poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Czasem wielkich rzeczy dokonują ludzie, po których nikt się tego nie spodziewa..." - Karla zaprasza na film.

    Cytat w tytule pochodzi z filmu "Gra tajemnic", ale o nim będzie innym razem.
    Tym czasem kilka innych, moim zdaniem świetnych, filmów z udziałem Benedicta Cumberbatcha.
Nie ma co się rozpisywać, niech przemówią obrazy!



  Na dobry początek "INSEPARABLE" - dramat krótkometrażowy z 2007 roku w reżyserii Nicka White'a. 


Jest to opowieść o dwóch braciach bliźniakach. Joe i Charlie na co dzień żyją w dwóch całkowicie odmiennych światach. Pierwszy ma poukładane życie, dobrą pracę, rodzinę; drugi spędza czas na piciu, a pieniądze trwoni na wyścigach.
Gdy pewnego dnia Joe dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory składa bratu bardzo nietypową propozycję i obaj stają przed niezwykle trudnym wyborem...


Film  trwa raptem 11 minut, ale kiedy do pracy zabiera się profesjonalista nie potrzeba wiele by poruszyć widza do łez, przez cały film nie mówiąc w zasadzie ani słowa.

Cumberbatch świetnie ukazuje emocje, do tego stopnia, że są one niemal namacalne.
Zresztą zobaczcie i oceńcie sami:


    Jeszcze jedna krótka forma. Film w reżyserii Patricka Victora Monroe z 2013 r., którego Benedict Cumberbatch jest współproducentem.


 "LITTLE FAVOUR" opowiada historię byłego żołnierza - Wallace'a (Benedict Cumberbatch), który zmagając się z zespołem stresu pourazowego próbuje za wszelką cenę otrząsnąć się z traumatycznych wojennych wspomnień i rozpocząć nowe życie z dala od wojska.

Pewnego dnia pojawia się James (Colin Salmon)- były towarzysz broni i człowiek, który ocalił Wallace'owi życie, a teraz prosi towarzysza o przysługę, chce by przyjaciel przez kilka dni zaopiekował się jego córką - Lylą (w tej roli córka reżysera Paris Winter Monroe).
Wallace z początku nie chce się na to zgodzić, jednak ostatecznie daje za wygraną, nie umie bowiem odmówić komuś, kto ocalił mu życie. Bardzo szybko przekonuje się jednak, że to wcale nie będzie "drobna przysługa" jak mogło się początkowo wydawać.

  Film trwa niemal dwa razy dłużej niż "Inseparable", więcej w nim również dialogów, ale przy tak znakomitej grze aktorskiej śmiało można obyć się bez nich.

Obraz jest projektem grupy przyjaciół, ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na kilka miesięcy pracy nad pełnometrażowym filmem, ale zawsze znajdą kilka dni na zrobienie krótkiego metrażu.

Obecność nastoletniej aktorki wprowadza do filmu wątek dotyczący dzieci zmuszanych do stosowania przemocy.
Benedict Cumberbatch podczas Festiwalu Off Plus Camera w Krakowie tak mówił o tym zagadnieniu : "Myślimy o dziecięcych żołnierzach jako o czymś odległym. To straszny skutek uboczny nędzy i wojny w krajach dalekich od cywilizacji zachodniej. Przemoc może dotyczyć także naszego kręgu kulturowego i wcale nie jest taka odległa".

 

Oba filmy, zarówno "Inseparable" jak i "Little Favour" stanowią niepodważalny dowód na to, że dysponując dobrymi aktorami można zrobić naprawdę świetny, głęboki, poruszający film, dotykający kwestii fundamentalnych, przepełniony emocjami, które są niemal namacalne, a który trwa ledwie kilka czy kilkanaście minut.

      Były krótkie formy filmowe, czas na coś dłuższego, tym razem serial telewizyjny, ostatni, w którym Benedict Cumberbatch zagrał przed "Sherlockiem".

 "THE LAST ENEMY" to miniserial (5 odcinków) z 2008 roku, którego reżyserem jest Iain B. MacDonald.
Jest to thriller polityczny, ukazujący jaki będzie w niedalekiej przyszłości wpływ technologii nadzoru na społeczeństwo Wielkiej Brytanii (i nie tylko) oraz na relacje międzyludzkie.
Serial, którego akcja rozgrywa się po krwawych zamachach w Londynie opowiada historię cierpiącego na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne matematyka - Stephena Ezarda (Benedict Cumberbatch), który dopiero co wrócił z Chin, wprost na pogrzeb swojego brata - Michaela (Max Beesley), który pracował dla organizacji charytatywnej w obozie dla uchodźców w Afganistanie i zginął w wybuchu miny-pułapki.
Stephen, który wraz z wdową po Michaelu - Yasim (Anamaria Marinca) próbuje rozwiązać zagadkę śmierci brata zostaje wplątany w globalny spisek, staje się marionetką w rękach rządzących, całkowicie nieświadomą tego, w co się wpakował.
W miarę rozwoju wydarzeń napięcia narasta, a my wraz z głównymi bohaterami odkrywamy mroczną prawdę o projekcie, który w założeniu miał chronić bezpieczeństwo obywateli, w praktyce jednak był bezwzględnym narzędziem kontroli, pozwalającym wyśledzić każdego, wszędzie i o każdej porze.


Oglądając ten serial odniosłam wrażenie jakbym czytała jednocześnie "Nowy wspaniały świat" Huxleya i "Rok 1984" Orwella. Wizja świata (wcale przecież nie tak odległa), w którym rząd posiada dane biometryczne wszystkich obywateli i na podstawie tych danych jest w stanie dowiedzieć się wszystkiego o każdej pojedynczej osobie, a przy okazji jest w stanie ją kontrolować budzi niepokój. Szczególnie, jeśli za podobny projekt zabierze się jakiś szaleniec, a takich przecież we współczesnym świecie nie brakuje...

Wątek romansu Stephena i Yasim no to tak może nie koniecznie przypadł mi do gustu, ale serial jako całość jak najbardziej. Mocno dał do myślenia, zaniepokoił i poruszył. Szczególnie ostatnia scena wbija w ziemię...

I już ostatni na dziś. Był krótki metraż, był serial, teraz pora na film.

 "TRZECIA GWIAZDA" to poruszający komediodramat, będący debiutem reżyserskim Hattie Dalton, zrealizowany w 2010 roku.
Opowiada historię Jamesa (Benedict Cumberbatch), który choruje na raka i jest już w terminalnym stadium choroby.
W dniu swoich 29 urodzin James wraz z trzema przyjaciółmi wyrusza w podroż, by jak sam mówi oderwać się od towarzyszącego mu współczucia, a także by po raz ostatni zobaczyć swoje ukochane miejsce na ziemi - Zatokę Barafundle Bay w Walii.
Cały film jest opowieścią właśnie o podróży - zarówno tej dosłownej, do konkretnego miejsca, ale i o tej jaką jest życie każdego z nas.
Towarzyszymy przyjaciołom w ich drodze - czasem jest zabawnie, czasem nerwowo, czasami dramatycznie lub po prostu smutno. Cała opowieść ma w sobie niebywały ładunek emocjonalny i jest to zasługa nie tylko samej historii, bo ta może się wydawać dość banalna, ale po raz kolejny także świetnej gry aktorów, którzy dali z siebie wszystko co najlepsze.
W zamyśle twórców film miał uzmysłowić odbiorcom, że wszyscy znajdujemy się pod presją czasu, nikt z nas nie wie ile tak naprawdę mu go zostało i kiedy jego podróż się skończy, a najdobitniej dociera to do nas, gdy zderzymy się z chorobą lub śmiercią kogoś bliskiego.
Podróż Jamesa kończy się w Zatoce Barafundle Bay - taki był jego plan, taka była jego w pełni świadoma decyzja. Gdzie kończy się podróż jego przyjaciół tego nie wiemy, w Zatoce zakończył się pewien jej etap, ale ich droga jeszcze się nie skończyła, ich opowieść nadal trwa i tylko od nich zależy jakie napiszą do niej  zakończenie.
Film porusza jeszcze jedną, niezwykle ważną i trudną kwestię, mianowicie czy człowiek w terminalnym stadium choroby ma prawo powiedzieć, że dalej już nie chce żyć, że tyle wystarczy. Którym moment jest tym właściwym (jeśli w ogóle jakiś jest), by powiedzieć "stop. Mój stan będzie się pogarszał z każdym dniem, ból będzie coraz silniejszy, więc dziś mówię dosyć".
A jak w takiej sytuacji mają się zachować bliscy, przyjaciele?
Obejrzyjcie film i spróbujcie poszukać odpowiedzi...

niedziela, 30 sierpnia 2015

"Czy gra sie na scenie, w radiu, czy przed kamerą, wyzwanie polega nie na pokazywaniu bądź robieniu czegoś, tylko na myśleniu".

     W tytule słowa bohatera dzisiejszej notki.
Urodził się 19 lipca 1976 roku w Londynie. Jest synem aktorów Timothy'ego Carltona i Wandy Ventham.
Drodzy moi, oto i On:
BENEDICT TIMOTHY CARLTON CUMBERBATCH - brytyjski aktor teatralny, telewizyjny i filmowy oraz producent, który mimo młodego wieku może poszczycić się bardzo bogatym dorobkiem aktorskim.
Ogromną popularność przyniosła mu tytułowa rola w produkowanym przez telewizję BBC serialu "Sherlock", gdzie tworzy znakomity duet z Martinem Freemanem.
Oprócz znanego detektywa Cumberbatch wcielał się w role tak znanych postaci jak: Stephen Hawking ["Hawking"], Vincent Van Gogh  ["Van Gogh: Painted with Words"],
Julian Assange ["Piąta Władza"], Alan Turing ["Gra tajemnic"], William Pitt ["Głos wolności"].

    Dawno nie pisałam o idolach, ale ponieważ jestem obecnie na bieżąco z filmografią Benedicta Cumberbatcha, stąd pomysł, by napisać parę słów właśnie o Nim, co przy okazji będzie świetnym wstępem do tego, by powiedzieć również o kilku znakomitych filmach z Jego udziałem.

    Zachwycił mnie, zauroczył, oczarował swoją kreacją w "Sherlocku", zatem można powiedzieć, że moja przygoda z Nim rozpoczęła się tak samo jak w przypadku wielu z Jego fanek. Fakt, rozpoczęła się może i tak samo, ale nie skończyła się wyłącznie na zachwytach nad "Sherlockiem.
Nie lubię oceniać artystów wyłącznie przez pryzmat jednego dzieła, nawet najbardziej wybitnego, stąd też moje poszukiwania wszystkiego co było przed i tego, co było po "Sherlocku".
Z każdym kolejnym obejrzanym filmem, serialem, spektaklem (do wymienionych wyżej dopiszcie jeszcze jakieś 10 tytułów) utwierdzałam się w przekonaniu jakie zrodziło się we mnie po obejrzeniu "Sherlocka", że oto mam do czynienia ze wspaniałym aktorem. Aktorem niebywale wszechstronnym, potrafiącym zaadaptować się do każdej roli, który znakomicie wypada zarówno jako odrażające monstrum ("Frankenstein"), ale i arystokrata; jako genialny naukowiec ("Hawking", "Gra tajemnic") i zagubiony młody człowiek ("Sierpień w hrabstwie Osage"), a do tego wszystkiego potrafi być świetnym wilkiem - agentem do zadań specjalnych ("Pingwiny z Madagaskaru") i potężnym smokiem ("Hobbit: Pustkowie Smauga"). Jednym słowem - dla każdego coś dobrego!

    Ogromną przyjemność sprawa mi oglądanie Benedicta Cumberbatcha na ekranie, ale równie wielką przyjemność sprawia słuchanie nagranych przez niego audiobooków i audycji radiowych, a także wywiadów. Z dwóch powodów Mili moi.
Mam takie drobne zboczenie, moi przyjaciele śmieją się ze mnie, że zakochałabym się przez telefon, bo kiedy słyszę kogoś (nie ważne - kobietę czy mężczyznę) o szczególnym głosie, to ciepło mi się robi i normalnie tracę głowę.
Tak, w tym głosie też zakochałam się bez pamięci - ciepły, głęboki, aksamitny baryton... Naprawdę można stracić głowę :) To jeden powód. Drugi dotyczy wywiadów, których słucha się z przyjemnością nie tylko z powodu głosu Aktora, ale przede wszystkim dlatego, że na każde, nawet najbardziej banalne pytanie stara się On odpowiadać dokładnie i rzeczowo, choć dzisiejsze media i wielu odbiorców stawia raczej na błyskotliwe ogólniki.
Z tych wywiadów wyłania się obraz człowieka, który niezwykle poważnie traktuje swój zawód. Może długo i niebywale szczegółowo opowiadać o każdej ze swoich ról, ponieważ do każdej z nich przygotowuje się bardzo skrupulatnie. Doskonale wie, że postać to nie tylko kostium, didaskalia i tekst, którego trzeba nauczyć się na pamięć; to także kontekst historyczny w jakim dana postać jest osadzona, kontekst historyczny w jakim sztuka powstała, cały bagaż emocji zarówno towarzyszących bohaterowi jak i tych, które kierowały autorem podczas pisania. To właśnie ta skrupulatność oraz chęć i zapał do uczenia się coraz to nowych rzeczy (gra na fortepianie, na skrzypcach, jazda konna, nowe dialekty) wpływa na późniejszą znakomitą prezentację postaci na scenie, czy w filmie, a to z kolei przekłada się na znakomite recenzje, nagrody oraz zachwyt fanów.

   Skrupulatność, profesjonalizm, zaangażowanie - to poza świetną grą aktorską urzekło mnie w Cumberbachu, gdy poznałam go już z trochę innej strony niż tylko przez pryzmat ról w jakie się wcielał. Lubię profesjonalistów w swojej dziedzinie :)

Urzekło mnie jeszcze coś - fakt, że mimo sukcesu jaki odniósł i sławy jaką zdobył nadal pozostał skromnym człowiekiem, którego popularność i wszystko co z nią związane często wprawiają w zakłopotanie - "To naprawdę niesamowite, to wielki komplement, naprawdę nie wiem co powiedzieć. To takie miłe. Ja po prostu staram się dobrze wykonywać swoją pracę".
Koledzy po fachu, członkowie ekip filmowych, pracujących z Benedictem Cumberbatchem przy okazji różnych projektów podkreślają, że pomimo swojej niezaprzeczalnej popularności nigdy się nie wywyższał, nigdy nie oczekiwał specjalnego traktowania, ale pracował tak samo ciężko jak reszta zespołu, nierzadko pomagając na przykład w noszeniu sprzętu, jak to miało miejsce choćby podczas prac nad filmem "Trzecia gwiazda".

Nie stał się celebrytą, nie grzeje się w blasku fleszy, sława nie była i nie jest dla Niego celem samym w sobie.
Chciał odnosić sukcesy, to oczywiste, ale nie oznacza to wcale, że chciał być sławny. Zdobycie uznania liczyło się dla Niego o tyle, o ile dotyczyło Jego pracy, a nie Jego samego.
Peszy go to uwielbienie szczególnie ze strony żeńskiej części publiczności, która sama nazwała się "CumberBitches" i której każda z członkiń chętnie urodziłaby Benedictowi dziecko. We wrześniu 2013 r. do grupy @Cumberbitches na Twitterze zapisanych było 60 tysięcy osób! Fakt ten i sama nazwa konta budziły w Aktorze dyskomfort i zażenowanie. Proponował raczej nazwę w stylu Cumberbabes, Cumberwomen, czy Cumbergirls. "Tu nie chodzi nawet o kulturę - mówił - Nie pozwolę, żebyście były moimi zdzirami. Myślę, że to cofa osiągnięcia feminizmu o parę ładnych kroków. Jesteście... Cumberpeople".

Męczy Go także zainteresowanie mediów, które gdzieś mają to, czym się zajmuje, nad czym aktualnie pracuje, czekają tylko na jakiegoś gorącego newsa, który zelektryzuje opinię publiczną.

Poza wszystkim jednak Aktor ma niesamowity dystans do siebie, potrafi żartować ze swojego wyglądu, trudnego i nietypowego nazwiska, czy z wpadek jakie czasem przytrafiają mu się w pracy.

     Można by o Nim jeszcze wiele, ale lepiej będzie jeśli przemówi On sam i Jego aktorskie kreacje.

      Skrupulatność, profesjonalizm i zaangażowanie w przygotowaniu do roli - proszę bardzo.
Nagranie głosu Smauga w "Hobbicie" to nie było tylko siedzenie w studiu, przed mikrofonem i wpatrywanie się w ekran, to była ciężka fizyczna praca podczas sesji motion capture na planie w Nowej Zelandii. Cumberbatch chciał by smok miał nie tylko jego głos, ale chciał mu również oddać swoją mimikę i ruchy.
Tak to właśnie wyglądało:



Efekty mogliście usłyszeć i zobaczyć na ekranie w filmie "Hobbit: Pustkowie Smauga" - kto nie widział, gorąco polecam całą trylogię!

Dystans do siebie, czemu nie :)
"Ask Benedict Cumberbatch to say the word 'penguin'"



O nazwisku:



O sobie samym:


I ta cudowna wrażliwość na muzykę :)
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam to nagranie przypomniało mi się moje zauroczenie fortepianem :)

poniedziałek, 27 lipca 2015

"Kiedy góral umiera..." Himalajskie sukcesy w cieniu tragedii...

    Ostatnie półtora tygodnia obfitowało w himalajskie wydarzenia.

    W piątek, 17 lipca himalaistka Kinga Baranowska stanęła na szczycie swojego dziewiątego ośmiotysięcznika - Gasherbrum II robiąc tym samym kolejny krok do zdobycia Korony Himalajów.
     We wtorek, 21 lipca polscy himalaiści - Andrzej Bargiel i Dariusz Załuski przebywający w Himalajach w ramach projektu Broad Peak Ski Challange 2015 brali udział w akcji ratunkowej po tym, jak na Broad Peaku zeszła lawina. Jedna osoba zaginęła, kilka innych poważnie ucierpiało, Polakom na szczęście nic się nie stało.
      Krótko po tym, w sobotę 25 lipca Andrzej Bargiel jako pierwszy na świecie zjechał na nartach ze szczytu ośmiotysięcznika Broad Peak.
Do podobnego wyczynu, tym razem z ośmiotysięcznika Gasherbrum II przygotowywał się inny polski alpinista - Olek Ostrowski. W sobotę, 25 lipca dotarła wiadomość o jego zaginięciu.
Polski himalaista zaginął między obozem pierwszym a drugim. Olek Ostrowski razem z innym himalaistą Piotrem Śnigórskim zjeżdżali w stronę bazy na nartach. W pewnej chwili Ostrowski, jadący za kolegą, zniknął. Najprawdopodobniej wpadł do szczeliny.
W akcji poszukiwawczej koordynowanej przez Kingę Baranowską brali udział pakistańscy szerpowie oraz Andrzej Bargiel i Darek Załuski.
Dziś popołudniu Jerzy Naktański - dyrektor Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki poinformował, że ze względu na niezwykle trudne warunki pogodowe i terenowe akcja poszukiwawcza została zakończona i nie będzie już kontynuowana.

    Trudno o tym mówić... Śledziłam poczynania Kingi Baranowskiej i Andrzeja Bargiela, bardzo ucieszyły mnie ich sukcesy, ale kiedy w górach ginie człowiek to żaden sukces się nie liczy...

Doskonale pamiętam śmierć polskich himalaistów podczas zimowego wejścia na Broad Peak, jeszcze lepiej pamiętam śmierć Piotrka Morawskiego. To cholernie smutne kiedy w górach, szczególnie tak pięknych jak Himalaje, giną ludzie, którzy góry tak bardzo kochali, dla których góry były ważną częścią życia, a nieraz i sensem życia.

"W góry idziemy po życie, bo tam jest nasze życie" - tak powiedział Łukaszowi Wajsowi* jeden z polskich alpinistów. To dlatego śmierć tak bardzo boli... każda śmierć, ale ta w górach w szczególności...


* Łukasz Wajs (1973-1998) - taternik, absolwent Wyższej Szkoły Komunikacji i Mediów Społecznych w Warszawie. Zginął w Tatrach podczas zejścia z Mięguszowieckiego Szczytu. Zapis rozmów Łukasza z ludźmi gór pod wspólnym tytułem "W góry idziemy po życie" można przeczytać TUTAJ




czwartek, 16 lipca 2015

Nepalczycy nadal potrzebują pomocy!

     Choć od trzęsienia ziemi w Nepalu minęło już kilka miesięcy i temat w mediach już dawno został zapomniany na rzecz kolejnych afer i politycznych przepychanek, Nepalczycy nadal potrzebują pomocy, wszelkiej pomocy...
W całej Polsce ludzie dobrej woli organizują specjalne akcje, aukcje, koncerty, podczas których zbierane są pieniądze dla zniszczonego Nepalu.

Polska Akcja Humanitarna prowadzi akcję #SOSNepal.
Każdy może pomóc wysyłając SMS o treści NEPAL pod numer 73 646 (Koszt wysłania SMSa to 3,69 zł. Wszyscy operatorzy sieci komórkowych zrzekli się prowizji!)

Można również pomóc odwiedzając internetowy sklepik Polskiej Akcji Humanitarnej (http://skleppah.pl) lub drogerie Rossmann, gdzie w cenie 25 złotych można kupić takie oto koszulki:


Więcej o tym jak pomóc znajdziecie na stronie Polskiej Akcji Humanitarnej
Pamiętajcie, liczy się każdy gest, każda złotówka!



niedziela, 5 lipca 2015

Gdy Miłosierdize i Sprawiedliwość przegrywają w starciu z biutokracją i mamoną...

    W dniu wczorajszym Gazeta Wyborcza podała informację o tym, że Ks. Wojciech Lemański zrezygnował z dochodzenia swoich praw przed Trybunałem Stolicy Apostolskiej...
(fot. JACEK HEROK / Newspix.pl)
W prywatnym liście do osób które w ostatnim czasie oferowały mu pomoc finansową, Ks. Lemański napisał: "Postanowiłem zrezygnować(...) Wobec takiego dyktatu nie będę dalej ubiegać się o zbadanie przez Kościół biskupich dekretów, którymi usunięto mnie z parafii w Jasienicy i nałożono na mnie karę suspensy."

Chodzi o to, że trybunał watykański nie przychylił się do prośby Ks. Wojciecha o zwolnienie z opłat sądowych, tym samym odbierając Mu możliwość dochodzenia swoich praw...

 "Wymagane ode mnie wpłaty - pisze ks. Lemański - sięgają niewyobrażalnych kwot (...). Nie będę zbierał pieniędzy na ten cel. Nie popełniłem żadnej zbrodni i żadne przestępstwo przypisywane mi przez mojego biskupa nie obciąża mojego sumienia. Na szczęście kara suspensy to nie kara śmierci. Można po niej żyć. Nadal jestem i pozostanę księdzem Kościoła rzymsko-katolickiego".


środa, 1 lipca 2015

PEDIATRA PILNIE POSZUKIWANY !! !! !!

  O łódzkiej Fundacji GAJUSZ już Wam kiedyś pisałam.
Teraz GAJUSZ poszukuje lekarza pediatry, na pełny etat do pracy w hospicjum dla dzieci.

Jeśli znacie jakiegoś lekarza z sercem zadzwońcie do niego, przekażcie kontakt do GAJUSZA.
Można pisać maile - biuro@gajusz.org.pl
Można dzwonić - 722 003 003.

 Podawajcie dalej!

piątek, 1 maja 2015

Dobre wieści o Eli Bargiel!




Grzegorz Bargiel napisał na FB:

"Siostra Ela odnaleziona.
Dziekujemy za pomoc.

Poszukiwania naszej siostry ELŻBIETY BARGIEL, z którą straciliśmy kontakt tuż przed trzęsieniem ziemi w Nepalu, a które rozpoczęliśmy w poniedziałek (27 kwietnia 2015) po otrzymaniu wiadomości o tym, że siostra udała się z Indii ( gdzie przebywała od grudnia 2014) do Nepalu, zakończyły się sukcesem w dniu dzisiejszym ( 1 maja 2015). Zdajemy sobie sprawę że znalezienie jednej osoby w obliczu strasznej tragedii wielu tysięcy Nepalczyków którzy stracili bliskich i swoje domy może wydawać się nieistotne. Jednak dla naszej rodziny było sprawą najwyższej wagi. W imieniu swoim, Elżbiety i całej rodziny z całego serca dziękujemy wszystkim osobom z całego świata, które bezinteresownie zaangażowały się w pomoc w tej trudnej dla nas sytuacji. Dziękujemy Honorowemu Konsulowi Generalnemu w Kathmandu, grupie polskich ratowników w Kathmandu, Ambasadzie Polskiej w New Delhi i innym instytucjom które wsparły nasze poszukiwania."


I to moi drodzy jest bardzo dobra wiadomość :)
Mimo ogromu tragedii jaka wydarzyła się w Nepalu, mimo cierpienia milionów ludzi, ta informacja jest kroplą nadziei w całym tym oceanie rozpaczy...

środa, 29 kwietnia 2015

Pomóżmy ofiarom kataklizmu w Nepalu.

      

       Wciąż rośnie bilans ofiar sobotniego trzęsienia ziemi w Nepalu. Na chwilę obecną mówi się o ponad 4 tysiącach zabitych, a czarny, choć niezwykle realny scenariusz zakłada, że liczba ta może się podwoić...
Wiele tysięcy osób zostało rannych.
Według danych PAH skutkami kataklizmu dotkniętych jest 8 milionów osób, w tym 750 tysięcy dzieci poniżej piątego roku życia - wszyscy potrzebują natychmiastowej pomocy.

Wcześniej pisałam, że z pomocą ruszyła Polska Akcja Humanitarna, ale przecież nie tylko!
Oto jak można pomóc:

* Wpłacając dowolną kwotę pieniędzy na rachunek Polskiej Akcji Humanitarnej:
 BPH S.A. 91 1060 0076 0000 3310 0015 4960 z dopiskiem "Nepal" 
Numer IBAN : PL91 1060 0076 0000 3310 0015 4960 
SWIFT: BPHKPLPK 
lub dołączając do Klubu PAH SOS: www.pah.org.pl/klub

* Dołączając do zbiórki zorganizowanej przez Martynę Wojciechowską w serwisie siepomaga.pl -> http://www.siepomaga.pl/r/nepal

* Kupując groupon charytatywny za 10, 29 lub 49 zł w serwisie groupon.pl -> http://www.groupon.pl/oferty/warszawa/stowarzyszenie-przyjaciol-polskiej-akcji-humanitar/62023303

* Wysyłając SMS o treści NEPAL pod numer 7245

*  Wpłacając darowiznę na konto UNICEF Poland:
nr konta: 41 1020 1013 0000 0702 0005 9055 
z dopiskiem „Pomoc dla Nepalu”
lub poprzez stronę http://www.unicef.pl/nepal 

* Przekazując darowiznę na konto CARITAS Polska:
Bank PKO BP S.A. 70 1020 1013 0000 0102 0002 6526
z dopiskiem Nepal
Bank Millenium S.A. 77 1160 2202 0000 0000 3436 4384
z dopiskiem Nepal
lub wysyłając SMS o treści POMAGAM na numer 72052


Liczy się każda złotówka! 
 

KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE - zaginęła Ela Bargiel !! !!

   Elżbieta Bargiel, siostra polskiego himalaisty Andrzeja Bargiela prawdopodobnie przebywa teraz w Nepalu, w okolicach Katmandu.
Od kilku dni rodzina nie ma z nią żadnego kontaktu.
Ostatnia osoba, która ją widziała, przekazała rodzinie, że Ela planowała podróż na Festiwal Religijny "Universal Religion Festiwal in Nepal", który miał się odbywać w dniach 24 - 27.04.2015 w Katmandu.

Epicentrum sobotniego trzęsienia ziemi w Nepalu znajdowało się niedaleko Katmandu...

Rodzina kobiety jest zrozpaczona. Stają na głowie, by ją odnaleźć, by uzyskać jakiekolwiek informacje o jej losie i aktualnym miejscu pobytu, co biorąc poprawkę na dramatyczną sytuację w Nepalu i w samym Katmandu wcale nie jest zadaniem łatwym...


IN ENGLISH:

Our sis E la loba https://www.facebook.com/ela.bargiel?fref=ts ( facebook, real name: Elzbieta Bargiel) have not been in contact for a while. The last person who saw her said she was planning to go to Universal Religion Festival in Nepal. 
She was last seen at Chitwan Park in Nepal around 19th April ( 5hr drive to Kathmandu), before she was in Varnassi. She was on her way to Kathmandu. There was a massive Earthquake in Katmandu Nepal last weekend. Our family really worry about her. We have no information. If you seen/ met her somewhere in Nepal, or if you know somebody who went there please let us know. Any information is useful.

Last message from her on 16 April 2015 at 7.41 AM British Time : ' I am in Varanasi at night I am heading to Nepal. First stop Kathmandu then Pokhara.'
The earthquake epicentre was between Kathmandu and Pokhara...

Polish Embassy in New Dheli:
+919910999477 or +918588811719
Polish Consul in Nepal: +9779801020683
Family:
Ana Bargiel (sister): 0048609269271
E-mail: anabargiel@gmail.com
Ewa Bargiel (sister): 0048796459565 or 00447737812674
E-mail: e.wolakiewicz@gmail.com
Barbara Bargiel (sister): 004479 44 197 304
E-mail: ms.bargiel@gmail.com

Thank you for your Help!!

Udostępniajcie! / Please share!




poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"Dziś, Piotr, gdy Ciebie nie ma..."


27 kwietnia 1997 roku...
dokładnie 18 lat temu...
odszedł Piotr Skrzynecki...

Człowiek niezwykły.
Był twórcą, kierownikiem artystycznym, reżyserem, scenarzystą i konferansjerem legendarnego kabaretu Piwnica pod Baranami.
Jego charyzma, niezwykły intelekt i instynkt, wyczucie literatury, oryginalny gust i smak powodowały, że Piwnica ściągała tłumy.
W swoim czarnym kapeluszu z piórkiem, w pelerynie, z nieodłącznym dzwoneczkiem tworzył niepowtarzalny klimat tego miejsca...

Tak bardzo żal, że już Go z nami nie ma...
To niezwykle smutne gdy odchodzi Człowiek tak utalentowany, pełen pasji, zamiłowania do sztuki... Cóż... widać w niebie bardziej był potrzebny...
Tylko jakoś tak... pusto tu bez Niego i cicho bez Jego dzwoneczka...


Bezmyślność w obliczu dramatu, czyli głupich nie sieją, sami się rodzą i tak wielu idiotów, a tak mało naboi...

    O tym, że facebook co jakiś czas wprowadza różne durnowate naklejki, aplikacje czy gadżety wiedzą wszyscy jego użytkownicy. 
Czasem jednak coś im się uda i wprowadzą rzecz przydatną, taką jak choćby raporty o bezpieczeństwie - polegający na tym, że w trakcie jakiejś katastrofy, zamachu czy innego tragicznego wydarzenia możemy oznaczyć siebie lub znajomych jako „bezpiecznych”. Dzięki temu nie tylko uspokajamy rodzinę i znajomych, ale też oszczędzamy wielu ludziom prób dodzwonienia się na przeciążone i tak w takich sytuacjach linie.

Wszystko brzmi bardzo ładnie, prawda? Niestety, rzeczywistość jest bardzo brutalna... 
Narzędzie, które w założeniu twórców mogło być naprawdę bardzo przydatne zostało wykorzystane przez zatrważającą w swej liczbie bandę idiotów do kolejnej durnej zabawy...
Najnowszą, w odczuciu całej tej zgrai bezmózgich debili, prześmieszną zabawą stało się oznaczanie siebie lub przypadkowych osób jako „bezpiecznych” w trakcie trzęsienia ziemi w Nepalu...

Serio?
Ku*wa, ludzie, naprawdę was to śmieszy? Naprawdę uważacie, że to zabawne? 
Jeżeli tak to pytam się - jakie trzeba mieć gówno zamiast mózgu, żeby robić coś takiego?
A jeśli nie to tym bardziej się pytam - po jaką cholerę to robicie?

No boki zrywać... 

Ciekawe czy rodziny, bliscy i przyjaciele ofiar tego kataklizmu również tak dobrze się bawią jak wy...

I nie próbujcie się tłumaczyć, że coś tam przypadkiem wam się kliknęło, bo trzeba to potwierdzić dwukrotnie!
Jeżeli oznaczyliście w ten sposób siebie lub kogoś z waszych znajomych uważając to za śmieszne lub przypadkowo klikając przyciski to naprawdę nie ma już dla was ratunku... w obu przypadkach bowiem świadczy to o tym, że mózgi wam zanikły...

Debilu jeden z drugim... 
zrób coś dla świata - UMRZYJ!

Skóra mi na tyłku ścierpła, bo okazuje się, że wśród swoich znajomych też mam takich "mędrców"... 
GROZA!

Czas chyba zrobić porządki na liście znajomych... Czas najwyższy...


 

Dramat w Nepalu...

    Nadal rośnie liczba ofiar sobotniego trzęsienia ziemi w Nepalu... Ostatnie statystyki mówią o blisko 4 tys. zabitych i ponad 7 tys. rannych i wszystko wskazuje na to, że to nie koniec dramatycznych wieści.
Sytuacja Nepalczyków jest tragiczna, brakuje tam w zasadzie wszystkiego, a ziemia wciąż drży. Dziś znów poinformowano o kolejnych wstrząsach...

Do Nepalu pojechali polscy ratownicy, również Polska Akcja Humanitarna w trybie pilnym organizuje zbiórkę pieniędzy dla ofiar kataklizmu.
Jak się zapewne domyślacie potrzeby są ogromne, a każda wpłata ma wielkie znaczenie.
Można pomóc wpłacając pieniądze na konto POLSKIEJ AKCJI HUMANITARNEJ:
- BPH S.A. 91 1060 0076 0000 3310 0015 4960 z dopiskiem: Nepal
- Numer IBAN : PL91 1060 0076 0000 3310 0015 4960 SWIFT: BPHKPLPK
lub dołączając do Klubu PAH SOS

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Piszemy do Kubusia !!!

    Kochani! Czytajcie i podawajcie dalej!

      W małej wsi w Wielkopolsce mieszka chłopczyk, ma na imię Kubuś.
Kubuś ma 7 lat i cierpi na nieoperacyjny nowotwór mózgu.
17 maja będzie obchodził 7 urodziny. 
Największym marzeniem Kuby jest otrzymanie olbrzymiej liczby kartek urodzinowych . 
Pomóżmy spełnić to marzenie - to tak niewiele kosztuje, a może wywołać uśmiech na twarzy chorego dziecka. 
Pokażmy, że mamy olbrzymie serca!

Do Kubusia można pisać na adres:
Kubuś Grzelczak
Białe Piątkowo 7
62-320 Miłosław.

niedziela, 19 kwietnia 2015

O spotkaniu z Ks. Janem słów kilka...

     Wiecie to z poprzedniej notki - miałam zaszczyt i niebywałą przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z Księdzem Janem Kaczkowskim. (Pisałam Wam wcześniej o planowanym spotkaniu w Pile... no cóż, ja raczej się nie wybiorę, niestety, więc dobrze, że udało się wczoraj...).
       Jak już wcześniej napisałam, biorąc pod uwagę sytuację Księdza, Jego chorobę i to, że jest to śmiertelna choroba po prostu musiałam wykorzystać nadarzającą się okazję... Gdybym zaprzepaściła tę szansę a coś by się stało, w sensie... no wiecie... W życiu bym sobie tego nie darowała... Zbyt wielu ważnych dla mnie ludzi nie spotkałam osobiście tylko dlatego, że odłożyłam te spotkania na później, tylko niestety los chciał, że nie było żadnego "później"...

        Na spotkanie przyszło naprawdę dużo ludzi. Część z nich z ciekawości - kto to? Co to? Wiecie jak jest.
Część z egzaltacji - Och, ach, chory a tyle robi, taki niesamowity, silny i w ogóle - takie w tym stylu. Jeszcze inni z głębokiej chęci spotkania z Człowiekiem niezwykłym, ale wcale nie przez to, że ksiądz chory na raka mózgu, który prowadzi hospicjum (bodaj najlepsze, a w każdym razie jedno z najlepszych w Polsce), ale niezwykłym przez to, w jaki sposób potrafi mówić o sobie, o Bogu, miłości, cierpieniu, o sprawach tak bliskich każdemu z nas i dla każdego z nas niebywale istotnych. I choć nie są to przecież zagadnienia lekkie, łatwe i przyjemne, właśnie sposób w jaki Ks. Jan o nich mówi sprawia, że stają się one bardziej przystępne dla zwykłego człowieka, któremu łatwiej sobie poukładać w głowie pewne kwestie kiedy mówi się o nich bezpośrednio, wprost, nazywając rzeczy po imieniu, czasem okraszając to odrobiną humoru (nieraz nieco czarnego), niż gdy robi się z tego wykład teologiczny, etyczny i jaki bądź inny, rzucając na prawo i lewo wyświechtanymi frazesami, od których człowiek dostaje mdłości.

         Było więc o tym jak to możliwe, że on, chory na raka mózgu człowiek żyje "na pełnej petardzie", chwyta życie pełnymi garściami, bez mrugnięcia okiem poświęcając swój czas dla innych.
Mówił nam o wartości czasu. To coś, z czego wiele osób nie zdaje sobie sprawy. Ciągle gdzieś pędzimy, ciągle za czymś gonimy i spieszymy się w sumie nie wiadomo gdzie i do czego, ale w tym pośpiechu trwonimy czas, który powinien być wykorzystany na to, co naprawdę w życiu istotne. Bo nagle przychodzi w naszym życiu doświadczenie graniczne - choroba, wypadek, perspektywa nieodległej śmierci i wtedy zdajemy sobie sprawę, że na wiele rzeczy nie mamy już czasu, bo roztrwoniliśmy go wcześniej na uganianiu się za nie wiadomo czym. Trzeba codziennie żyć tak, jakby jutra miało nie być. I nie chodzi tu wcale o hedonistyczne folgowanie rozmaitym zachciankom, ale o skupienie się na tym, co naprawdę ważne - na budowaniu relacji, na ćwiczeniu bliskości (pamiętacie notkę o bliskości, o tym jak ważną rolę odgrywa bliskość w życiu człowieka, jak bardzo jest potrzebna). Trzeba pamiętać, że ojcem, matką, dzieckiem dla rodziców, bratem, siostrą czy przyjacielem jest się całe życie, nie ważne ile tego życia nam pozostało, dlatego tak istotne jest by żyć tu i teraz, a nie zastanawiać się co będzie za rok, dwa, pięć, dziesięć... Przecież jutra może już nie być...

Było też sporo o Kościele i Eucharystii.
Smutną prawdą jest, że w polskim Kościele są ludzie, którym się wydaje, że są świętsi od samego Pana Boga i wszystko wiedzą lepiej. Grzmią bez zastanowienia jak to zdradzono ideały i podeptano dziedzictwo Jana Pawła II... Remarque powiedziałby: "I tylko w jednym różnicie się od Boga - Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej", a przecież tak ważne jest, i to również podkreśla Ks. Jan, znalezienie złotego środka, jakiejś nici porozumienia, budowanie mostów między wierzącymi, a niewierzącymi czy też wierzącymi inaczej. 
Ksiądz dał nam do zrozumienia, że wszyscy jako wspólnota Kościoła jesteśmy odpowiedzialni za to, jak to wszystko wygląda i jak funkcjonuje. Jeżeli widzimy, że coś jest nie tak, że ksiądz zachowuje się w sposób niewłaściwy to trzeba otwarcie to powiedzieć: "proszę księdza, tak nie można" - fakt, raczej nas ów ksiądz za to nie pogłaszcze, wręcz przeciwnie, pewnie spotkamy się z atakiem, ale warto drążyć tę skałę, powoli, cierpliwie, kropla po kropli. Tak samo jeśli idzie o Eucharystię - jeżeli ksiądz robi sobie kpiny z Liturgii, sprawuje ją w sposób niechlujny, totalnie od niechcenia jakby odrabiał pańszczyznę to należy dobitnie mu uświadomić, że taki sposób sprawowania Eucharystii obraża nasze uczucia religijne. Lekko nie będzie, ale warto próbować dla wspólnego dobra wszystkich członków Kościoła.

    Niezwykle istotna była również kwestia odnajdywania Boga w sytuacji granicznej, takiej jak choćby poważna choroba... I znów ważna sprawa na którą Ks. Jan zwracał uwagę - Bóg nas kocha, ale nie traktuje relacji z nami w sposób infantylny i trzeba to sobie uświadomić. Nam się często wydaje, że jeśli spotyka nas na przykład choroba to jest w tym palec Boży, wcale niekoniecznie w tym uwznioślającym wymiarze... Często tworzymy taki infantylny obraz Boga - starca z brodą, siedzącego na chmurze i szafującego ludzkim losem ot tak: Kowalski, masz paskudną gębę to zrobię tak, że zachorujesz na raka a potem jeszcze będziesz miał wypadek samochodowy... 
Przecież to nie tak... Skoro wierzymy, że Bóg jest z nami kiedy nam się powodzi, to dlaczego nie potrafimy uwierzyć, że jest z nami również, a może właśnie przede wszystkim wtedy, gdy wszystko wali nam się na głowę? Taka wiara wcale nie jest prosta, ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie lekko...
       Jak widzicie spotkanie było bardzo pouczające :)

      Prawdą jest to, co o Ks. Janie napisała współautorka książki "Szału nie ma, jest rak" Katarzyna Jabłońska: "Jan jest nieprzewidywalny, ma ostry język i cudowne poczucie humoru. Bywa nieznośny, uparty i... czuły. Jest niczym pasjonująca książka, która zaczyna się jak powieść przygodowa, by stać się moralitetem. Spotkanie z nim to wyzwanie i przywilej."

Dokładnie w takich kategoriach, w kategoriach wyzwania, ale przede wszystkim przywileju traktuję to wczorajsze spotkanie. A Wy myślicie, że czemu "padłam na kolana" obok Księdza? ;)
Nie no, to oczywiście trochę żarcik, nie mniej jestem pełna podziwu i naprawdę głębokiego szacunku dla Księdza Jana, dla Jego postawy nastawionej na budowanie mostów, szukanie nici porozumienia, skupianie się na tym, co łączy a nie na tym, co dzieli.
Postępuje w myśl zasady głoszonej przez Jana XXIII: "W sprawach zasadniczych - jedność. W sprawach drugorzędnych - wolność. A ponad wszystkim miłosierdzie" i to czyni Go znakomitym partnerem do dyskusji. Przy tym jest to człowiek bardzo mądry i inteligentny, a dyskusja z takimi ludźmi to zawsze czysta przyjemność :)
Jestem także pełna podziwu dla Jego otwartości i cierpliwości... Bardzo dzielnie znosił nas wszystkich, którzyśmy chcieli dostać autograf, albo koniecznie o czymś porozmawiać. Możecie zapytać co w tym niezwykłego? Ano niby nic, ale jak człowiek jest chory to coś takiego może naprawdę bardzo męczyć...

Było widać, że jest zmęczony. Mało tego - było czuć to zmęczenie. 
To też było niezwykłe... Energia jakby dwóch różnych istot. Z jednej strony jasna, dobra, ciepła, która zachęca do rozmowy, do uśmiechu, żartu, bliskości, a z drugiej rozedrgana, niestabilna, bardzo osłabiona, która stawia pewną barierę i sprawia, że robi się takiego człowieka jakoś tak szkoda. To dlatego nie rozmawialiśmy. 
Ja znam tego typu energię (tak, wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiecie), wyzwala ona we mnie zawsze instynkt opiekuńczy i w momencie gdy mam do czynienia z bliską osobą, z przyjacielem, to kończy się to najczęściej delikatnym, czułym uściskiem, pocałunkiem, łagodnym dotykiem - czymś, co ukoi, pozwoli się odprężyć i zrelaksować. Jeśli jest to obca osoba, albo sytuacja nie pozwala na zbytnią bezpośredniość, wtedy na poziomie energii wysyła się komunikat mówiący: wiem, że jest ci ciężko, że jesteś zmęczony, nie będę ci przeszkadzać, odpocznij... To dlatego nie było rozmowy, a tylko łagodny uśmiech, dotknięcie ramienia i szczere życzenia wszystkiego dobrego :)
Czy żałuję, że nie było rozmowy? Nie, myślę że nie. Spotkania tego typu to nie koniecznie miejsce na poważne dysputy. Myślę, że jeśli taka rozmowa jest nam pisana to będzie ku temu okazja :)
Na razie jestem szczęśliwa, że udało mi się poznać Ks. Jana osobiście, to niebywały zaszczyt i prawdziwa przyjemność :)


    Ależ oczywiście! Nie mogło być inaczej! :)
Autograf na który czekałam od przeszło roku, odkąd przeczytałam tę książkę. Dedykacja od Ks. Jana musiała się w niej znaleźć, nie brałam pod uwagę innej opcji! To dla mnie bardzo ważna książka, która niezwykle mi pomogła i nadal pomaga, zatem skoro Człowiek szczególny i książka szczególna to trzeba było to jakoś połączyć - choćby właśnie tak...

Błogosławieństwo... 
I nie, nie mówcie mi, że to tylko słowa dedykacji... 
Na poziomie energii czułam dłoń spoczywającą na mojej głowie, tę samą dłoń, bezwładnie zwisającą tuż przy mnie, czułam takie delikatne ciepło i cudowny, wszechogarniający spokój :)

Mało tego uświadomiłam sobie również, że mam zaszczyt znać Kapłana, który pod względem stosunku do Eucharystii oraz reprezentowanych postaw jest niebywale podobny do Ks. Jana, w którego obecności również czuję to delikatne ciepło i wszechobecny, cudownie kojący spokój oraz dłoń położoną na głowie w geście błogosławieństwa. 

Jak to dobrze, że jesteście... Obaj... <3


Powarszawskie wspomnienia.

  

      Dawno nie byłam w stolicy, trzeba było nadrobić zaległości, a okazja nadarzyła się ku temu znakomita.
Tydzień temu dwie ważne dla mnie rocznice - 8. kwietnia (6. rocznica śmierci Piotrka Morawskiego) i 10. kwietnia (11. rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego).
Mimo, że rocznice przypadały w ubiegłym tygodniu wolałam uniknąć uroczystości "ku czci" i wszelkiego tego zgiełku związanego z kolejną smoleńską rocznicą. Jednak wolę jechać do Jacka kiedy na cmentarzu nie ma za wiele ludzi, wtedy możemy sobie spokojnie porozmawiać.
Tak właśnie było... Kiedy porządkowałam, a później siedziałam obok, na chodniku uświadomiłam sobie po raz kolejny jak strasznie za Jackiem tęsknię, jak bardzo mi Go brakuje, jak wielka jest pustka w moim sercu, choć od Jego śmierci minęło już tak wiele czasu... A wydaje się jakby to było wczoraj...
Pamiętam po pogrzebie, później w urodziny i pierwszą rocznicę śmierci jak wiele było zniczy... "Świec tysiące palili mu..." - dokładnie tak. Teraz jest ich już zdecydowanie mniej, ale jednak są, ktoś wciąż pamięta, przychodzi. Nawet młodzi ludzie z nauczycielami. Miło było wczoraj usłyszeć jak przewodnik (nauczyciel?) mówił o Jacku, jako o wielkim poecie, który w swych utworach pisał o rzeczach bardzo ważnych, który wraz z Przemkiem Gintrowskim uczył jak żyć. Miło było usłyszeć, że dla młodzieży nazwisko Kaczmarski czy Gintrowski nie jest anonimowe...
Odwiedziłam Tadeusza Łomnickiego, Waldemara Milewicza, Grzesia Ciechowskiego, Marka Kotańskiego, "Alka", "Rudego", "Zośkę", Adama Hanuszkiewicza, Jacka Kuronia, Profesora Bronisława Geremka, Profesora Leszka Kołakowskiego, Krzysztofa Kieślowskiego, Krzysztofa Kolbergera...
Tak ich wielu i tak bardzo boli, że już ich wśród nas nie ma...
Na nagrobku znakomitego poety Jerzego Ficowskiego czytamy:
Ja
niżej podpisany
Jerzy Ficowski
przenosząc się dnia 9 maja 2006 roku
do wieczności
(wersja równouprawniona: do nicości)
zakończyłem tutejszą egzystencję
nie ukończywszy niczego
zgodnie z regulaminem stwórcy
i z odwieczną praktyką
mieszkańców tego źle pomyślanego
i jeszcze gorzej prowadzącego się świata
- usilnie proszę
moich bliskich i moich dalekich
o błogosławieństwo uśmiechu
i łaskę pogody ducha
zamiast westchnień i smutku,
bowiem nie stało się
nic nadzwyczajnego

za spełnienie tej prośby
z góry wszystkim dziękuję
i za kłopot przepraszam

/-/ Jerzy Ficowski

Warszawa
poza zasięgiem czasu

Czasem jednak trudno powstrzymać się od westchnień i smutku, choć może faktycznie nie stało się nic nadzwyczajnego...

      Z Powązek Wojskowych pojechałam jeszcze na Stare Powązki. Pojechałam odnaleźć pewien piękny pomnik, który fotografowałam kilka lat temu, podczas mojej pierwszej wizyty na Starym Cmentarzu, a przy okazji poszukać natchnienia do przygotowania kolejnych pocztówek... 
Wczoraj był dziwny dzień... w przedziwny sposób towarzyszyła mi śmierć...

Poszukiwany pomnik... Piękny, prawda?

       Przez utrudnienia komunikacyjne nie udało mi się dotrzeć wszędzie gdzie chciałam, ale nic to, następnym razem nadrobię te zaległości :)

       Po szybkim hot-dogu na stacji Orlenu przyszedł czas na najważniejszy punkt dnia.
O godzinie 16:00, w księgarni Matras przy alei Solidarności rozpoczęło się spotkanie z niezwykłym Człowiekiem.
     Tak Kochani, dobrze widzicie - Ks. Jan Kaczkowski i promocja Jego nowej książki "Życie na pełnej petardzie" - będącej zapisem rozmów przeprowadzonych z Ks. Janem przez Piotra Żyłkę. 
Samo spotkanie nie trwało jakoś strasznie długo. Jak to u Ks. Jana było sensownie i na temat, trochę poważnie, trochę zabawnie, ot, dla każdego coś dobrego.
Po wpisach na blogu zapewne domyśliliście się, że Ks. Jan cieszy się moim niebywałym szacunkiem. To bardzo mądry kapłan, potrafiący mówić o rzeczach ważnych wprost, ale bez księżowskiego zadęcia, bez zbędnego moralizatorstwa i wycierania sobie gęby utartymi frazesami.
Biorąc pod uwagę sytuację Księdza, Jego chorobę i to, że jest to śmiertelna choroba... cóż... musiałam wykorzystać okazję na spotkanie z Nim, bo być może (nie daj Boże) nigdy więcej takiej okazji już nie będzie... Zresztą samo spotkanie to temat na osobną notkę :)

A po spotkaniu... cóż, przyszedł czas by wracać... trzeba było dostać się jakoś na dworzec, potem pociągiem do Łodzi a z Łodzi do domu, w międzyczasie gorąca herbata i BigMac...

To był niezwykły dzień... I pomimo, że nie udało mi się zrealizować wszystkich celów jakie sobie postawiłam, to i tak bardzo, ale to bardzo się cieszę z tego wyjazdu, szczególnie zaś z faktu, że udało mi się uczestniczyć we wspaniałym spotkaniu z naprawdę niesamowitym Człowiekiem.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Czytajcie, pomagajcie i podawajcie dalej!

     Kochani! Łódzka Fundacja GAJUSZ prowadzi hospicjum perinatalne, które pomaga nieuleczalnie chorym dzieciom jeszcze przed narodzeniem oraz wspiera ich rodziny.

Każdy, kto potrzebuje takiej pomocy może zgłosić się do Centrum Medycznego Fundacji GAJUSZ, dzwoniąc pod numer telefonu: 42 207 28 60
od poniedziałku do piątku,
w godzinach od 9:00 do 17:00

Dzwoniąc można umówić się na bezpłatne konsultacje psychologa, lekarza neonatologa, genetyka, wykonać badanie USG i testy biochemiczne.

     Jeżeli potrzebujecie tego typu wsparcia lub wśród Waszych bliskich, przyjaciół, znajomych jest ktoś, kto właśnie dowiedział się, że jego jeszcze nienarodzone dziecko jest śmiertelnie chore, że będzie na tym świecie tylko przez chwilę i jest sam ze swoim bólem, strachem i bezradnością skontaktujcie się z Fundacją.
Podawajcie dalej tę informację, może komuś właśnie tego potrzeba.

     A jeżeli jeszcze nie rozliczyliście się z podatku możecie pomóc przekazując 1% podatku na rzecz Fundacji GAJUSZ.
Fundacja prowadzi trzy hospicja: perinatalne, domowe i stacjonarne. Pracuje także na dwóch oddziałach onkologicznych dla dzieci, a także realizuje bezpłatny program pomocy prawnej dla dzieci - ofiar wypadków komunikacyjnych. 
Możecie pomóc wpisując w swoim rozliczeniu nr KRS: 0000 109 866. 

Pamiętajcie, warto pomagać! 

piątek, 10 kwietnia 2015

"... Przecież wrócę gdy zacznie się dzień..."

      Kolejna rocznica... Kolejny 10 kwietnia...
Bardzo ważna rocznica, smutna, ale i piękna za razem...
W mediach o niej niewiele, jeśli cokolwiek w ogóle, bo w mediach mili moi tylko Smoleńsk i Smoleńsk. Słoń a sprawa smoleńska rzec by się chciało...

Aż się nie chce wierzyć, że to już 11 lat... Wydaje się, jakby to było wczoraj... Dokładnie pamiętam tamten 10 kwietnia. To była Wielka Sobota. Dzień wcześniej umarła Duśka Trafankowska, to też dobrze pamiętam... No, ale 10 kwietnia 11 lat temu była sobota, Wielka Sobota... Dzień jak każdy inny, choć przepełniony oczekiwaniem na święta Wielkiej Nocy...
Podczas Liturgii zgasła świeca... jakby na znak, że stało się już...
A po Liturgii wróciłam do domu i dostałam wiadomość od Przyjaciela, a brzmiała ona tak: "... [*] ... Jacek ..."
Niby nic, a jednak wszystko...


10 kwietnia 2004 roku...
około godziny 18:30...
po dwuletniej, heroicznej walce z rakiem...
dwa tygodnie po swoich 47 urodzinach...
odszedł Jacek Kaczmarski...






"Pamiętajcie wy o mnie, co sił, co sił, 
choć przemknąłem przed wami jak cień.
Palcie w łaźni aż kamień się zmieni w pył;
przecież wrócę, gdy zacznie się dzień..."

Pamiętam Mistrzu... 
Już na zawsze...