć ciekawość.

Czyli atmosfera w Polsce nie jest niepokojąca?
Wręcz przeciwnie. Jest bardzo niepokojąca. Mam, podobnie jak wielu z nas, nikłą przyjemność obserwacji „hejtów” na Facebooku. Ich intensywność, skala i zasięg stale rośnie. Na początku, memy o uchodźcach umieszczały pojedyncze osoby. Z czasem dołączyły kolejne i kolejne… To wszystko wymknęło się spod kontroli, a odpowiedzialność za wpisy rozmyła się w tłumie.

A od słowa do czynu…
…jest bardzo krótka droga. Przykładów nie trzeba szukać daleko – Jugosławia, II Wojna Światowa, pogromy Żydów… Europa jest pełna takich dramatycznych historii.

Na szczęście Polska ma długą tradycję wielokulturowości.
To prawda. Ale ludzie, którzy jej doświadczyli, w większości odeszli. Ja nigdy nie widziałem „prawdziwego Żyda”. Wiem, że tu byli, ale, gdybym dziś spotkał jednego z nich na ulicy, zareagowałbym prawdopodobnie jak na „obcego”.

A czy inne grupy też tak reagują? Paradoksalnie, to nie Polska, a Niemcy są najlepszym „przyjacielem” uchodźców.
Bo wyciągnęli wnioski z historii i poszerzyli grupę „my”. Poznali i oswoili „obcego”, więc nie muszą się go obawiać. Co nie oznacza, że nie mają problemów z integracją. Więcej jednak w ich modelu korzyści niż strat.

Możemy się inspirować.
Nie ma nic bardziej rozwijającego jak spotkanie „obcego”. Ci ludzie rzeczywiście są inni, ale są też podobni do nas – mają tą samą emocjonalność, potrzeby, obawy. Z drugiej strony reprezentują inną kulturę. Generalnie wiec spotkanie „obcego” jest rozwijające. Oczywiście jest to trudne. Konfrontacja z inną kulturą zawsze jest problematyczna. Ale tylko, jeśli mówimy o tym w kategoriach „konfrontacji”. Bo jeśli zostaniemy przy takiej optyce, że spotkanie innego to sytuacja zagrożenia, to wtedy z tego nie skorzystamy. Dlatego rozsądniej jest sprawdzić, jak z takiego spotkania skorzystać.

Cała ta fala nienawiści, hejtu i te niby merytoryczne dyskusje są bardzo prymitywną reakcją. U jej podstaw leży pierwotny, stadny strach, który nie dopuszcza myślenia. I wystarczy wyciągnąć podręcznik psychologii poznawczej i społecznej, by wskazać na wiele błędów poznawczych, które wtedy popełniamy. To bardzo niebezpieczna sytuacja, bo naturalną konsekwencją strachu jest agresja. Niestety, wszyscy mamy pierwotny potencjał do jej uruchamiania.

 

Jak w słynnym eksperymencie Zimbardo.
Dokładnie. Zimbardo pokazał, że wystarczy stworzyć warunki by każdy, nawet najbardziej moralny człowiek, zamienił się w potwora. I to właśnie obserwujemy na facebooku. Niestety, internet, jeśli chodzi o podgrzewanie atmosfery, jest „doskonałym” i przerażającym narzędziem – daje pozory anonimowości, a informacja rozprzestrzenia się błyskawicznie.

Czy jest na to jakiś sposób?
Dobrze by było, by każdy zastanowił się, z jakiego powodu w tym uczestniczy. Po co udostępniasz kolejną informację o tym, że muzułmanie są straszni, źle traktują kobiety i ucinają głowy? Nie dyskutuję z tym, czy ucinali, czy nie. Ale jak masz kliknąć i udostępnić, zastanów się, po co to robisz i jakie będą tego skutki. Wielu ludzi robi to automatycznie i nie zastanawia się, czemu to służy. Każda dokładana cegiełka to podgrzewanie beczki z prochem, która w końcu wybuchnie. Jeśli więc bierzesz udział w mowie nienawiści, powinieneś też wziąć odpowiedzialność za to, co z tego wyniknie.

Czyli nic dobrego…
Jeśli zostawimy to tak jak jest, może dojść do tragedii. W wojennej Polsce ludzie naprawdę zabijali swoich sąsiadów – ci sami ludzie, którzy na co dzień chodzili w krawatach i byli szanownymi obywatelami. Tak samo było w Jugosławii, gdy mordowano muzułmanów.

Tych muzułmanów, których w zasadzie w Polsce nie ma.
Tym łatwiej jest nam na ich temat fantazjować. Dlatego, w tych wszystkich mitach, które śledzę, brakuje mi odpowiedzialności dziennikarzy. Jeśli chcielibyśmy przeanalizować to, co się o uchodźcach ukazuje, musielibyśmy się bardzo postarać, by dotrzeć do prawdziwych informacji. A gdy ludzie czują strach, to, bardziej niż zwykle, potrzebują jasności i prostych odpowiedzi. Nie ma miejsca na względność. Ten lęk i strach napędzane są przez niewiedzę. Bo gdy czegoś nie wiemy, to sobie wyobrażamy. I z całą pewnością, na wszelki wypadek – bo są to oni, a nie my – będziemy wyobrażać sobie wszystko, co najgorsze. Jedyny sposób by tego uniknąć, to przedstawić rzeczywisty wizerunek tych ludzi. Ja nie mam pojęcia, jacy są uchodźcy. Jedyne, co widzę, to tłumy młodych mężczyzn w internecie.

W dodatku wściekłych.
Z mojej terapeutycznej perspektywy, trudno spodziewać się, że będą oni mili, przyjaźni i spokojni. To ludzie, którzy otarli się o śmierć, stracili bliskich i wszystko, co mieli. Oni naprawdę są w dużym stresie.

Większym niż Polacy?
Tak. Dlatego, że stres jest generalnie reakcją ratowania życia. I oni naprawdę ratują życie. Nie można więc spodziewać się, że osoby w takiej sytuacji będą miłe, sympatyczne i że będą reagowały racjonalnie. My, dla odmiany, jesteśmy w stanie wyobrażonego zagrożenia. Dlatego to oni potrzebują realnej pomocy, a nie my. A wykorzystywanie tego, że wybuchają, zachowują się nieracjonalnie i gwałtownie, krzyczą, płaczą i rzucają rożnymi rzeczami jest zwyczajnie nieludzkie.

A co jest bardziej ludzkie?
Myślenie i współczucie. To są takie dwie cechy, które mamy rozwinięte bardziej od zwierząt. Prócz tego, podobnie jak zwierzęta, jesteśmy wyposażeni w proste, automatyczne mechanizmy, które ujawniają się w ekstremalnych sytuacjach. Czasami to jest dobre. Ale w tej sytuacji lepiej jest włączyć myślenie i empatię.

Ale jak tu empatyzować z rozwścieczonym tłumem uchodźców? Czy nie powinni być bardziej wdzięczni i pokorni?
Jeśli ktoś ma wyobrażenie na temat tego, jak powinni zachowywać się, wyglądać i ubierać uchodźcy, a potem obraża się, że rzeczywistość jest inna, to świadczy to tylko o jego niedojrzałości.

Czyli jesteśmy niedojrzali.
Jeśli uznamy, że człowiek jest istotą czującą – doświadcza potrzeb, impulsów, emocji – i jednocześnie myślącą, to dojrzałość emocjonalna polega między innymi na tym, że jesteśmy w stanie zatrzymać impulsy i poddać je refleksji. Co nie oznacza rezygnacji z jakiejkolwiek z tych części. Nie musimy wypierać emocji i ich tłumić. Ale po to, między innymi, mamy racjonalność by kontrolować emocjonalność.

A jeśli nie nauczyliśmy się jej kontrolować?
To jesteśmy w poważnych tarapatach. Wszyscy. Nasz świat właśnie dlatego jest całkiem „miłym” miejscem do życia, że człowiek nauczył się kontrolować swoją emocjonalność. Bo gdy jej nie kontrolujemy, do głosu dochodzą te wszystkie prymitywne mechanizmy, które naszym przodkom służyły do przetrwania. Dlatego utrzymanie, tej niezwykle delikatnej równowagi, jest tak ważne.

Ale to właśnie pojawienie się „obcych” sprawia, że jest ona zachwiana.
Jedynie wtedy, gdy do sfery emocjonalnej dopuścimy strach, który napędza inne trudne emocje – złość, pogardę, wrogość, aż do nienawiści. I kiedy nie jesteśmy w stanie już tego wszystkiego pomieścić, projektujemy to na innych. W ten sposób przypisujemy „obcym” nasze własne, bardzo negatywne uczucia. 
I nagle jesteśmy przekonani, że to „oni” są wrodzy, niechętni i nienawistni, a nie my.

To bardzo wygodne.
Ale tylko pozornie. Bo uchodźcy przyjdą i pójdą, a my z naszą nienawiścią zostaniemy.

[źródło: http://mediumpubliczne.pl/2015/09/widziales-arabska-dzicz/ ] -> w linku pełny wywiad wraz ze zdjęciami.

sobota, 5 września 2015

Uchodźcy a sprawa polsko-katolicko-patriotyczna - czyli albo to ja zgłupiałam, albo oni mają coś z głową...

      Temat uchodźców z Syrii i generalnie z terenów Bliskiego Wschodu i Afryki (o Ukrainie na razie ścichło) od kilku tygodni jest tematem goszczącym na czołowych miejscach we wszystkich serwisach informacyjnych, gorąco dyskutowanym przez wszystkich - od prawa do lewa...

      Dramat ludzi uciekających przed wojną jest czymś, o czym trudno pisać jeśli się tego nie przeżyło bądź nie widziało na własne oczy. Nie ulega wątpliwości, że pomoc tym ludziom jak najbardziej się należy, prawo do życia i bezpieczeństwa to podstawowe prawa człowieka, zatem społeczność międzynarodowa dokłada starań, by zapewnić cywilnym ofiarom wszelkich konfliktów zbrojnych (czy to na tle religijnym czy ekonomicznym) bezpieczne schronienie i zabezpieczyć podstawowe potrzeby życiowe. Organizacje humanitarne uwijają się jak w ukropie, by jak najlepiej wypełnić swoje zadania, by zapewnić tym ludziom żywność, opiekę medyczną, choćby prowizoryczny i w miarę bezpieczny dach nad głową.
Jednak wędrówka ludów się rozpoczęła i nie da się jej zatrzymać, bo trudno zatrzymać falę...
Uciekają - łodziami, w ciężarówkach, pod maskami samochodów, pociągami, nawet pieszo. Wędrują do Europy w poszukiwaniu lepszego życia i normalności...

       Pytaniem nie jest czy należy tym ludziom pomóc, czy należy ich jako podróżnych "w dom przyjąć", pytaniem zasadniczym jest nie "czy", ale "jak", jak to zrobić mądrze, by nie narazić na szwank stabilności i bezpieczeństwa własnego kraju i jego obywateli, bo to winno być najważniejsze dla każdej głowy państwa. 
Ale nad tym niech się głowią wielcy tego świata, może coś im się uda wymyślić...
        Bardziej "interesująca" dla mnie jest inna sprawa...
No bo z jednej strony wielu polityków, przedstawicieli organizacji charytatywnych (co zrozumiałe), duchowi "przywódcy" nawołują do solidarności z uchodźcami i do niesienia im pomocy, przyjmowania ich z otwartymi ramionami, bo toć to przecież nasi bracia i siostry, którym się życie zawaliło i trzeba, niczym ten samarytanin miłosierny przygarnąć ich, zapewnić wikt i opierunek w imię ludzkiej solidarności i miłosierdzia (nie tylko chrześcijańskiego).
Jak to się więc dzieje, że tylu pobożnych polaków-katolików, a na domiar wszystkiego jeszcze "patriotów", krzyczy, że nigdy w życiu, że "won brudasy", że wysłać ich do Czarnobyla, że "Polska dla Polaków" i inne takie w podobie?
Jak to jest, że ci sami ludzie, którzy mówią o sobie, że są chrześcijanami, katolikami, którzy kupują sobie koszulki w hasłami "Bóg-Honor-Ojczyzna", którzy krzyża nie zdejmą i bronić go będą "do krwi ostatniej kropli z żył", którzy powtarzają historię o tym jak to ich Bóg wraz ze swoją ziemską matką i przybranym ojcem uciekał do Egiptu (Żyd uciekający do Egiptu to naprawdę jest wyczyn - po tym co Żydzi "zawdzięczali" Egipcjanom), bo groziła mu śmierć z rąk złego króla, który to król złoczyńca dzieci niewinne kazał wymordować, którym ich święta księga nakazuje kochać bliźniego jak siebie samego. Ci sami polacy-katolicy krzyczą "won brudasy" i ogólnie w słowach powszechnie uznawanych za obelżywe wypowiadają się o ludziach uciekających, jak niegdyś ich Bóg przed śmiercią - okrutną i bezsensowną. 

A jak to jest, że wielu z tych od "won brudasy" i "Polska dla Polaków", głośno wyrażało swoje niezadowolenie i krzyczało o jawnej niesprawiedliwości i podłości tych bogatych Angoli, kiedy premier Wielkiej Brytanii mówił o zmianie przepisów dotyczących imigrantów, które sprowadzały się do tego, że albo masz pracę i uczciwie pracujesz, albo spadaj skąd przyjechałeś, bo my cię darmo żywić nie będziemy.
Och, jaki podniósł się lament wśród polskiego społeczeństwa, że nas dyskryminują, że łamią nasze prawo do tego by jechać i żyć gdzie chcemy, bo w końcu Unia Europejska, otwarte granice itd. itp. Trudno się dziwić, Polacy stanowią najliczniejszą grupę imigrantów zamieszkujących terytorium Wielkiej Brytanii...
Krzyczeli tak głośno i tak strasznie owe plany brytyjskiego premiera ich dotknęły i skrzywdziły, a przecież nie uciekali przed wojną, głodem, prześladowaniami.
Wyjechali dla pieniędzy... po prostu... 
Wyjechali po to, by mieć więcej hajsu, a nie dlatego, że ich życie było zagrożone...

      Jedyne skojarzenie jakie się nasuwa to żelazna logika Kalego: jak Kali ukraść komuś krowę to jest dobrze, ale źle jest jak ktoś Kalemu ukraść krowę...

Od lat już noszę żałobę po Świętej Matce Logice i już coraz mniej wierzę w jej zmartwychwstanie...

     Sprawa uchodźców wcale nie jest taka prosta, nie da się powiedzieć "tak" lub "nie". 
Nie ma bieli i czerni, jest mnóstwo odcieni szarości i potrzeba wielkiej rozwagi by wybrać ten najodpowiedniejszy, bo w takich sytuacjach nie ma wyboru między dobrem a złem, ale między złem mniejszym bądź większym... Jak w antycznej tragedii...

Pomóżmy odbudować szkołę w Nepalu. Wpólna akcja Polskiej Akcji Humanitarnej i Wirtualnej Polski. #logujemysiedlanepalu

   
       Po trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło Nepal 25 kwietnia 2015 roku rząd tego kraju ogłosił stan wyjątkowy i zaapelował do społeczności międzynarodowej o pomoc humanitarną, bowiem zniszczenia i straty spowodowane kataklizmem są naprawdę ogromne... zginęło 7 675 osób, a ponad 16 400 osób zostało rannych. Skutkami trzęsienia ziemi dotkniętych jest w sumie ponad 8,1 miliona osób. Zniszczonych zostało niemal 490 tysięcy domów, a 530 tys. jest poważnie uszkodzonych. 
   Na pomoc pospieszyła między innymi Polska Akcja Humanitarna. Włożono wiele wysiłku i dołożono wszelkich starań by w pierwszej kolejności zapewnić poszkodowanym ludziom schronienie oraz zabezpieczyć ich podstawowe życiowe potrzeby.
     Kolejnym zadaniem jest odbudowa infrastruktury oraz zapewnienie nepalskim dzieciom możliwości powrotu do szkoły, bo mogły się normalnie uczyć i rozwijać swoje talenty.
W tym celu Polska Akcja Humanitarna wraz z portalem Wirtualna Polska zainicjowały projekt „Wirtualna Polska Akcja Humanitarna #logujemysiedlanepalu”.
W ramach tej akcji każde logowanie się do Poczty WP oznacza wsparcie w odbudowie szkoły. Ponadto użytkownicy po zalogowaniu się mogą wesprzeć projekt, dokonując dowolnej wpłaty za pośrednictwem formularza Polskiej Akcji Humanitarnej. Grupa Wirtualna Polska i PAH będą na bieżąco informować o postępach projektu.  

#SOSNepal
#logujemysiedlanepalu

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Czasem wielkich rzeczy dokonują ludzie, po których nikt się tego nie spodziewa..." - Karla zaprasza na film.

    Cytat w tytule pochodzi z filmu "Gra tajemnic", ale o nim będzie innym razem.
    Tym czasem kilka innych, moim zdaniem świetnych, filmów z udziałem Benedicta Cumberbatcha.
Nie ma co się rozpisywać, niech przemówią obrazy!



  Na dobry początek "INSEPARABLE" - dramat krótkometrażowy z 2007 roku w reżyserii Nicka White'a. 


Jest to opowieść o dwóch braciach bliźniakach. Joe i Charlie na co dzień żyją w dwóch całkowicie odmiennych światach. Pierwszy ma poukładane życie, dobrą pracę, rodzinę; drugi spędza czas na piciu, a pieniądze trwoni na wyścigach.
Gdy pewnego dnia Joe dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory składa bratu bardzo nietypową propozycję i obaj stają przed niezwykle trudnym wyborem...


Film  trwa raptem 11 minut, ale kiedy do pracy zabiera się profesjonalista nie potrzeba wiele by poruszyć widza do łez, przez cały film nie mówiąc w zasadzie ani słowa.

Cumberbatch świetnie ukazuje emocje, do tego stopnia, że są one niemal namacalne.
Zresztą zobaczcie i oceńcie sami:


    Jeszcze jedna krótka forma. Film w reżyserii Patricka Victora Monroe z 2013 r., którego Benedict Cumberbatch jest współproducentem.


 "LITTLE FAVOUR" opowiada historię byłego żołnierza - Wallace'a (Benedict Cumberbatch), który zmagając się z zespołem stresu pourazowego próbuje za wszelką cenę otrząsnąć się z traumatycznych wojennych wspomnień i rozpocząć nowe życie z dala od wojska.

Pewnego dnia pojawia się James (Colin Salmon)- były towarzysz broni i człowiek, który ocalił Wallace'owi życie, a teraz prosi towarzysza o przysługę, chce by przyjaciel przez kilka dni zaopiekował się jego córką - Lylą (w tej roli córka reżysera Paris Winter Monroe).
Wallace z początku nie chce się na to zgodzić, jednak ostatecznie daje za wygraną, nie umie bowiem odmówić komuś, kto ocalił mu życie. Bardzo szybko przekonuje się jednak, że to wcale nie będzie "drobna przysługa" jak mogło się początkowo wydawać.

  Film trwa niemal dwa razy dłużej niż "Inseparable", więcej w nim również dialogów, ale przy tak znakomitej grze aktorskiej śmiało można obyć się bez nich.

Obraz jest projektem grupy przyjaciół, ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na kilka miesięcy pracy nad pełnometrażowym filmem, ale zawsze znajdą kilka dni na zrobienie krótkiego metrażu.

Obecność nastoletniej aktorki wprowadza do filmu wątek dotyczący dzieci zmuszanych do stosowania przemocy.
Benedict Cumberbatch podczas Festiwalu Off Plus Camera w Krakowie tak mówił o tym zagadnieniu : "Myślimy o dziecięcych żołnierzach jako o czymś odległym. To straszny skutek uboczny nędzy i wojny w krajach dalekich od cywilizacji zachodniej. Przemoc może dotyczyć także naszego kręgu kulturowego i wcale nie jest taka odległa".

 

Oba filmy, zarówno "Inseparable" jak i "Little Favour" stanowią niepodważalny dowód na to, że dysponując dobrymi aktorami można zrobić naprawdę świetny, głęboki, poruszający film, dotykający kwestii fundamentalnych, przepełniony emocjami, które są niemal namacalne, a który trwa ledwie kilka czy kilkanaście minut.

      Były krótkie formy filmowe, czas na coś dłuższego, tym razem serial telewizyjny, ostatni, w którym Benedict Cumberbatch zagrał przed "Sherlockiem".

 "THE LAST ENEMY" to miniserial (5 odcinków) z 2008 roku, którego reżyserem jest Iain B. MacDonald.
Jest to thriller polityczny, ukazujący jaki będzie w niedalekiej przyszłości wpływ technologii nadzoru na społeczeństwo Wielkiej Brytanii (i nie tylko) oraz na relacje międzyludzkie.
Serial, którego akcja rozgrywa się po krwawych zamachach w Londynie opowiada historię cierpiącego na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne matematyka - Stephena Ezarda (Benedict Cumberbatch), który dopiero co wrócił z Chin, wprost na pogrzeb swojego brata - Michaela (Max Beesley), który pracował dla organizacji charytatywnej w obozie dla uchodźców w Afganistanie i zginął w wybuchu miny-pułapki.
Stephen, który wraz z wdową po Michaelu - Yasim (Anamaria Marinca) próbuje rozwiązać zagadkę śmierci brata zostaje wplątany w globalny spisek, staje się marionetką w rękach rządzących, całkowicie nieświadomą tego, w co się wpakował.
W miarę rozwoju wydarzeń napięcia narasta, a my wraz z głównymi bohaterami odkrywamy mroczną prawdę o projekcie, który w założeniu miał chronić bezpieczeństwo obywateli, w praktyce jednak był bezwzględnym narzędziem kontroli, pozwalającym wyśledzić każdego, wszędzie i o każdej porze.


Oglądając ten serial odniosłam wrażenie jakbym czytała jednocześnie "Nowy wspaniały świat" Huxleya i "Rok 1984" Orwella. Wizja świata (wcale przecież nie tak odległa), w którym rząd posiada dane biometryczne wszystkich obywateli i na podstawie tych danych jest w stanie dowiedzieć się wszystkiego o każdej pojedynczej osobie, a przy okazji jest w stanie ją kontrolować budzi niepokój. Szczególnie, jeśli za podobny projekt zabierze się jakiś szaleniec, a takich przecież we współczesnym świecie nie brakuje...

Wątek romansu Stephena i Yasim no to tak może nie koniecznie przypadł mi do gustu, ale serial jako całość jak najbardziej. Mocno dał do myślenia, zaniepokoił i poruszył. Szczególnie ostatnia scena wbija w ziemię...

I już ostatni na dziś. Był krótki metraż, był serial, teraz pora na film.

 "TRZECIA GWIAZDA" to poruszający komediodramat, będący debiutem reżyserskim Hattie Dalton, zrealizowany w 2010 roku.
Opowiada historię Jamesa (Benedict Cumberbatch), który choruje na raka i jest już w terminalnym stadium choroby.
W dniu swoich 29 urodzin James wraz z trzema przyjaciółmi wyrusza w podroż, by jak sam mówi oderwać się od towarzyszącego mu współczucia, a także by po raz ostatni zobaczyć swoje ukochane miejsce na ziemi - Zatokę Barafundle Bay w Walii.
Cały film jest opowieścią właśnie o podróży - zarówno tej dosłownej, do konkretnego miejsca, ale i o tej jaką jest życie każdego z nas.
Towarzyszymy przyjaciołom w ich drodze - czasem jest zabawnie, czasem nerwowo, czasami dramatycznie lub po prostu smutno. Cała opowieść ma w sobie niebywały ładunek emocjonalny i jest to zasługa nie tylko samej historii, bo ta może się wydawać dość banalna, ale po raz kolejny także świetnej gry aktorów, którzy dali z siebie wszystko co najlepsze.
W zamyśle twórców film miał uzmysłowić odbiorcom, że wszyscy znajdujemy się pod presją czasu, nikt z nas nie wie ile tak naprawdę mu go zostało i kiedy jego podróż się skończy, a najdobitniej dociera to do nas, gdy zderzymy się z chorobą lub śmiercią kogoś bliskiego.
Podróż Jamesa kończy się w Zatoce Barafundle Bay - taki był jego plan, taka była jego w pełni świadoma decyzja. Gdzie kończy się podróż jego przyjaciół tego nie wiemy, w Zatoce zakończył się pewien jej etap, ale ich droga jeszcze się nie skończyła, ich opowieść nadal trwa i tylko od nich zależy jakie napiszą do niej  zakończenie.
Film porusza jeszcze jedną, niezwykle ważną i trudną kwestię, mianowicie czy człowiek w terminalnym stadium choroby ma prawo powiedzieć, że dalej już nie chce żyć, że tyle wystarczy. Którym moment jest tym właściwym (jeśli w ogóle jakiś jest), by powiedzieć "stop. Mój stan będzie się pogarszał z każdym dniem, ból będzie coraz silniejszy, więc dziś mówię dosyć".
A jak w takiej sytuacji mają się zachować bliscy, przyjaciele?
Obejrzyjcie film i spróbujcie poszukać odpowiedzi...

niedziela, 30 sierpnia 2015

"Czy gra sie na scenie, w radiu, czy przed kamerą, wyzwanie polega nie na pokazywaniu bądź robieniu czegoś, tylko na myśleniu".

     W tytule słowa bohatera dzisiejszej notki.
Urodził się 19 lipca 1976 roku w Londynie. Jest synem aktorów Timothy'ego Carltona i Wandy Ventham.
Drodzy moi, oto i On:
BENEDICT TIMOTHY CARLTON CUMBERBATCH - brytyjski aktor teatralny, telewizyjny i filmowy oraz producent, który mimo młodego wieku może poszczycić się bardzo bogatym dorobkiem aktorskim.
Ogromną popularność przyniosła mu tytułowa rola w produkowanym przez telewizję BBC serialu "Sherlock", gdzie tworzy znakomity duet z Martinem Freemanem.
Oprócz znanego detektywa Cumberbatch wcielał się w role tak znanych postaci jak: Stephen Hawking ["Hawking"], Vincent Van Gogh  ["Van Gogh: Painted with Words"],
Julian Assange ["Piąta Władza"], Alan Turing ["Gra tajemnic"], William Pitt ["Głos wolności"].

    Dawno nie pisałam o idolach, ale ponieważ jestem obecnie na bieżąco z filmografią Benedicta Cumberbatcha, stąd pomysł, by napisać parę słów właśnie o Nim, co przy okazji będzie świetnym wstępem do tego, by powiedzieć również o kilku znakomitych filmach z Jego udziałem.

    Zachwycił mnie, zauroczył, oczarował swoją kreacją w "Sherlocku", zatem można powiedzieć, że moja przygoda z Nim rozpoczęła się tak samo jak w przypadku wielu z Jego fanek. Fakt, rozpoczęła się może i tak samo, ale nie skończyła się wyłącznie na zachwytach nad "Sherlockiem.
Nie lubię oceniać artystów wyłącznie przez pryzmat jednego dzieła, nawet najbardziej wybitnego, stąd też moje poszukiwania wszystkiego co było przed i tego, co było po "Sherlocku".
Z każdym kolejnym obejrzanym filmem, serialem, spektaklem (do wymienionych wyżej dopiszcie jeszcze jakieś 10 tytułów) utwierdzałam się w przekonaniu jakie zrodziło się we mnie po obejrzeniu "Sherlocka", że oto mam do czynienia ze wspaniałym aktorem. Aktorem niebywale wszechstronnym, potrafiącym zaadaptować się do każdej roli, który znakomicie wypada zarówno jako odrażające monstrum ("Frankenstein"), ale i arystokrata; jako genialny naukowiec ("Hawking", "Gra tajemnic") i zagubiony młody człowiek ("Sierpień w hrabstwie Osage"), a do tego wszystkiego potrafi być świetnym wilkiem - agentem do zadań specjalnych ("Pingwiny z Madagaskaru") i potężnym smokiem ("Hobbit: Pustkowie Smauga"). Jednym słowem - dla każdego coś dobrego!

    Ogromną przyjemność sprawa mi oglądanie Benedicta Cumberbatcha na ekranie, ale równie wielką przyjemność sprawia słuchanie nagranych przez niego audiobooków i audycji radiowych, a także wywiadów. Z dwóch powodów Mili moi.
Mam takie drobne zboczenie, moi przyjaciele śmieją się ze mnie, że zakochałabym się przez telefon, bo kiedy słyszę kogoś (nie ważne - kobietę czy mężczyznę) o szczególnym głosie, to ciepło mi się robi i normalnie tracę głowę.
Tak, w tym głosie też zakochałam się bez pamięci - ciepły, głęboki, aksamitny baryton... Naprawdę można stracić głowę :) To jeden powód. Drugi dotyczy wywiadów, których słucha się z przyjemnością nie tylko z powodu głosu Aktora, ale przede wszystkim dlatego, że na każde, nawet najbardziej banalne pytanie stara się On odpowiadać dokładnie i rzeczowo, choć dzisiejsze media i wielu odbiorców stawia raczej na błyskotliwe ogólniki.
Z tych wywiadów wyłania się obraz człowieka, który niezwykle poważnie traktuje swój zawód. Może długo i niebywale szczegółowo opowiadać o każdej ze swoich ról, ponieważ do każdej z nich przygotowuje się bardzo skrupulatnie. Doskonale wie, że postać to nie tylko kostium, didaskalia i tekst, którego trzeba nauczyć się na pamięć; to także kontekst historyczny w jakim dana postać jest osadzona, kontekst historyczny w jakim sztuka powstała, cały bagaż emocji zarówno towarzyszących bohaterowi jak i tych, które kierowały autorem podczas pisania. To właśnie ta skrupulatność oraz chęć i zapał do uczenia się coraz to nowych rzeczy (gra na fortepianie, na skrzypcach, jazda konna, nowe dialekty) wpływa na późniejszą znakomitą prezentację postaci na scenie, czy w filmie, a to z kolei przekłada się na znakomite recenzje, nagrody oraz zachwyt fanów.

   Skrupulatność, profesjonalizm, zaangażowanie - to poza świetną grą aktorską urzekło mnie w Cumberbachu, gdy poznałam go już z trochę innej strony niż tylko przez pryzmat ról w jakie się wcielał. Lubię profesjonalistów w swojej dziedzinie :)

Urzekło mnie jeszcze coś - fakt, że mimo sukcesu jaki odniósł i sławy jaką zdobył nadal pozostał skromnym człowiekiem, którego popularność i wszystko co z nią związane często wprawiają w zakłopotanie - "To naprawdę niesamowite, to wielki komplement, naprawdę nie wiem co powiedzieć. To takie miłe. Ja po prostu staram się dobrze wykonywać swoją pracę".
Koledzy po fachu, członkowie ekip filmowych, pracujących z Benedictem Cumberbatchem przy okazji różnych projektów podkreślają, że pomimo swojej niezaprzeczalnej popularności nigdy się nie wywyższał, nigdy nie oczekiwał specjalnego traktowania, ale pracował tak samo ciężko jak reszta zespołu, nierzadko pomagając na przykład w noszeniu sprzętu, jak to miało miejsce choćby podczas prac nad filmem "Trzecia gwiazda".

Nie stał się celebrytą, nie grzeje się w blasku fleszy, sława nie była i nie jest dla Niego celem samym w sobie.
Chciał odnosić sukcesy, to oczywiste, ale nie oznacza to wcale, że chciał być sławny. Zdobycie uznania liczyło się dla Niego o tyle, o ile dotyczyło Jego pracy, a nie Jego samego.
Peszy go to uwielbienie szczególnie ze strony żeńskiej części publiczności, która sama nazwała się "CumberBitches" i której każda z członkiń chętnie urodziłaby Benedictowi dziecko. We wrześniu 2013 r. do grupy @Cumberbitches na Twitterze zapisanych było 60 tysięcy osób! Fakt ten i sama nazwa konta budziły w Aktorze dyskomfort i zażenowanie. Proponował raczej nazwę w stylu Cumberbabes, Cumberwomen, czy Cumbergirls. "Tu nie chodzi nawet o kulturę - mówił - Nie pozwolę, żebyście były moimi zdzirami. Myślę, że to cofa osiągnięcia feminizmu o parę ładnych kroków. Jesteście... Cumberpeople".

Męczy Go także zainteresowanie mediów, które gdzieś mają to, czym się zajmuje, nad czym aktualnie pracuje, czekają tylko na jakiegoś gorącego newsa, który zelektryzuje opinię publiczną.

Poza wszystkim jednak Aktor ma niesamowity dystans do siebie, potrafi żartować ze swojego wyglądu, trudnego i nietypowego nazwiska, czy z wpadek jakie czasem przytrafiają mu się w pracy.

     Można by o Nim jeszcze wiele, ale lepiej będzie jeśli przemówi On sam i Jego aktorskie kreacje.

      Skrupulatność, profesjonalizm i zaangażowanie w przygotowaniu do roli - proszę bardzo.
Nagranie głosu Smauga w "Hobbicie" to nie było tylko siedzenie w studiu, przed mikrofonem i wpatrywanie się w ekran, to była ciężka fizyczna praca podczas sesji motion capture na planie w Nowej Zelandii. Cumberbatch chciał by smok miał nie tylko jego głos, ale chciał mu również oddać swoją mimikę i ruchy.
Tak to właśnie wyglądało:



Efekty mogliście usłyszeć i zobaczyć na ekranie w filmie "Hobbit: Pustkowie Smauga" - kto nie widział, gorąco polecam całą trylogię!

Dystans do siebie, czemu nie :)
"Ask Benedict Cumberbatch to say the word 'penguin'"



O nazwisku:



O sobie samym:


I ta cudowna wrażliwość na muzykę :)
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam to nagranie przypomniało mi się moje zauroczenie fortepianem :)

poniedziałek, 27 lipca 2015

"Kiedy góral umiera..." Himalajskie sukcesy w cieniu tragedii...

    Ostatnie półtora tygodnia obfitowało w himalajskie wydarzenia.

    W piątek, 17 lipca himalaistka Kinga Baranowska stanęła na szczycie swojego dziewiątego ośmiotysięcznika - Gasherbrum II robiąc tym samym kolejny krok do zdobycia Korony Himalajów.
     We wtorek, 21 lipca polscy himalaiści - Andrzej Bargiel i Dariusz Załuski przebywający w Himalajach w ramach projektu Broad Peak Ski Challange 2015 brali udział w akcji ratunkowej po tym, jak na Broad Peaku zeszła lawina. Jedna osoba zaginęła, kilka innych poważnie ucierpiało, Polakom na szczęście nic się nie stało.
      Krótko po tym, w sobotę 25 lipca Andrzej Bargiel jako pierwszy na świecie zjechał na nartach ze szczytu ośmiotysięcznika Broad Peak.
Do podobnego wyczynu, tym razem z ośmiotysięcznika Gasherbrum II przygotowywał się inny polski alpinista - Olek Ostrowski. W sobotę, 25 lipca dotarła wiadomość o jego zaginięciu.
Polski himalaista zaginął między obozem pierwszym a drugim. Olek Ostrowski razem z innym himalaistą Piotrem Śnigórskim zjeżdżali w stronę bazy na nartach. W pewnej chwili Ostrowski, jadący za kolegą, zniknął. Najprawdopodobniej wpadł do szczeliny.
W akcji poszukiwawczej koordynowanej przez Kingę Baranowską brali udział pakistańscy szerpowie oraz Andrzej Bargiel i Darek Załuski.
Dziś popołudniu Jerzy Naktański - dyrektor Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki poinformował, że ze względu na niezwykle trudne warunki pogodowe i terenowe akcja poszukiwawcza została zakończona i nie będzie już kontynuowana.

    Trudno o tym mówić... Śledziłam poczynania Kingi Baranowskiej i Andrzeja Bargiela, bardzo ucieszyły mnie ich sukcesy, ale kiedy w górach ginie człowiek to żaden sukces się nie liczy...

Doskonale pamiętam śmierć polskich himalaistów podczas zimowego wejścia na Broad Peak, jeszcze lepiej pamiętam śmierć Piotrka Morawskiego. To cholernie smutne kiedy w górach, szczególnie tak pięknych jak Himalaje, giną ludzie, którzy góry tak bardzo kochali, dla których góry były ważną częścią życia, a nieraz i sensem życia.

"W góry idziemy po życie, bo tam jest nasze życie" - tak powiedział Łukaszowi Wajsowi* jeden z polskich alpinistów. To dlatego śmierć tak bardzo boli... każda śmierć, ale ta w górach w szczególności...


* Łukasz Wajs (1973-1998) - taternik, absolwent Wyższej Szkoły Komunikacji i Mediów Społecznych w Warszawie. Zginął w Tatrach podczas zejścia z Mięguszowieckiego Szczytu. Zapis rozmów Łukasza z ludźmi gór pod wspólnym tytułem "W góry idziemy po życie" można przeczytać TUTAJ




czwartek, 16 lipca 2015

Nepalczycy nadal potrzebują pomocy!

     Choć od trzęsienia ziemi w Nepalu minęło już kilka miesięcy i temat w mediach już dawno został zapomniany na rzecz kolejnych afer i politycznych przepychanek, Nepalczycy nadal potrzebują pomocy, wszelkiej pomocy...
W całej Polsce ludzie dobrej woli organizują specjalne akcje, aukcje, koncerty, podczas których zbierane są pieniądze dla zniszczonego Nepalu.

Polska Akcja Humanitarna prowadzi akcję #SOSNepal.
Każdy może pomóc wysyłając SMS o treści NEPAL pod numer 73 646 (Koszt wysłania SMSa to 3,69 zł. Wszyscy operatorzy sieci komórkowych zrzekli się prowizji!)

Można również pomóc odwiedzając internetowy sklepik Polskiej Akcji Humanitarnej (http://skleppah.pl) lub drogerie Rossmann, gdzie w cenie 25 złotych można kupić takie oto koszulki:


Więcej o tym jak pomóc znajdziecie na stronie Polskiej Akcji Humanitarnej
Pamiętajcie, liczy się każdy gest, każda złotówka!



niedziela, 5 lipca 2015

Gdy Miłosierdize i Sprawiedliwość przegrywają w starciu z biutokracją i mamoną...

    W dniu wczorajszym Gazeta Wyborcza podała informację o tym, że Ks. Wojciech Lemański zrezygnował z dochodzenia swoich praw przed Trybunałem Stolicy Apostolskiej...
(fot. JACEK HEROK / Newspix.pl)
W prywatnym liście do osób które w ostatnim czasie oferowały mu pomoc finansową, Ks. Lemański napisał: "Postanowiłem zrezygnować(...) Wobec takiego dyktatu nie będę dalej ubiegać się o zbadanie przez Kościół biskupich dekretów, którymi usunięto mnie z parafii w Jasienicy i nałożono na mnie karę suspensy."

Chodzi o to, że trybunał watykański nie przychylił się do prośby Ks. Wojciecha o zwolnienie z opłat sądowych, tym samym odbierając Mu możliwość dochodzenia swoich praw...

 "Wymagane ode mnie wpłaty - pisze ks. Lemański - sięgają niewyobrażalnych kwot (...). Nie będę zbierał pieniędzy na ten cel. Nie popełniłem żadnej zbrodni i żadne przestępstwo przypisywane mi przez mojego biskupa nie obciąża mojego sumienia. Na szczęście kara suspensy to nie kara śmierci. Można po niej żyć. Nadal jestem i pozostanę księdzem Kościoła rzymsko-katolickiego".


środa, 1 lipca 2015

PEDIATRA PILNIE POSZUKIWANY !! !! !!

  O łódzkiej Fundacji GAJUSZ już Wam kiedyś pisałam.
Teraz GAJUSZ poszukuje lekarza pediatry, na pełny etat do pracy w hospicjum dla dzieci.

Jeśli znacie jakiegoś lekarza z sercem zadzwońcie do niego, przekażcie kontakt do GAJUSZA.
Można pisać maile - biuro@gajusz.org.pl
Można dzwonić - 722 003 003.

 Podawajcie dalej!

piątek, 1 maja 2015

Dobre wieści o Eli Bargiel!




Grzegorz Bargiel napisał na FB:

"Siostra Ela odnaleziona.
Dziekujemy za pomoc.

Poszukiwania naszej siostry ELŻBIETY BARGIEL, z którą straciliśmy kontakt tuż przed trzęsieniem ziemi w Nepalu, a które rozpoczęliśmy w poniedziałek (27 kwietnia 2015) po otrzymaniu wiadomości o tym, że siostra udała się z Indii ( gdzie przebywała od grudnia 2014) do Nepalu, zakończyły się sukcesem w dniu dzisiejszym ( 1 maja 2015). Zdajemy sobie sprawę że znalezienie jednej osoby w obliczu strasznej tragedii wielu tysięcy Nepalczyków którzy stracili bliskich i swoje domy może wydawać się nieistotne. Jednak dla naszej rodziny było sprawą najwyższej wagi. W imieniu swoim, Elżbiety i całej rodziny z całego serca dziękujemy wszystkim osobom z całego świata, które bezinteresownie zaangażowały się w pomoc w tej trudnej dla nas sytuacji. Dziękujemy Honorowemu Konsulowi Generalnemu w Kathmandu, grupie polskich ratowników w Kathmandu, Ambasadzie Polskiej w New Delhi i innym instytucjom które wsparły nasze poszukiwania."


I to moi drodzy jest bardzo dobra wiadomość :)
Mimo ogromu tragedii jaka wydarzyła się w Nepalu, mimo cierpienia milionów ludzi, ta informacja jest kroplą nadziei w całym tym oceanie rozpaczy...